Piotr Borkowski

RETE!

Agostino Di Bartolomei. Piłkarz, który strzelał do samego końca

Skomentuj »

Te dziewięćdziesiąt minut na boisku miało być wyłącznie dopełnieniem formalności. Cała reszta została przecież zaplanowana. Mogłoby się wydawać, że palce w tym wszystkim maczał sam Bóg. Pierwszy finał Pucharu Europy na własnym boisku. Bajecznie! Klasyk przestrzega, żeby nie rozpoczynać zabawy przed czasem, bo nic z niej nie wyjdzie. Wszyscy byli jednak pewni zwycięstwa. W najmniejszym stopniu nie zdawali sobie sprawy z tego, że ta sama pewność obróci się przeciwko nim. Będzie przyczyną bólu, łez, a nawet śmierci. Równo dziesięć lat po przegranym z Liverpoolem finale, 30 maja 1994 roku, życie odebrał sobie ten, który wtedy dał Romie najwięcej – Agostino Di Bartolomei.

W latach osiemdziesiątych Giallorossi byli najokazalszą włoską potęgą. W 1983 roku, po przeszło czterdziestu latach, zdobyli tytuł mistrza kraju. Kapitanem zwyciężającej Romy, jej żywym symbolem był właśnie on. Bożyszcze rzymskich tłumów. Agostino Di Bartolomei. Człowiek, który w żadnym z momentów swojej kariery nie wpasował się w futbolową otoczkę. Niekoniecznie jednak w wydźwięku negatywnym. Intelektualnie był po prostu o głowę wyższy od pozostałych. Wielu, czemu w sumie nie można się dziwić, postrzegało go jednak jako mruka i dziwaka. Nawet podczas fiesty, którą piłkarze Romy urządzili sobie w szatni bezpośrednio po spotkaniu przesądzającym o zdobyciu Scudetto, on siedział w kącie. Pochylony, w skupieniu. Był melancholikiem. Nie bez przyczyny wołano na niego „Ninna nanna”, parafrazując słowa znanej włoskiej kołysanki. Bardziej niż piłkarza, przypominał umartwionego nad swoim żywotem mnicha, tudzież grabarza, przeżywającego śmierć każdego grzebanego nieszczęśnika. Z miłości do piłki znalazł się w samym centrum świata, do którego w ogóle nie pasował. – Wykonuję jeden z najpiękniejszych zawodów świata. To zajęcie, które jest pracą i przyjemnością jednocześnie. Dostajesz pieniądze za to, co kochasz – mówił w jednym z wywiadów.

Tych z kolei udzielał raczej niewiele. Nie stronił od mediów, ale z pewnością też nie należał do ich ulubieńców. Zawsze cichy, spokojny, unikający skandalów obyczajowych. Reporter podchodzący do Di Bartolomeiego nie mógł spodziewać się niczego sensacyjnego. Ago mówił bardzo powoli i rozważnie. Każdą wypowiedź musiał przesypać przez sitko w swojej głowie tak, aby nie była sztampowa i jednocześnie wiernie oddawała jego myśl. Był intelektualistą, co również przyczyniało się do jego alienacji. Kiedy zaczynał karierę, rodzice nie pochwalali obranej przez niego drogi. Woleli aby ich syn zdobył porządne, uczciwe wykształcenie. On także pragnął ukończyć studia prawnicze, lecz wtedy nie przypuszczał, że stanie się jednym z największych piłkarzy w historii AS Romy. Do dziś ludzie we Włoszech zastanawiają się jakim cudem nigdy nie zadebiutował w reprezentacji.

Opaskę kapitana Giallorossich dostał od trenera Nilsa Liedholma. Szwed był ponoć jedynym człowiekiem, przed którym Di Bartolomei naprawdę i w pełni się otworzył. Nie protestował nawet, kiedy ten, ze środka pomocy przesunął go do defensywy. Niespecjalnie przeszkadzało mu to w asystowaniu i zdobywaniu bramek. Silne, precyzyjne uderzenie z dystansu było jedną z jego najcenniejszych piłkarskich zalet. W szatni Di Bartolomei był mentorem. Odzywał się rzadko, ale jeśli już coś mówił, to w powietrzu wyczuwalne było napięcie i patos. Kiedy piłkarze nie otrzymywali należnych premii, zabraniał im wychodzić na boisko. Nie obchodziło go to, że jest niedziela i do spotkania pozostała godzina czasu. Tak powiedział kapitan i nie było dyskusji.

Na placu gry był tak samo pedantyczny, dokładny i wyważony, jak w życiu prywatnym. Jego największą zaletą nie były nogi, a mózg, dzięki któremu swoją inteligencję uwydatniał także podczas rozgrywanych spotkań. Widział wszystko. Jeśli dołożyć do tego umiejętność posyłania piłek z milimetrową precyzją, na horyzoncie rysował się obraz piłkarza kompletnego. No, może prawie, bo wyraźnie brakowało mu szybkości i zwrotności. Wszystkiego nauczył się w Romie. Dorastał na peryferiach stolicy i trafienie do szkółki Giallorossich było tylko kwestią czasu. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał jednak na pozbawionym trawy, parafialnym klepisku, nierzadko – z wyboru – grając na boso.

„Nie czuję się przegrany. Mogą wyrzucić z Romy, ale nie odetną mnie od jej kibiców.” Jego serce krwawiło. W Rzymie nie czuł się jednak potrzebny. Prezes klubu, Dino Viola, podpisał dokument potwierdzający jego transfer do Milanu bez cienia sentymentu. Do stolicy mody powędrował też Liedholm. Di Bartolomei podążył za swoim mistrzem.

Karierę kończył na futbolowych peryferiach. W Mediolanie, po trzech latach gry, krzyżyk na nim postawił panoszący się nowy właściciel, Silvio Berlusconi. Buty na kołku wieszał jednak, jak na mistrza przystało, będąc na swoim małym, prywatnym szczycie, uzyskując awans do Serie B z Salernitaną. W Salerno, podobnie jak w Rzymie, kibice zapamiętali go jako swojego kapitana. Wielkiego Ago.

- Moje życie się zmieniło. Nie trudnię się już tym, co każdego dnia czyniło ze mnie osobę publiczną. Schodzisz ze sceny i musisz szukać dla siebie innego miejsca – powiedział podczas wywiadu w swoim domu na niedługo po zakończeniu kariery. Kamera przedstawia go jako głowę rodziny – obok siedzi jego żona, którą czule obejmuje ramieniem. Nieco dalej dwaj synowie – młodszy Luca i starszy Gianmarco. Początkowo rzeczywiście wydawało się, że Di Bartolomei znalazł odpowiednie dla siebie zajęcie. Zaczepił się w telewizji. Podczas mistrzostw świata w 1990 roku był ekspertem stacji RAI. Później trenował trampkarzy. Nie uczył ich gry w piłkę, ale – jak sam mówił – życia i współzawodnictwa. W wolnych chwilach pisał nawet książki o futbolowej taktyce. Żadna z nich nie doczekała się jednak swojej premiery.

Cały czas czekał na telefon. Choćby najmniejszy sygnał z Rzymu. Czy to w trenerskim dresie, czy to w dyrektorskim garniturze – pragnął wrócić do Giallorossich. Spotkać się ze starymi znajomymi. Objąć, uszczypnąć, czy nawet uderzyć któregoś z nich, bo w taki właśnie niekonwencjonalny sposób przez lata okazywał im swoją przyjaźń. Chciał znów poczuć się potrzebny. Tak po prostu. Nie miał jednak honoru prosić o angaż prezesa Franco Sensiego w sposób otwarty. W listach pisanych do siedziby Romy tylko delikatnie sugerował swą gotowość. Na te nikt mu jednak nie odpowiadał.

Przyzwyczajony do życia w metropolii, kisił się miejscu tyle pięknym i malowniczym, co odludnym. Do stolicy zaglądał na każdy domowy mecz Romy. Często, schodząc po schodach między krzesełkami Stadio Olimpico, machał w stronę trybuny prasowej, sygnalizując swoją obecność. Jakby chciał powiedzieć: – Nie zapominajcie o mnie, ja nadal żyję! Na próżno. Angażu w klubie, dla którego kibiców pozostał legendą nie otrzymał już nigdy. Ponoć z powodu wygłaszanych przez niego w mediach nieprzychylnych opinii pod adresem Romy. Przynajmniej tak po latach twierdzi jego kolega z boiska, Bruno Conti.

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

Był koniec maja. Dzień nieszczególny, choć nieco bardziej uroczysty niż pozostałe. Państwo Di Bartolomei spodziewali się bowiem wizyty znajomych. Ago kucharzem był raczej marnym, ale tego popołudnia pichcił swoje specjały. Potem wspólna kolacja i wieczorny spacer do portu. Następnego dnia obudził się nieco wcześniej niż zwykle. Wziął kartkę papieru i pośpiesznie nagryzmolił krótką wiadomość. Napisał w niej, że kocha żonę i dzieci. Że to nie ich wina. Zostawił notatkę na stole, po czym wyjął z szuflady jeden ze swoich rewolwerów marki Smith & Wesson, kaliber 38. Odkąd okradziono go w restauracji, nigdy się z nim nie rozstawał. Za dnia miał go na ramieniu, schowanego w męskiej torebce. Nocą broń, dzięki której czuł się bezpieczny, trzymał pod poduszką. Spontanicznie, będąc jeszcze w piżamie, wyszedł na taras swojej luksusowej rezydencji, wymierzył w serce, i oddał strzał.

Ostatni celny strzał w swoim życiu.

Written by Piotr Borkowski

22/02/2012 at 11:33

Cyrk Appiaha będzie bawił publiczność w Serbii

z jednym komentarzem

Chwilowo, bo chwilowo, lecz kiedyś był podporą wielkiego klubu – Juventusu Turyn. Od kilku lat piłkarz widmo. Niby gdzieś gra, coś kombinuje, ale stosuje przy tym znakomity kamuflaż, którego pozazdrościliby amerykańskie siły specjalne. Zawodnik może bez wielkich osiągnięć, ale też nie z tych całkiem bezimiennych. Wieloletni reprezentant i kapitan narodowej ekipy Ghany. Uczestnik dwóch minionych finałów Mistrzostw Świata – Stephen Appiah. Wczoraj jego sztucznie odżywiana kariera została definitywnie odłączona od respiratora. Podpisał kontrakt z Vojvodiną Novi Sad.

Gdyby postawił na pieniądze szejków lub fantasy ligę w Indiach, bo miał stamtąd poważne propozycje – OK. Byłoby jasne, że chce zakończyć karierę z kilkoma milionami do przodu i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. A tak, podjął zaskakującą i wydaje się, że nielogiczną decyzję. W Serbii, ani się specjalnie nie wzbogaci, ani nie pokopie na najwyższym poziomie. Tamtejsza Superliga jest tak samo super, jak ekstra jest nasza Ekstraklasa. Tylko i wyłącznie z nazwy. Deska ratunku? Kontrakt, który parafował, jest ważny tylko do końca sezonu. Możemy założyć się, że za pół roku romantyczne uczucie łączące Appiaha z serbskim futbolem dobiegnie końca. Albo jemu, albo klubowi do tego czasu skończy się cierpliwość. Stawiamy na opcję numer dwa.

Jego historia jest jakby wyjęta ze stereotypowych życiorysów afrykańskich piłkarzy. Wychowywał się w skrajnym ubóstwie, a tocząca się piłka była jedyną, rozsądną furtką ku lepszemu życiu. Pewnego razu, kiedy był dzieckiem, zagadał do niego najbogatszy w okolicy kolega. Zaproponował prawdziwy obiad, w zamian za wspólne spędzone na kopaniu futbolówki wagary. – Kiedy usłyszałem słowo „obiad” nie mogłem odmówić. Musiałem na tym skorzystać – wspomina po latach.

Skorzystał ten jeden raz i korzystał też w dniach kolejnych. Sielanka trwała dopóki wieści o opuszczaniu lekcji nie dotarły do jego matki. Ta poszła porozmawiać z wychowawcą. Kiedy okazało się, że okłamuje ich oboje, położyli go na stole i zlali skórzanym pasem. Miał wtedy dziewięć lat. Od tamtej pory jego noga nigdy więcej nie przekroczyła progu żadnej szkoły. Postanowił w pełni poświęcić się piłce. Trafił do biednej, amatorskiej drużyny, która nie oferowała właściwie nic, poza wspólną grą. W klubie brakowało pieniędzy na wszystko i jej piłkarze grali… bez butów. Jedynym zabezpieczeniem były bandaże, którymi obwijali swoje stopy.

Momentem zwrotnym w jego karierze był mecz przeciwko Hearts of Oak. Jednemu z najbardziej utytułowanych ghańskich klubów. Wówczas Appiah, grający na bosaka kilkunastolatek, wbił im dwa gole. W nagrodę sprowadzili go do siebie i wręczyli pierwsze, piłkarskie buty z prawdziwego zdarzenia. – Nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Kiedy kopałem piłkę, brakowało mi jej czucia. Po meczu moje nogi były jednak czyste i nie poranione skałami, a to już duży plus – wspomina z uśmiechem.

Kiedy przyjechał do Włoch, nie potrafił posługiwać się sztućcami. Z trudem wyławiał widelcem makaron, lecz ten, w drodze do jego ust, i tak z powrotem ześlizgiwał się na talerz. Nie smakowała mu ani pizza, ani spaghetti. W kółko obżerał się tylko lodami i biszkoptami. W pierwszym sparingu, pod okiem Alberto Zaccheroniego, walnął gola z dwudziestu pięciu metrów. – Zamknijcie go i nie pozwólcie mu uciec – miał powiedzieć ówczesny trener Udinese. Nie uciekł, bo pomachano mu przed nosem kilkoma plikami studolarówek. Swój pierwszy w Europie kontrakt podpisał bez jakiejkolwiek znajomości jego treści.

Kilka lat później, w ciekawy sposób rozpoczął swoją przygodę z Juventusem. Kiedy po raz pierwszy pojawił się na klubowej stołówce, żarty z niego postanowił zrobić sobie Gianluigi Buffon. – Patrzcie chłopaki, mamy nowego magazyniera! No, dalej! Dlaczego się nie przedstawisz? Appiah nie pozostał mu dłużny i też rzucił czerstwy żart. – Kolego, zamiast niepotrzebnie gadać, przynieś mi tu zaraz sałatę z tuńczykiem, bez dodatku pomidorów i cebuli, ale już! I wszyscy obecni, z Marcello Lippim i Luciano Moggim na czele, tarzali się ze śmiechu.

Poczucie humoru dopisywało mu jednak tylko w pierwszym sezonie pobytu w Turynie. Wówczas był podstawowym zawodnikiem Bianconerich. Później jego pozycja osłabła i został sprzedany do Fenerbahce. Z klubem znad Bosforu, pomimo dobrej gry i wywalczenia mistrzostwa Turcji, żegnał się jednak w wyjątkowo cierpkiej atmosferze. Paradoksalnie, ciężka kontuzja kolana, przez którą pauzował prawie rok nie była największym złem, jakie go tam spotkało. Problemem okazało się być to, co miało mu pomóc, czyli operacja. A w zasadzie to jej następstwa. Sam zabieg przebiegł pomyślnie, lecz sztab medyczny Fenerbahce zapomniał o zastosowaniu koniecznej kuracji przeciwzakrzepowej. Popełniono karygodny błąd, który mógł go zabić. Kolano Appiaha rozrywał niesamowity ból. Dopiero po wykonaniu szczegółowych badań na jaw wyszły szerzące się w nim zakrzepowe patologie.

Po rozwiązaniu kontraktu i wyleczeniu kontuzji, stał się łakomym kąskiem na liście piłkarskich bezrobotnych. Na mistrzostwach świata w RPA wchodził na końcówki spotkań. To i tak nieźle, bo nie miał wówczas żadnego klubu. Gdyby nie sparingi reprezentacji – jego jedyna wówczas boiskowa aktywność – pewnie w ogóle zapomniałby jak wygląda piłka. Pożądano go w Anglii i we Włoszech. Podobno było coś na rzeczy z londyńczykami – Arsenalem, Tottenhamem i West Hamem. Ile rzeczywiście jest w tym prawdy, a ile PR-owych zagrywek agenta, nie dowiemy się chyba nigdy. Wiadomo natomiast, że ostatecznie trafił do przeciętnej Bologny, gdzie na dobre rozwinęła się równia pochyła, na której końcu, jak się okazało, stała właśnie Vojvodina.

Image and video hosting by TinyPic

W Serbii zapanowała spodziewana euforia. Appiaha mianowano najbardziej utytułowanym, zagranicznym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek postawił krok na tamtejszych murawach. W patetyczny klimat nie omieszkał nie wstrzelić się również sam zainteresowany, ślubując miłość, wierność… Zapomniał o Udinese, które zrobiło z niego prawdziwego piłkarza. Umknęły mu także wspomniane wcześniej Fenerbahce czy Juventus, z którymi zdobywał mistrzostwa i grał w europejskich pucharach. W głowie ma tylko Starą Damę, tyle, że już tą serbską. – Zapomniałem o wszystkich zespołach, w których grałem dotychczas. Teraz liczy się tylko i wyłącznie Vojvodina. Pieniądze nie były decydującym czynnikiem. Pragnę grać w piłkę na wysokim poziomie i nadal mam ambicje. Dlatego wybrałem Serbię – powiedział na powitalnej konferencji prasowej.

Według oficjalnej metryki ma 31 lat, chociaż z niektórych źródeł wynika, że tak naprawdę jest sporo starszy. Może i lepiej gdyby miał te 38, bo tłumaczyłoby to ciągłe rozmienianie się na drobne. Prawdziwa kariera Appiaha zakończyła się bowiem w momencie jego kontuzji. Od tamtej pory bardziej niż zawodowego piłkarza przypomina objazdowy cyrk.

Written by Piotr Borkowski

22/02/2012 at 11:31

Kozioł ofiarny czy realne wzmocnienie? Guarin w Interze

Skomentuj »

Do Interu trafiło kolejnych dwóch Latynosów – Fredy Guarin oraz młodziutki Juan. Tym samym południowoamerykańska mniejszość u Nerazzurrich urosła do trzynastu przedstawicieli. O ile transfer Brazylijczyka to przedsięwzięcie z myślą o jutrze, o tyle Kolumbijczyk z Porto ma stanowić o sile środka pola Interu od zaraz. Podoła, czy nie podoła? O to samo pytają się i zaciekawieni Portugalczycy, i podnieceni Włosi. Zdania są podzielone. 

O Guarinie, a w zasadzie jego dolnych partiach, szczegółowo opowiadał nam kiedyś jeszcze nie tak dawno grający w Porto, Paweł Kieszek. W pamięci zapadł mu szczególnie widok monstrualnie wyrzeźbionych mięśni ud. Fakt faktem, Kolumbijczyk kopyto ma nietuzinkowe. Najdobitniej chyba sprawę z tego faktu zdaje sobie golkiper Marítimo, który chyba do dzisiaj dziękuje Bogu, że piłka po strzale Guarina przeleciała obok, a nie trafiła w niego samego. Niesamowite trafienie możecie obejrzeć klikając TUTAJ

„Gwiazda FC Porto przechodzi do Interu” – krzyczy nagłówek na Sport.pl. Hola, hola… Czy piłkarza, który rozegrał w tym sezonie siedem ligowych spotkań, z czego aż DWA w pełnym wymiarze czasowym wypada nazywać gwiazdą? Prawda. Guarin był fundamentem Porto, ale tego, które przed rokiem swoją szpachlą scementował Andres Villas-Boas. Dużo grał, sporo strzelał, nienajgorzej szło mu także kolekcjonowanie asyst. Obecny sezon natomiast powinien być dla niego samego osobistą porażką. Pomiędzy nim, a nowym trenerem Vítorem Pereirą, najzwyczajniej nie zaiskrzyło. Portugalczyk nie obdarzył go bezgranicznym zaufaniem, ale w sumie nie ma się co dziwić, bo i samemu Guarinowi daleko było do tej najbardziej optymalnej dyspozycji. Do tego wszystkiego doszła kontuzja, przez którą nie gra od początku listopada. Odpowiedzmy sobie sami. Czy Inter nie przygarnia przypadkiem kota w worku? – Jako człowiek bardzo w porządku, przykład. Jako sportowiec już nie koniecznie – podsumował go jeden z użytkowników na kibicowskim forum Smoków.

Image and video hosting by TinyPic

Sterownicy Beneamata nie są jednak półgłówkami i potrafili odpowiednio się zabezpieczyć. Na konto portugalskiej ekipy przelali bowiem tylko 1,5 miliona euro. To opłata za półroczne wypożyczenie. Gdyby się sprawdził, jest opcja pierwokupu za dopłatą kolejnych jedenastu baniek. Jeśli nie, wystarczy polubowny uścisk ręki i zabukowanie biletu powrotnego. Ryzyko jest minimalne, ale mimo wszystko niektórzy upatrują w tym transferze totalnej bezmyślności. – Wykorzystali miejsce dla obcokrajowca, sprowadzając zawodnika, który nie może grać w Lidze Mistrzów i przez ostatnie dwa lata w pierwszym składzie wybiegał zaledwie dwanaście razy – polemizuje Ivan Zazzaroni, ekspert telewizji Rai Sport.

Image and video hosting by TinyPic

Po wyjeździe Villasa-Boasa, posypała się nie tylko forma Guarina. Tak naprawdę to zaczęło psuć się wszystko. Nowemu trenerowi, chociaż umiejętności odmówić nie sposób, brakuje charyzmy i poklasku w szatni. Klasyczny syndrom Mourinho. Smoki nie grają może absolutnego piachu, ale nie jest to też z pewnością ta sama drużyna, która w ubiegłym roku pożerała wszystko, na co tylko miała ochotę. Porto odpadło z rywalizacji o Ligę Mistrzów oraz z pucharu Portugalii. Niebawem prawdopodobnie pożegna się także z Europa League. No chyba, że pokona Manchester City. W tabeli Ligi Zon Sagres są co prawda drudzy, ale do prowadzącej Benfiki tracą już pięć punktów, co niesamowicie drażni ich fanów. Kulminacja nastąpiła kilka dni temu, kiedy piłkarze Porto niespodziewanie przegrali wyjazdowe spotkanie z Gil Vicente. Między zawodnikami, a widzami, doszło nawet do rękoczynów. Lekarstwem na zło i swoistą bombonierką dla kibiców mają być transfery Lucho Gonzaleza oraz bramkostrzelnego Marca Janko. A Guarin? Jego odejście w pewnym sensie jest ofiarą za niepowodzenia całego klubu. Ojców ubiegłorocznego sukcesu – Villasa-Boasa oraz Radamela Falcao – w Porto nie ma już od kilku miesięcy. A ktoś beknąć musiał.

Sądząc po jego boiskowej charakterystyce, w Interze może okazać się jednak bardzo przydatny. Nie jest to typowy środkowy pomocnik. Bardziej długodystansowiec, z tych nie do zdarcia. Potrafi grać defensywnie, ale nie obce jest mu też ustawienie w okolicach środkowej linii boiska. O bombowym uderzeniu z dystansu wspomnieliśmy już na początku. Włoscy dziennikarze widzą w nim nowego Dejana Stankovicia.

Po odejściu Thiago Motty i trochę zapomnianego Sulleya Muntariego, oraz transferze Angelo Palombo, jedenastka Interu mogłaby wyglądać na przykład tak…

Image and video hosting by TinyPic

Co ciekawe, jeszcze tydzień temu praktycznie dopięte były jego przenosiny do Juventusu. Działacze Starej Damy w ostatniej chwili uznali jednak, że bardziej przyda im się boczny obrońca. A że mieli tylko jedno miejsce dla zawodnika spoza Unii Europejskiej, to padło na Martina Caceresa. Do końca okna transferowego pozostawało już bardzo niewiele, a Guarin tkwił na samym środku lodowiska. Ostatecznie trafił do Interu, choć przebąkiwał nawet o półrocznym powrocie do jednego z klubów ligi kolumbijskiej. To, czy okaże się transferowym hitem, czy kitem, głównie zależy od niego samego. Trener Claudio Ranieri raczej nie jest zwolennikiem podobnych wynalazków, lecz do transferu Guarina nie ma ponoć najmniejszych zastrzeżeń. Czas, start. Zegar tyka. Za niecałe pół roku dowiemy się, kto miał rację.

Written by Piotr Borkowski

05/02/2012 at 10:45

Seks, hektolitry wódki, fiesta i piłka. Garrincha od A do Z.

Skomentuj »

W porównaniu do niego wszystkie dzisiejsze gwiazdki to maminsynki. Presja? Pewnie w ogóle nie wiedział co to słowo oznacza. Przemęczenie? Gość rozgrywał po osiemdziesiąt spotkań w sezonie. Mało tego. Stał się jednym z największych arcymistrzów dryblingu w historii futbolu, chociaż bardziej niż atletę, przypominał pokrzywioną postać z kreskówki. Trzy rzeczy, które zabrałby ze sobą na bezludną wyspę? Bezdenna butelka kaszasy, jakaś fajna laska i być może piłka. Oto Mane Garrincha i jego alfabet. Tekst, którego samodzielnie nigdy nie dałby rady przeczytać. Tekst, który jest idealnym uzupełnieniem ostatniego wpisu blogowego Mateusza Święcickiego (TUTAJ).

A jak ALKOHOL. Honorowy towarzysz jego egzystencji. Mane ubóstwiał kaszasę, wódkę z trzciny cukrowej, którą pociągał najczęściej z butelki po toniku. Raczył się nią zawsze i wszędzie. Nawet kiedy znajdował się u szczytu kariery, była dla niego jutrzenką i zachodem. Do pewnego momentu pił rekreacyjnie. Z czasem jednak zadurzenie względem pełnej szklanki przerodziło się w paskudny nałóg. Niejednokrotnie znikał z klubu i zaszywał się w rodzinnym mieście, upijając do nieprzytomności. Chlanie stało się bezpośrednią przyczyną późniejszej agonii, której następstwem była jego autodestrukcja.

B jak BOTAFOGO. Klub, który wyłowił go z prowincjonalnego klepiska i zrobił z niego gwiazdę. Ten sam klub jednak eksploatował jego osobę do granic możliwości i traktował jak zwyczajnego robotnika. Talent Garrinchy dostrzegł jeden z piłkarzy Botafogo, Araty, który pewnego wolnego weekendu sędziował mecz w niewielkim, robotniczym miasteczku Pau Grande. Zachwycony jego dryblingiem oraz boiskową gracją, zostawił swoją wizytówkę. Mane grzecznie podziękował, ale moment wypróbowania swoich sił w Fogão odkładał przez… rok i trzy miesiące. Dlaczego? Bo tracił dniówkę w pracy, a wcześniejsze próby zaczepienia w większym klubie kończyły się podpieraniem płotu i wielogodzinnym, pełnym rozczarowania, powrotem do domu. Tym razem jednak zaiskrzyło. Garrincha, w wieku 19 lat, podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt. Po wielu pięknych chwilach, z klubem i jego kibicami, rozstał się jednak w nastroju konfliktu.

C jak CANARINHOS. W barwach reprezentacji Brazylii dwukrotnie sięgał po tytuł mistrza świata i w pewnych okresach był jej niekwestionowaną gwiazdą. Wraz z Pelem stworzyli niepokonany – w dosłownym tego słowa znaczeniu – duet. Canarinhos, mając ich obydwu w składzie, nie przegrali bowiem ani jednego spotkania. Na turnieju w Chile, w 1962 roku, zdobył koronę króla strzelców i tytuł najlepszego zawodnika. Cztery lata później był już tylko cieniem dawnego Garrinchy. Właśnie wtedy, na totalnie spalonym przez Brazylijczyków mundialu w Anglii, żółtą koszulkę ubrał po raz ostatni. Mecz z Węgrami był zarazem jego jedynym przegranym w reprezentacji. Pele wówczas nie zagrał. Dopadła go kontuzja. Reprezentacyjny licznik Manego przestał tykać, kiedy wskazówka pokazywała okrągłą pięćdziesiątkę.

D jak DRYBLING. Stanowił podstawę jego gry. Bez dryblingu nie byłoby Garrinchy i możemy się pokusić o stwierdzenie, że zasada ta działa w obydwu kierunkach. Często pojawiają się porównania do współczesnych wirtuozów typu Cristiano Ronaldo czy Messi. On, chociaż w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie z tego sprawy, był pewnego rodzaju prekursorem. W tamtych czasach nikt nie dryblował tak jak on, a już na pewno nie w taki sposób. Wszystkiego nauczył się sam. Był samorodnym geniuszem. Zwodził rywali balansem ciała i następującym po nim błyskawicznym zrywem. Kiedy ogrywał przeciwnika często zatrzymywał się i czekał aż nieszczęśnik spróbuję raz jeszcze. Po chwili, zrezygnowany już oponent, znów leżał na boisku, oglądając siódemkę naszytą na jego plecach już z parteru. Często jednak przesadzał i drybling był jego jedyną boiskową aktywnością.

E jak ELZA SOARES. Garrincha miał w swoim życiu setki kobiet. Z żadną nie połączyło go jednak tak stałe i żarliwie odwzajemniane uczucie. Z piosenkarką Elzą Soares spędzili dwadzieścia burzliwych lat. Byli bodaj pierwszą tak medialną parą w brazylijskim, a może nawet światowym futbolu. Ówcześni Bechkamowie, pożywka tabloidów. Na jej widok ślinili się wszyscy faceci, miał ją tylko Garrincha. Na dobre zakończenie związku, ona podrapała go po twarzy, a on przywalił jej w zęby. Kiedyś była uosobieniem piękna.

Image and video hosting by TinyPic

A teraz… no cóż.

Image and video hosting by TinyPic

F jak FAIR PLAY. Kiedy ktoś kładzie się na glebę i zwija z bólu, to, chcąc nie chcąc, wypada wybić piłkę w aut. Dziś to zagranie powszechnie znane, często nadużywane w nie do końca właściwy sposób. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że jego prekursorem jest nie kto inny, jak właśnie Garrincha. Było to podczas spotkania Botafogo z Fluminense. Mane dostał piłkę i miał otwartą drogę do bramki. Za swoimi plecami usłyszał jednak przeraźliwy okrzyk bólu jednego z piłkarzy ekipy przeciwnika i celowo posłał futbolówkę w aut, aby możliwe było udzielenie mu pomocy. Potem, nieco zdezorientowany gracz Botafogo, oddał piłkę rywalom, co spotkało się z gromkim aplauzem publiczności. Sam Garrincha jednak zawsze walczył do końca. Nigdy nie kładł się na murawie, a warto podkreślić, że rywale polowali na jego nogi nad wyraz często. Łydki miał zorane pamiątkowymi bliznami. Były to swoiste autografy przeciwników, którzy niegdyś ośmielili się próbować odebrać mu piłkę. Wjazd w piszczel był ku temu jedynym, skutecznym sposobem.

G jak GARRINCHA. Po prostu pseudonim. Naprawdę nazywał się Manuel dos Santos. Ksywkę nadała mu jego siostra, kiedy miał cztery lata. Wzięła się ona od ptaka, w Polsce nazywanego strzyżykiem, które to Garrincha masowo wybijał. Matka mówiła mu: „Zabiłeś, to zjedz!”. On jednak robił to wyłącznie dla przyjemności. Małe ptaszki obtaczane w cieście, chociaż były daniem dosyć powszechnym, nie należały do jego przysmaków. Zaraz po przyjściu do Botafogo brazylijska prasa nazywała go Gualicho. Tak samo jak jednego ze sławniejszych wówczas koni wyścigowych. Potem każdy dziennikarz przeinaczał jego pseudonim po swojemu. W pewnym momencie trzeba było zainterweniować i położyć kres rozterkom. W „O Globo” ukazał się artykuł zatytułowany „Mam na imię Manuel i mówią na mnie Garrincha”.

H jak HUMOR. Garrincha miał raczej specyficzne, wyjątkowo infantylne poczucie humoru. Jego durne żarty często denerwowały całe otoczenie. Jeden z nich jednak, trzeba przyznać, wyszedł mu wyjątkowo nieźle. Było to podczas jednego z wielu europejskich wypadów Botafogo, tym razem w Holandii. Wówczas na topie były radia tranzystorowe. Piłkarze kupowali je torbami, aby później móc obdarować swoich bliskich w Brazylii. Nie gorszy był lewoskrzydłowy Helio, który wśród kolegów słynął z nieporadności umysłowej.

- Ty, Helio, a twoja rodzina mówi w tym języku? – zapytał go Garrincha. – Jeśli nie wymienisz lamp po powrocie do Brazylii, to nikt nie zrozumie ani słowa z tego co mówi spiker. A tam nie można tych lamp dostać – zażartował.

Następnego dnia zawiedziony Helio oddał radia do sklepu.

I jak INDIANIN. Pradziadkowie Garrinchy należeli do indiańskiego plemienia Fulnio. Byli skrajnie prymitywnym ludem. Swoje pierworodne dziecko zabijali, piekli i zjadali z domieszką miodu. Na ich teren wkroczyli jednak Portugalczycy, kładąc kres niekończącej się sielance. Schwytał ich i zniewolił niejaki Francisco dos Santos, po którym to Garrincha odziedziczył zresztą swoje nazwisko.

J jak JUVENTUS. Włosi byli pierwszym europejskim klubem, który wystosował propozycję jego wykupienia. Miało to miejsce w 1955 roku, jeszcze przed wejściem Mane w fazę oszałamiających sukcesów. Wówczas Garrincha był po prostu świetnie zapowiadającym się skrzydłowym. Działaczy Starej Damy zachwycił swoimi nieprawdopodobnymi występami podczas europejskiego tournee. Zarząd Botafogo postawił jednak zaporową cenę – 15 milionów cruzeiro. Równowartość 150 tys. dolarów, co wówczas było kwotą, która futbolowym przedsiębiorcom nie mieściła się w głowach. Gdyby transfer doszedł do skutku, Garrincha byłby najdroższym Brazylijskim piłkarzem. Włosi nalegali, nalegali, ale w końcu dali za wygraną. Sam zainteresowany, chociaż nie wiedział co konkretnie znaczą oferowane za niego kwoty, wydawał się być zadowolonym. Opuszczanie ojczyzny wcale nie leżało w jego interesie.

K jak KOBIETY. Miał ich setki. Prowadził szalenie rozwiązły tryb życia. W jego słowniku w ogóle nie figurowało słowo zdrada. Nawet wówczas, kiedy był z miłością swojego życia – Elzą Soares – od czasu do czasu pozwalał sobie na niewinny skok w bok. Dorobił się trzech synów i jedenaściorga córek z czterema kobietami. Jedno z nich zmajstrował podczas tournee po Szwecji. Do swojego domu zaprosiła go młoda dziewczyna, przedstawiła rodzicom i odbyła stosunek. Normalka. Jakiś czas później, kiedy Garrincha nadal przebywał w Szwecji, pod hotel reprezentacji podjechała policja. Okazało się, że Szwedka jest w ciąży i jej rodzice proszą o to, aby Mane poddał się testowi na ojcostwo. Wyszedł, oczywiście, pozytywnie. Co ciekawe, dziś facet nazywa się Ulf Lindberg i sprzedaje kiełbasę. Rodzina nie udźwignęła ciężaru jego wychowani, oddając go do sierocińca. Kilka lat temu, na zaproszenie pewnej restauracji, odwiedził Brazylię, gdzie przywitały go tłumy dziennikarzy i fotoreporterów. Kiedy podwinął nogawki spodni i zaprezentował swoje krzywe nogi, niektórzy ludzie nie mogli powstrzymać łez.

Image and video hosting by TinyPic

L jak LICZBY. Sam umiał tylko dodawać i odejmować. Ale nie chodzi o wytykanie mu edukacyjnych braków. W czasie trwania zawodowej kariery rozegrał około 400 oficjalnych spotkań. Doliczając do tej liczby mecze towarzyskie, liczba ta byłaby zapewne kilkakrotnie wyższa. Podczas swoich objazdów po Europie gracze Botafogo rozgrywali bowiem kilka meczów w tygodniu, kursując pomiędzy lotniskiem, hotelem i miejscowym stadionem. Często tracili rachubę, nie wiedząc nawet w jakim znajdują się kraju.

M jak MARACANA. Jego drugi dom. Dosłownie. Kiedy wyprowadził się z rodzinnego Pau Grande, a jeszcze nie znalazł lokum w Rio, zdarzało mu się nocować w obskurnym pomieszczeniu ulokowanym pod jej trybunami. Miejscowa torcida oddałaby za niego życie, chociaż pod koniec przygody z Botafogo, stosunki z kibicami uległy znacznemu ochłodzeniu. Nie zmienia to faktu, że jego popisy niejednokrotnie oglądało ponad sto pięćdziesiąt tysięcy par oczu. Tam rozpoczynał swoją karierę i tam, w sposób symboliczny, również ją zakończył. Teraz jego obiektem będzie inny ze stadionów przygotowanych na najbliższe mistrzostwa świata. Ten w stolicy kraju, Brasilii, nazwany jego imieniem – Estádio Mané Garrincha.

N jak NOGI. Znak firmowy. W dzisiejszych czasach Garrincha nie miałby najmniejszych szans na zawodowe granie w piłkę. No, chyba, że jako dziecko założyliby mu przyrząd ortopedyczny, który załatwił by całą sprawę bez większego problemu. Ale kto, do cholery, myślał o tym w latach trzydziestych na zabitej dechami brazylijskiej wsi? Krzywe nogi odziedziczył po matce, chociaż skalą pokraczności i tak pobił ją na głowę. Lewa, krótsza o sześć centymetrów, wygięta była na zewnątrz, a prawa do środka. Kiedy jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Botafogo trafił na testy do Vasco, jeden z trenerów miał ponoć nazwać go kaleką. Mimo rażącej wady poruszał się z gracją, co niesamowicie fascynowało ówczesnych ortopedów.

Image and video hosting by TinyPic

O jak OPERACJA. Problemy z kolanem zaczęły się kiedy był na szczycie. Lekarze zlecili przeprowadzenie operacji, lecz Garrincha, z typową dla siebie nonszalancją, odkładał ją w nieskończoność. Nadszedł jednak moment, kiedy po każdym meczu z murawy spełzał na czworaka. Każdy, finezyjny niegdyś zwód, był katorgą. Ból uniemożliwiał mu normalne funkcjonowanie. Diagnoza była prosta – artroza. Należało oczyścić staw ze zużytej łękotki. Zabieg przebiegł pomyślnie, jednak po nim Garrincha tak naprawdę już nigdy nie powrócił do pełni sprawności. Także i tutaj problemem okazał się alkohol, który uniemożliwiał mu właściwe odbycie zaplanowanej rehabilitacji.

Image and video hosting by TinyPic

P jak PIENIĄDZE. Miał je za nic. Były dla niego wyłącznie środkiem, za który mógł kupić kolejną butelkę kaszasy. Na początku kariery zarabiał śmiesznie, potem znacznie lepiej. Nie były to jednak rzecz jasna gaże nawet zbliżone do tych, które księgują na swoich kontach dzisiejsze gwiazdy. Prawie wszystkie kontrakty podpisał in blanco. Żył na bieżąco, nie myślał o przyszłości. Przykładowo – premia za wygranie mistrzostwa świata w 1958 roku zgniła w dziecięcym moczu, pod materacem kanapy w jego rodzinnym domu. Pieniądze wtykał w szuflady, miski, patery z owocami i między strony komiksów, których przeglądanie było szczytem jego literaturowych osiągnięć. Mane był bowiem półanalfabetą.

R jak REAL MADRYT. W pewnym momencie, kiedy Garrincha był w kwiecie wieku, ofertę wysunęli też „Królewscy”. Wówczas był to najlepszy i najmocarniejszy klub na świecie. Dla prezesa Santiago Bernabeu nie było piłkarza, którego nie mógłby kupić. Botafogo jednak w ogóle nie chciało sprzedawać swojego asa. Oferta opiewająca na 250 tys. dolarów została odrzucona.

S jak SEKS. Jego druga, zaraz po alkoholu, życiowa pasja. Mógł to robić zawsze i wszędzie. Był stałym klientem domów publicznych w każdym zakątku świata. Najbardziej podobała mu się, rzecz jasna, rozpustna dzielnica czerwonych latarń w Amsterdamie. Mógł robić to calutką noc i sąsiedzi nie mieli z nim łatwego życia. Swój pierwszy raz, w wieku dwunastu lat, zaliczył co prawda z pasącą się nieopodal domu kozą, ale później było już tylko lepiej.

T jak TAKTYKA. Chociaż już wtedy, w latach pięćdziesiątych, zdawano sobie sprawę z jej wartości, dla Garrinchy nie znaczyła nic. Pewnie również dlatego, że była nużąca i dosyć trudna do ogarnięcia. Kiedy w Botafogo robili przedmeczowe odprawy taktyczne, wysyłano go, aby pograł w ping-ponga. Przyzwyczajono się, że i tak nigdy nie stosował się do żadnych poleceń. Na boisku był nieobliczalny i dziki, co w ogólnym rozrachunku częściej stawało się jego zaletą niż wadą.

U jak USPOSOBIENIE. Garrincha był dziecinny, żeby nie powiedzieć głupkowaty. Z jego twarzy rzadko znikał promienny, beztroski i wyjątkowo naiwny uśmiech. Przed mistrzostwami świata w Szwecji, podobnie jak wszystkim reprezentantom, poddano go rozmaitym testom psychologicznym. Na wszystkich wypadł żałośnie. Pewne problemy pojawiły się już na etapie wypełniania formularza. W polu, gdzie miał za zadanie wpisać swój zawód, wydziergał: „sportofca”. Sklasyfikowano go jako osobnika o inteligencji poniżej przeciętnej, a współczynnik jego agresji określono liczbą zero. Według specjalisty nie kwalifikował się nawet do prowadzenia autobusu.

W jak WYRZUTEK. Pod koniec życia pozostał tylko on i jego najwierniejszy przyjaciel – alkoholizm. Na niedługo przed śmiercią pokazał się światu po raz ostatni. Zdecydowano wystawić go na widok publiczny podczas karnawałowego pochodu w Rio. Nie był to jednak Garrincha, a jego wrak. Ludzie klaskali i wiwatowali tylko do momentu, kiedy mogli przyjrzeć mu się z bliska. Odurzony lekami, ze smutną twarzą, siedział na brzegu plandeki, gdyż nie mógł iść, a nawet stać o własnych siłach. Publiczność nie mogła uwierzyć, że to naprawdę ten wielki Garrincha. Sam nie był świadom mrożącego krew w żyłach widowiska, jakie zafundował swoją obecnością. – Wszystko dobrze… wszystko w dechę – powiedział zaraz po pochodzie. Hospitalizowany, zmarł w absolutnej samotności. Autopsja wykazała, że żadne jego organy wewnętrzne – od mózgu po jelita – nie przydałyby się nawet studentom medycyny. Były totalnie strawione.

Image and video hosting by TinyPic

Z jak ZSRR. Mistrzostwa Świata w Szwecji, rok 1958. Po gładkiej wygranej z Austrią i bezbramkowym remisie z Anglią, Brazylijczycy, aby być pewnymi awansu, muszą pokonać ZSRR. A była to ekipa więcej niż solidna. Wówczas opowiadano o nich głównie w kontekście osiągnięć technologicznych i podboju kosmosu. Radziecki futbol świat określał mianem naukowego. Reprezentanci w dniu meczowym robili sobie ponoć czterogodzinną poranną rozgrzewkę. Poprzednie spotkania, pomimo nacisków ze strony kibiców, Mane przesiedział na ławce rezerwowych, a ówczesne przepisy nie dopuszczały przeprowadzania zmian.

- Chodzą słuchy, że mam zagrać. Ale uwierzę w to tylko, jak ty mi powiesz. To prawda? – spytał Garrincha swojego kolegi z reprezentacji, Niltona Santosa.
- Wygląda na to, że tak. Jutro dasz Ruskom popalić!
- Ciekawe czy oni umiom grać – odpowiedział w swoim stylu.

Grać to oni może i umieli, ale na pewno nie na tym poziomie. I rzecz jasna nie w tym tempie. Ich nauka i technologie zderzyły się z niepohamowaną, radosną finezją Canarinhos. Garrincha bawił się z Rosjanami zupełnie jakby grał ze znajomymi. Tak, jak jeszcze kilka lat wcześniej robił to w rodzinnym Pau Grande. Brazylia zwyciężyła, rozpoczynając marsz po końcowy triumf. Wówczas na dobre narodziła się gwiazda Garrinchy. Jej blask rozpostarł się także nad Europą. Po tym pamiętnym meczu wypowiedział tylko jedno zdanie: „Byłem stęskniony za piłką.”

Wykorzystano fragmenty książki autorstwa Ruya Castro „Garrincha – samotna gwiazda”

Written by Piotr Borkowski

05/02/2012 at 10:44

Napisane w 1. Weszło!, Garrincha

Tagi: