Synu, jesteś Neymar. Jesteś inny niż wszyscy. Idź.

Neymar, Neymar… Co my o nim wiemy? Paradoksalnie, większość z nas tylko tyle, że to ponoć najbardziej obiecujący piłkarz świata. W Europie jest jak Potwór z Loch Ness – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto go widział. Właściwie to trudno powiedzieć, czy opowieści o jego znakomitości to prawda, czy może fatamorgana cierpiących na syndrom braku piłkarskiego bożyszcza Brazylijczyków? W wieku 20 lat nazywany jest legendą. A mówi się przecież, że w każdej legendzie jest choćby namiastka prawdy.

Swoim rodakom Neymar nie kojarzy się już tylko z dynamicznymi zwodami, boiskową wirtuozerią i pięknymi bramkami. Absolutnie. Jego postać urosła tam do nieprawdopodobnych rozmiarów. To już nie tylko niezwykle utalentowany piłkarz, ale przede wszystkim gwiazda popkultury. Showman i celebryta. Koszulki z chwalebnym napisem „Neymar Jr.” na plecach sprzedają się jak świeże bułeczki. Pamiętacie, kiedy po mundialu w 2002 roku brazylijskie dzieci ogarnęła mania na fikuśną fryzurę Ronaldo? Teraz panuje szał na neymarowskiego tlenionego irokeza.

Jego oddanych, fanatycznych fanów stać na znacznie więcej. Wytatuować sobie jego imię na ustach, to jest coś.

Image and video hosting by TinyPic

O ile koleżanka powyżej, ku rozpaczy swoich rodziców, prawdopodobnie osiągnęła zamierzony cel, o tyle zdarzały się też próby nie do końca udane. Właścicielce poniższego dzieła szczerze współczujemy. Na następny raz zamiast u Pedro pod monopolowym, radzimy robić tatuaże w profesjonalnym studiu.

Image and video hosting by TinyPic

Młody piłkarz dyktuje też trendy w muzyce. Kilka miesięcy temu pląsami na boisku i w szatni wylansował znaną dzisiaj wszystkim piosenkę Michela Telo – „Ai se eu te pego”. W nie tak dawno zakończony karnawał zabawił się w promotora po raz kolejny. Tym razem sprawił, że hitem stał się utwór „Tchu Tcha Tcha”. – Kiedy Neymar świętował bramkę zdobytą Palmeiras, z moją muzyką zapoznał się cały kraj. Chciałbym spotkać się z nim osobiście i podziękować za tak ogromne wsparcie – powiedział autor piosenki, Shylton Fernandes.

Neymar od początku swojej kariery był przygotowany do roli produktu medialnego. Przechodził szkolenia public relations, miał prywatnego logopedę, dbał o olśniewający uśmiech. Wszystkie te czynniki, plus talent do grania w piłkę, czynią z niego jednego z najlepiej zarabiających piłkarzy na świecie. Red Bull, Nextel, Foot Tenys, Panasonic – to tylko niektóre firmy, z którymi podpisał lukratywne kontrakty reklamowe. Nike, za milion dolarów rocznie, zaklepała sobie jego wizerunek do trzydziestki. Liczba sponsorów młodego Latynosa rośnie z prędkością światła. Jubileuszowym, dziesiątym, niedawno został niemiecki koncern Volkswagen. Oprócz corocznych wypłat, cała rodzina otrzymała nowiutkie modele aut. Do wyboru, do koloru. On wziął wartego 250 tys. dolarów Touarega. Matka wolała… opancerzony autobus, którym to ponoć ma wozić przyjaciół do kościoła. Ekstrawagancko.

Chociaż brazylijscy ekonomiści grzmią, że na głowie młodego piłkarza jest już zdecydowanie za dużo zobowiązań, jego prawnik nadal czeka na interesujące oferty. Jesteś przedsiębiorcą? Neymar może zostać twarzą i twojej firmy! Warunek? Ha, gwarancji nie daje nawet półtora miliona euro rocznie. – Mamy kolejkę zainteresowanych. Większość propozycji jednak odrzucamy, ponieważ nie dodają niczego nowego do jego wizerunku – mówi odpowiedzialny za finanse pełnomocnik piłkarza, Florencio Lissandro Silva.

Cytowany wyżej jegomość jest tylko małym trybikiem w wizerunkowej machinie 20-latka. Na jej czele stoi jego ojciec, czyli Neymar senior. Niegdyś przeciętny piłkarz-wędrowniczek i skromny człowiek, który jeszcze kilka lat temu murował domy i naprawiał samochody sąsiadom. Dziś jest agentem, prawą ręką i szyją jednego z najbardziej medialnych piłkarzy świata. Pilotował jego karierę od samego początku, nierzadko wyjątkowo twardą ręką.

Przed pierwszą poważną decyzją stanął w 2005 roku, kiedy swój transfer z Santosu do Realu Madryt dopinał Robinho – nawiasem mówiąc, obok Pelego i Garrinchy, jeden z największych idoli Neymara. Mający wówczas 13 lat młody piłkarz pragnął za wszelką podążyć za swoim mentorem. Wszystko było już dopinane na ostatni guzik, jednak transfer zablokowała biurokracja. Swoje zrobiła też szalona oferta ówczesnego prezesa Santosu – milion dolarów w zamian za pozostawienie Neymara w drużynie juniorów. Za zainkasowane pieniądze rodzina mogła przeprowadzić się do nowego domu. Wcześniej on, ojciec, matka i jego siostra, mieli do dyspozycji skromny pokoik w mieszkaniu babci na peryferiach São Vicente.

- Jestem synalkiem swojego tatusia, bo wychowałem się w slumsach. Mam z nim bardzo bliski stosunek i uważam, że właśnie tak powinno być – mówi cudowne dziecko brazylijskiej piłki. W domu może i jest potulny jak baranek i na prośbę mamy bez zająknienia myje naczynia, czy ściera kurze w swoim pokoju. Poza murami rodzinnego apartamentu jest jednak gwiazdą. Taką z okładek kolorowych pism. Przebąkuje coś o dorastaniu w niedostatku, jednak w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie zdążył zaznać cierpkiego smaku prawdziwej nędzy. W wieku piętnastu lat przynosił do domu 10 tys. euro miesięcznej pensji. Rok później suma ta urosła do 25 tys., a w sierpniu 2010 wyciągał około 160 tys. od klubu plus 330 tys. z kontraktów reklamowych.

W jego przypadku powiedzonko „Kto bogatemu zabroni?” nie funkcjonuje tak, jak może się nam wydawać. Od samego początku, kiedy tylko zaczął zarabiać duże pieniądze, rodzice zrobili mu na nie szlaban. Do dyspozycji ma „tylko” piętnaście baniek miesięcznie, pochodzących ze sprzedaży koszulek. Lwia część z tej kwoty przeznaczana jest na wszelakie zabiegi kosmetyczne. Neymar ma swojego osobistego fryzjera, który odwiedza go przynajmniej raz w tygodniu. Poza tym może pochwalić się bogatym asortymentem wszelakich nawilżaczy i kremów. Rutynowe działania to, rzecz jasna, ułożenie irokeza (co wcale nie jest takie proste) oraz golenie nóg. Resztę kasy zostawia w japońskich restauracjach, McDonaldach, na dyskotekach i w galeriach handlowych, gdzie zaopatruje się w markowe ciuchy oraz zegarki i perfumy, których z resztą jest zagorzałym kolekcjonerem. Trzeba jednak przyznać, że ma gest. Jako gorliwy ewangelik, 40 tys. euro rocznie przelewa na konto swojej parafii.

Jeśli Neymara najdzie nieodparta ochota na jakiś większy zakup, musi skonsultować całą sprawę z rodzicami. Potrzebne jest specjalne pozwolenie. Kiedy poprosił o nowy samochód, ojciec miał pewne opory. Nieświadomy tego co robi, założył się z synem, że da mu potrzebne pieniądze, jeśli ten zdobędzie mistrzostwo Ameryki Południowej do lat dwudziestu i koronę króla strzelców tego turnieju. Górą rzecz jasna był Neymar Jr. i kilka miesięcy później dostał kluczyki do wymarzonego Porsche Panamera. Potwierdzenie całej historii możecie zobaczyć poniżej, gdzie jeździł swoim nowym samochodem już na boisku.

Jego ostatnia rozmowa z rodzicami musiała być bardzo długa i męcząca, ale jak widać poniżej opłaciło się. Neymar wyszedł z domu i wrócił z luksusowym, włoskim jachtem, za który zapłacił… ponad sześć milionów euro. Łódź należała do bogatego biznesmena. Ma na pokładzie bar, jacuzzi czy pełne przepychu, dwuosobowe apartamenty. Ot, takie małe szaleństwo.

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

To wielkie, białe cacko może sprawić, że kobiety zwariują na jego punkcie jeszcze bardziej. Do tej pory, rzecz jasna, też nie miał na co narzekać. Panienki zmienia ponoć jak rękawiczki. Miejska legenda głosi, że potrafi mieć ich nawet kilka dziennie. Pewnego dnia jednak najpierw płakał on, później matka, a ojciec chciał roznieść dom ze złości. Neymarowi, podczas igraszek z siedemnastolatką, pękła gumka. W ten sposób powstał mały Davi Lucca – jego syn.

Image and video hosting by TinyPic

Chociaż Neymar interesuje się synkiem, uczucie pomiędzy nim, a matką dziecka w ogóle nie zaistniało, albo było z rodzaju tych wakacyjnych. W brazylijskich mediach ostatnio głośno było o jego rzekomym romansie z gwiazdą tamtejszego Playboya, o dziesięć lat starszą Rafaelą Ribeiro. Po jednej z imprez, o piątej nad ranem, pojechali wspólnie do jej domu. Dwie godziny później brazylijski gwiazdor chciał bezszelestnie się stamtąd ulotnić, jednak na swoje nieszczęście utknął w windzie i o jego niezapowiedzianej wizycie dowiedzieli się wszyscy. Obydwoje jednak zgodnie twierdzą, że są tylko przyjaciółmi. Najwyraźniej zebrało im się na nocne pogaduszki. Normalka.

Image and video hosting by TinyPic

Na koniec pytania, które zadają sobie ludzie na całym świecie. Czy Neymar na prawdę ma szansę stać się największą spośród legend piłki? Nowym królem futbolu? Czy przerośnie Pelego? Najmniejszych wątpliwości nie ma pani psycholog Sonia Román, która do niedawna pracowała z piłkarzami Santosu.

– Zaangażowanie Neymara do pracy i wysiłku jest ciągle takie same. Właśnie dlatego będzie najlepszym piłkarzem na świecie. Wcześniej pracowałam też z Robinho. Miał podobne predyspozycje fizyczne, ale problem tkwił w jego głowie. On też mógł być najlepszy. To, że Neymar jeździ drogimi samochodami jest problemem? Ma mnóstwo pieniędzy, a auta są dostępne na rynku, więc o co chodzi? Kiedyś poszedł na wielką imprezę Rock in Rio, ale następnego dnia gotowy do pracy pojawił się na treningu. Właśnie to odróżnia go od reszty –tłumaczy.

Nad jego przypadkiem pochylają się też specjaliści z dziedziny medycyny sportowej. Starają się w sposób naukowy wytłumaczyć przyczyny fenomenu. Niedawno doszli do wniosku, że na jego sekret składają się cztery czynniki: genetyka, intuicja, dyscyplina i szczęście. Jego ciało jest bardzo proporcjonalne, mięśnie łatwo się regenerują. Bierze piłkę na poważnie. Przestrzega ścisłej diety, dba o odpowiednio długi sen. Na boisku jest bystry i inteligentny. Umie upadać na trawę tak, aby nie zrobić sobie krzywdy. To tak w telegraficznym skrócie.

Kiedy miał osiem lat, a na dworze padało, powiedział do ojca, że nie idzie grać w piłkę, bo jest zimno, deszczowo i wszyscy na pewno siedzą w domach. On mu odpowiedział: „Synu, jesteś Neymar. Jesteś inny niż wszyscy. Idź.”.

I poszedł. Chodził codziennie. Najpierw na podwórko, potem do klubu. Ma przeogromny talent, poparty tytaniczną pracą. Z boku, podobnie z resztą jak Cristiano Ronaldo, wygląda na próżnego gwiazdora, który zaraz utopi się w żelu do włosów. Wszystkie głosy krytyki, zupełnie jak Portugalczyk, ucisza jednak na boisku.

Piermario Morosini – pokonał przeciwności życia, a ono przeprowadziło bezlitosny blitzkrieg

Niestety. Coraz częściej do naszych kalendarzy wpieprzają się dni, kiedy sport intensywniej niż ze współzawodnictwem czy końskim zdrowiem kojarzy się ze śmiercią. Dwa, wydawać by się mogło, tak skrajnie przeciwne pojęcia bezlitośnie się przenikają. Wczoraj do pocztu ludzi, dla których ostatnim widokiem była murawa stadionu, dołączył kolejny piłkarz. Chłopak, którego śmierć, jak i cały życiorys, zmusza do refleksji w sposób szczególny. Piermario Morosini.

Włochy są w szoku. O tyle specyficznym, że w ciągu kilkunastu dni śmierć w ich kraju sportowców upodobała sobie w sposób niespotykanie szczególny. Pod koniec marca, tym razem na siatkarskim parkiecie, zmarł przecież olimpijczyk Vigor Bovolenta. Kilka dni później odszedł trener bramkarzy Pescary, były piłkarz Francesco Mancini. Dopadł go zawał serca. Miał 43 lata. Wydawało się, że czarę goryczy przeleje tragiczny wypadek i śmierć siedemnastolatka z Lazio, Mirko Fersiniego. Nie przelał… Tym razem padło na młodego człowieka, którego życie było ciągłym marszem pod górkę. Człowieka, w którego życiorysie szczęścia należało szukać nie ze świecą, a porządną halogenową latarką. Fakty wyjęte z jego życia pogłębiają tę tragedię. Jak czarny flamaster pociągnięty po linii nakreślonej czarną kredką.

W wieku trzynastu lat życie zadało mu pierwszy cios. Zmarła jego matka, Camilla. Dwa lata później los przeprowadził kolejny, bolesny szturm. Umiera ojciec. Kilka lat temu, na skutek tragicznego wypadku, stracił też brata – Francesco. Jedyną osobą z rodziny, która pozostała przy życiu jest siostra, notabene także pokrzywdzona swoją niepełnosprawnością. – Ludzie często pytają dlaczego wszystkie nieszczęścia skupiają się właśnie na mnie. Nie potrafię znaleźć odpowiedzi i to powoduje jeszcze większy ból. Życie jednak toczy się dalej. Istnieją takie sytuacje, które odciskają na tobie piętno. Te same rzeczy powodują jednak złość i pomagają w osiąganiu założonych celów. Chciałbym zostać dobrym piłkarzem, w szczególności dla moich rodziców. Wiem, że byliby ze mnie dumni. Ta myśl dopinguje mnie jeszcze bardziej – mówił w udzielonym przed siedmioma laty wywiadzie.

„Co za weekend… Ile wspaniałych spotkań! Jak wiele w moim życiu piękna… Zawsze jest nadzieja!” – napisał niecałe dwa miesiące temu na swoim twitterze. Ćwierkał regularnie, a jego wpisy przesiąknięte są optymizmem. Radością z codziennych, choćby najmniejszych i błahych rzeczy. Spraw, które przeciętny człowiek olewa, puszcza mimochodem.

„Nadchodzi wiosna… Słońce i błękitne niebo. Tak błękitne, że już bardziej się nie da. Życzę wszystkim dobrego dnia!”. To wpis z trzynastego marca. We wczorajsze przedpołudnie, zanim jego twitter zamilknął na zawsze, przesłał filmową zapowiedź książki włoskiego muzyka, Luciano Ligabue. Wielu osobom ta melancholijna i jednostajna melodia już zawsze będzie kojarzyła się z młodym piłkarzem, który zabrał się z tego świata zdecydowanie za wcześnie.

Chwilę przed utratą przytomności Morosini miał prawo być naprawdę zadowolony. Piłkarze Livorno w piętnaście minut strzelili bowiem dwa gole, które postawiły rewelacyjną Pescarę pod ścianą. Pierwszy akt niespodziewanego dramatu zaczął się 32. minucie. Morosini trzykrotnie upadał na boisko. Próbował się podnieść, jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. W pewnym momencie jego organizm dał za wygraną i stracił przytomność, uderzając twarzą o murawę. Na boisko wbiegli klubowi medycy Pescary i przeprowadzili pierwszy masaż serca, które, jak się okazało później, zabiło na Stadio Adriatico po raz ostatni. Wtedy w pobliżu piłkarza znalazł się jeden z kibiców, kardiolog, którego początkowo blokowali stadionowi stewardzi.

Zaalarmowano stojący przy wejściu na stadion ambulans. Jedyna droga wiodąca na murawę była jednak zagrodzona przez Fiata Croma, należącego do miejskiej policji. Za nim stał zamknięty na klucz wóz strażacki. Stewardzi musieli poradzić sobie siłą i aby odblokować drogę powybijali szyby. Tym sposobem upłynęły trzy minuty. Chwile, które zdaniem Lionello Manfredonii mogły uratować jego życie. – Mnie się udało, bo fantastyczni lekarze zareagowali błyskawicznie – mówi były piłkarz Juventusu, który dwadzieścia dwa lata temu przeżył podobny atak – Niestety, Morosini nie miał tyle szczęścia. Kto wie, gdyby ambulans przybył na miejsce szybciej… Wszyscy jesteśmy w rękach Boga. Ja tamtego dnia otarłem się o śmierć – wspomina.

Image and video hosting by TinyPic

Młody piłkarz Pescary, Marco Verratti, widząc, że ambulans ma problemy z wjazdem na plac gry, w obliczu płaczu kolegów, zachował trzeźwość umysłu i popędził po nosze. Wszystkie starania nie zdały się jednak na nic. Morosini zmarł już na boisku. Lekarze ciągle go reanimowali, jednak kiedy znalazł się w szpitalu, niestety już nie żył.

Image and video hosting by TinyPic

Zaraz za karetką, na pogotowiu ratunkowym pojawili się piłkarze obydwu drużyn. Tragiczna informacja, której w duchu z pewnością się spodziewali i tak była nieludzkim ciosem. Na holu słychać było płacz, krzyki i będące oznakami poczucia beznadziei uderzenia pięściami o ściany, czy drzwi. Pośród wracających do autobusów piłkarzy nie było ani jednego, któremu udałoby się powstrzymać łzy. Tragedia równomiernie uderzyła w nich wszystkich. – Był jak mój młodszy brat. Przez sześć miesięcy mieszkał u mnie w domu. Nie potrafię o tym myśleć. To jakaś tragedia, to jakaś tragedia… Mam ochotę zakończyć karierę. Grałem mecz. Potem zobaczyłem dziesiątki sms-ów z kondolencjami – opowiada łamanym głosem bramkarz Regginy, Emanuele Belardi, przyjaciel Morosiniego z czasów gry w Udinese.

Czy można było temu zapobiec? Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Jedna z hipotez głosi, że cegiełkę do jego śmierci mógł dołożyć powietrzny pojedynek z Emmanuele Cascione, mający miejsce kilka chwil przed tragedią. Innego zdania jest jednak kardiolog sportowy, Bruno Caru. – Wszyscy nasi piłkarze są poddawani rutynowym kontrolom. Istnieją niestety jednak takie wady, których pierwszym i zarazem ostatnim symptomem jest śmierć – wyjaśnia. Wszelkie wątpliwości ma rozwiać sekcja zwłok, która zostanie przeprowadzona w ciągu najbliższej doby.

Morosini poniósł śmierć tyle tragiczną, co spektakularną i medialną. Wstrząsającymi obrazami, kiedy piłkarz słania się na nogach, próbuje się podnieść, lecz w końcu upada i więcej nie wstaje, epatowała wczoraj telewizja Sky Sports, emitując je w nieskończoność.

- Przeznaczenie zabrało mu całą rodzinę. Teraz znów będzie miał okazję się z nimi spotkać –powiedział kolega Morosiniego z czasów gry w Udinese, Roberto Baronio.

http://static2.video.gazzettaobjects.it/widget/swf/GazzettaPolymediaShow.swf

Agostino Di Bartolomei. Piłkarz, który strzelał do samego końca

Te dziewięćdziesiąt minut na boisku miało być wyłącznie dopełnieniem formalności. Cała reszta została przecież zaplanowana. Mogłoby się wydawać, że palce w tym wszystkim maczał sam Bóg. Pierwszy finał Pucharu Europy na własnym boisku. Bajecznie! Klasyk przestrzega, żeby nie rozpoczynać zabawy przed czasem, bo nic z niej nie wyjdzie. Wszyscy byli jednak pewni zwycięstwa. W najmniejszym stopniu nie zdawali sobie sprawy z tego, że ta sama pewność obróci się przeciwko nim. Będzie przyczyną bólu, łez, a nawet śmierci. Równo dziesięć lat po przegranym z Liverpoolem finale, 30 maja 1994 roku, życie odebrał sobie ten, który wtedy dał Romie najwięcej – Agostino Di Bartolomei.

W latach osiemdziesiątych Giallorossi byli najokazalszą włoską potęgą. W 1983 roku, po przeszło czterdziestu latach, zdobyli tytuł mistrza kraju. Kapitanem zwyciężającej Romy, jej żywym symbolem był właśnie on. Bożyszcze rzymskich tłumów. Agostino Di Bartolomei. Człowiek, który w żadnym z momentów swojej kariery nie wpasował się w futbolową otoczkę. Niekoniecznie jednak w wydźwięku negatywnym. Intelektualnie był po prostu o głowę wyższy od pozostałych. Wielu, czemu w sumie nie można się dziwić, postrzegało go jednak jako mruka i dziwaka. Nawet podczas fiesty, którą piłkarze Romy urządzili sobie w szatni bezpośrednio po spotkaniu przesądzającym o zdobyciu Scudetto, on siedział w kącie. Pochylony, w skupieniu. Był melancholikiem. Nie bez przyczyny wołano na niego „Ninna nanna”, parafrazując słowa znanej włoskiej kołysanki. Bardziej niż piłkarza, przypominał umartwionego nad swoim żywotem mnicha, tudzież grabarza, przeżywającego śmierć każdego grzebanego nieszczęśnika. Z miłości do piłki znalazł się w samym centrum świata, do którego w ogóle nie pasował. – Wykonuję jeden z najpiękniejszych zawodów świata. To zajęcie, które jest pracą i przyjemnością jednocześnie. Dostajesz pieniądze za to, co kochasz – mówił w jednym z wywiadów.

Tych z kolei udzielał raczej niewiele. Nie stronił od mediów, ale z pewnością też nie należał do ich ulubieńców. Zawsze cichy, spokojny, unikający skandalów obyczajowych. Reporter podchodzący do Di Bartolomeiego nie mógł spodziewać się niczego sensacyjnego. Ago mówił bardzo powoli i rozważnie. Każdą wypowiedź musiał przesypać przez sitko w swojej głowie tak, aby nie była sztampowa i jednocześnie wiernie oddawała jego myśl. Był intelektualistą, co również przyczyniało się do jego alienacji. Kiedy zaczynał karierę, rodzice nie pochwalali obranej przez niego drogi. Woleli aby ich syn zdobył porządne, uczciwe wykształcenie. On także pragnął ukończyć studia prawnicze, lecz wtedy nie przypuszczał, że stanie się jednym z największych piłkarzy w historii AS Romy. Do dziś ludzie we Włoszech zastanawiają się jakim cudem nigdy nie zadebiutował w reprezentacji.

Opaskę kapitana Giallorossich dostał od trenera Nilsa Liedholma. Szwed był ponoć jedynym człowiekiem, przed którym Di Bartolomei naprawdę i w pełni się otworzył. Nie protestował nawet, kiedy ten, ze środka pomocy przesunął go do defensywy. Niespecjalnie przeszkadzało mu to w asystowaniu i zdobywaniu bramek. Silne, precyzyjne uderzenie z dystansu było jedną z jego najcenniejszych piłkarskich zalet. W szatni Di Bartolomei był mentorem. Odzywał się rzadko, ale jeśli już coś mówił, to w powietrzu wyczuwalne było napięcie i patos. Kiedy piłkarze nie otrzymywali należnych premii, zabraniał im wychodzić na boisko. Nie obchodziło go to, że jest niedziela i do spotkania pozostała godzina czasu. Tak powiedział kapitan i nie było dyskusji.

Na placu gry był tak samo pedantyczny, dokładny i wyważony, jak w życiu prywatnym. Jego największą zaletą nie były nogi, a mózg, dzięki któremu swoją inteligencję uwydatniał także podczas rozgrywanych spotkań. Widział wszystko. Jeśli dołożyć do tego umiejętność posyłania piłek z milimetrową precyzją, na horyzoncie rysował się obraz piłkarza kompletnego. No, może prawie, bo wyraźnie brakowało mu szybkości i zwrotności. Wszystkiego nauczył się w Romie. Dorastał na peryferiach stolicy i trafienie do szkółki Giallorossich było tylko kwestią czasu. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał jednak na pozbawionym trawy, parafialnym klepisku, nierzadko – z wyboru – grając na boso.

„Nie czuję się przegrany. Mogą wyrzucić z Romy, ale nie odetną mnie od jej kibiców.” Jego serce krwawiło. W Rzymie nie czuł się jednak potrzebny. Prezes klubu, Dino Viola, podpisał dokument potwierdzający jego transfer do Milanu bez cienia sentymentu. Do stolicy mody powędrował też Liedholm. Di Bartolomei podążył za swoim mistrzem.

Karierę kończył na futbolowych peryferiach. W Mediolanie, po trzech latach gry, krzyżyk na nim postawił panoszący się nowy właściciel, Silvio Berlusconi. Buty na kołku wieszał jednak, jak na mistrza przystało, będąc na swoim małym, prywatnym szczycie, uzyskując awans do Serie B z Salernitaną. W Salerno, podobnie jak w Rzymie, kibice zapamiętali go jako swojego kapitana. Wielkiego Ago.

- Moje życie się zmieniło. Nie trudnię się już tym, co każdego dnia czyniło ze mnie osobę publiczną. Schodzisz ze sceny i musisz szukać dla siebie innego miejsca – powiedział podczas wywiadu w swoim domu na niedługo po zakończeniu kariery. Kamera przedstawia go jako głowę rodziny – obok siedzi jego żona, którą czule obejmuje ramieniem. Nieco dalej dwaj synowie – młodszy Luca i starszy Gianmarco. Początkowo rzeczywiście wydawało się, że Di Bartolomei znalazł odpowiednie dla siebie zajęcie. Zaczepił się w telewizji. Podczas mistrzostw świata w 1990 roku był ekspertem stacji RAI. Później trenował trampkarzy. Nie uczył ich gry w piłkę, ale – jak sam mówił – życia i współzawodnictwa. W wolnych chwilach pisał nawet książki o futbolowej taktyce. Żadna z nich nie doczekała się jednak swojej premiery.

Cały czas czekał na telefon. Choćby najmniejszy sygnał z Rzymu. Czy to w trenerskim dresie, czy to w dyrektorskim garniturze – pragnął wrócić do Giallorossich. Spotkać się ze starymi znajomymi. Objąć, uszczypnąć, czy nawet uderzyć któregoś z nich, bo w taki właśnie niekonwencjonalny sposób przez lata okazywał im swoją przyjaźń. Chciał znów poczuć się potrzebny. Tak po prostu. Nie miał jednak honoru prosić o angaż prezesa Franco Sensiego w sposób otwarty. W listach pisanych do siedziby Romy tylko delikatnie sugerował swą gotowość. Na te nikt mu jednak nie odpowiadał.

Przyzwyczajony do życia w metropolii, kisił się miejscu tyle pięknym i malowniczym, co odludnym. Do stolicy zaglądał na każdy domowy mecz Romy. Często, schodząc po schodach między krzesełkami Stadio Olimpico, machał w stronę trybuny prasowej, sygnalizując swoją obecność. Jakby chciał powiedzieć: – Nie zapominajcie o mnie, ja nadal żyję! Na próżno. Angażu w klubie, dla którego kibiców pozostał legendą nie otrzymał już nigdy. Ponoć z powodu wygłaszanych przez niego w mediach nieprzychylnych opinii pod adresem Romy. Przynajmniej tak po latach twierdzi jego kolega z boiska, Bruno Conti.

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

Był koniec maja. Dzień nieszczególny, choć nieco bardziej uroczysty niż pozostałe. Państwo Di Bartolomei spodziewali się bowiem wizyty znajomych. Ago kucharzem był raczej marnym, ale tego popołudnia pichcił swoje specjały. Potem wspólna kolacja i wieczorny spacer do portu. Następnego dnia obudził się nieco wcześniej niż zwykle. Wziął kartkę papieru i pośpiesznie nagryzmolił krótką wiadomość. Napisał w niej, że kocha żonę i dzieci. Że to nie ich wina. Zostawił notatkę na stole, po czym wyjął z szuflady jeden ze swoich rewolwerów marki Smith & Wesson, kaliber 38. Odkąd okradziono go w restauracji, nigdy się z nim nie rozstawał. Za dnia miał go na ramieniu, schowanego w męskiej torebce. Nocą broń, dzięki której czuł się bezpieczny, trzymał pod poduszką. Spontanicznie, będąc jeszcze w piżamie, wyszedł na taras swojej luksusowej rezydencji, wymierzył w serce, i oddał strzał.

Ostatni celny strzał w swoim życiu.

Cyrk Appiaha będzie bawił publiczność w Serbii

Chwilowo, bo chwilowo, lecz kiedyś był podporą wielkiego klubu – Juventusu Turyn. Od kilku lat piłkarz widmo. Niby gdzieś gra, coś kombinuje, ale stosuje przy tym znakomity kamuflaż, którego pozazdrościliby amerykańskie siły specjalne. Zawodnik może bez wielkich osiągnięć, ale też nie z tych całkiem bezimiennych. Wieloletni reprezentant i kapitan narodowej ekipy Ghany. Uczestnik dwóch minionych finałów Mistrzostw Świata – Stephen Appiah. Wczoraj jego sztucznie odżywiana kariera została definitywnie odłączona od respiratora. Podpisał kontrakt z Vojvodiną Novi Sad.

Gdyby postawił na pieniądze szejków lub fantasy ligę w Indiach, bo miał stamtąd poważne propozycje – OK. Byłoby jasne, że chce zakończyć karierę z kilkoma milionami do przodu i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. A tak, podjął zaskakującą i wydaje się, że nielogiczną decyzję. W Serbii, ani się specjalnie nie wzbogaci, ani nie pokopie na najwyższym poziomie. Tamtejsza Superliga jest tak samo super, jak ekstra jest nasza Ekstraklasa. Tylko i wyłącznie z nazwy. Deska ratunku? Kontrakt, który parafował, jest ważny tylko do końca sezonu. Możemy założyć się, że za pół roku romantyczne uczucie łączące Appiaha z serbskim futbolem dobiegnie końca. Albo jemu, albo klubowi do tego czasu skończy się cierpliwość. Stawiamy na opcję numer dwa.

Jego historia jest jakby wyjęta ze stereotypowych życiorysów afrykańskich piłkarzy. Wychowywał się w skrajnym ubóstwie, a tocząca się piłka była jedyną, rozsądną furtką ku lepszemu życiu. Pewnego razu, kiedy był dzieckiem, zagadał do niego najbogatszy w okolicy kolega. Zaproponował prawdziwy obiad, w zamian za wspólne spędzone na kopaniu futbolówki wagary. – Kiedy usłyszałem słowo „obiad” nie mogłem odmówić. Musiałem na tym skorzystać – wspomina po latach.

Skorzystał ten jeden raz i korzystał też w dniach kolejnych. Sielanka trwała dopóki wieści o opuszczaniu lekcji nie dotarły do jego matki. Ta poszła porozmawiać z wychowawcą. Kiedy okazało się, że okłamuje ich oboje, położyli go na stole i zlali skórzanym pasem. Miał wtedy dziewięć lat. Od tamtej pory jego noga nigdy więcej nie przekroczyła progu żadnej szkoły. Postanowił w pełni poświęcić się piłce. Trafił do biednej, amatorskiej drużyny, która nie oferowała właściwie nic, poza wspólną grą. W klubie brakowało pieniędzy na wszystko i jej piłkarze grali… bez butów. Jedynym zabezpieczeniem były bandaże, którymi obwijali swoje stopy.

Momentem zwrotnym w jego karierze był mecz przeciwko Hearts of Oak. Jednemu z najbardziej utytułowanych ghańskich klubów. Wówczas Appiah, grający na bosaka kilkunastolatek, wbił im dwa gole. W nagrodę sprowadzili go do siebie i wręczyli pierwsze, piłkarskie buty z prawdziwego zdarzenia. – Nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Kiedy kopałem piłkę, brakowało mi jej czucia. Po meczu moje nogi były jednak czyste i nie poranione skałami, a to już duży plus – wspomina z uśmiechem.

Kiedy przyjechał do Włoch, nie potrafił posługiwać się sztućcami. Z trudem wyławiał widelcem makaron, lecz ten, w drodze do jego ust, i tak z powrotem ześlizgiwał się na talerz. Nie smakowała mu ani pizza, ani spaghetti. W kółko obżerał się tylko lodami i biszkoptami. W pierwszym sparingu, pod okiem Alberto Zaccheroniego, walnął gola z dwudziestu pięciu metrów. – Zamknijcie go i nie pozwólcie mu uciec – miał powiedzieć ówczesny trener Udinese. Nie uciekł, bo pomachano mu przed nosem kilkoma plikami studolarówek. Swój pierwszy w Europie kontrakt podpisał bez jakiejkolwiek znajomości jego treści.

Kilka lat później, w ciekawy sposób rozpoczął swoją przygodę z Juventusem. Kiedy po raz pierwszy pojawił się na klubowej stołówce, żarty z niego postanowił zrobić sobie Gianluigi Buffon. – Patrzcie chłopaki, mamy nowego magazyniera! No, dalej! Dlaczego się nie przedstawisz? Appiah nie pozostał mu dłużny i też rzucił czerstwy żart. – Kolego, zamiast niepotrzebnie gadać, przynieś mi tu zaraz sałatę z tuńczykiem, bez dodatku pomidorów i cebuli, ale już! I wszyscy obecni, z Marcello Lippim i Luciano Moggim na czele, tarzali się ze śmiechu.

Poczucie humoru dopisywało mu jednak tylko w pierwszym sezonie pobytu w Turynie. Wówczas był podstawowym zawodnikiem Bianconerich. Później jego pozycja osłabła i został sprzedany do Fenerbahce. Z klubem znad Bosforu, pomimo dobrej gry i wywalczenia mistrzostwa Turcji, żegnał się jednak w wyjątkowo cierpkiej atmosferze. Paradoksalnie, ciężka kontuzja kolana, przez którą pauzował prawie rok nie była największym złem, jakie go tam spotkało. Problemem okazało się być to, co miało mu pomóc, czyli operacja. A w zasadzie to jej następstwa. Sam zabieg przebiegł pomyślnie, lecz sztab medyczny Fenerbahce zapomniał o zastosowaniu koniecznej kuracji przeciwzakrzepowej. Popełniono karygodny błąd, który mógł go zabić. Kolano Appiaha rozrywał niesamowity ból. Dopiero po wykonaniu szczegółowych badań na jaw wyszły szerzące się w nim zakrzepowe patologie.

Po rozwiązaniu kontraktu i wyleczeniu kontuzji, stał się łakomym kąskiem na liście piłkarskich bezrobotnych. Na mistrzostwach świata w RPA wchodził na końcówki spotkań. To i tak nieźle, bo nie miał wówczas żadnego klubu. Gdyby nie sparingi reprezentacji – jego jedyna wówczas boiskowa aktywność – pewnie w ogóle zapomniałby jak wygląda piłka. Pożądano go w Anglii i we Włoszech. Podobno było coś na rzeczy z londyńczykami – Arsenalem, Tottenhamem i West Hamem. Ile rzeczywiście jest w tym prawdy, a ile PR-owych zagrywek agenta, nie dowiemy się chyba nigdy. Wiadomo natomiast, że ostatecznie trafił do przeciętnej Bologny, gdzie na dobre rozwinęła się równia pochyła, na której końcu, jak się okazało, stała właśnie Vojvodina.

Image and video hosting by TinyPic

W Serbii zapanowała spodziewana euforia. Appiaha mianowano najbardziej utytułowanym, zagranicznym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek postawił krok na tamtejszych murawach. W patetyczny klimat nie omieszkał nie wstrzelić się również sam zainteresowany, ślubując miłość, wierność… Zapomniał o Udinese, które zrobiło z niego prawdziwego piłkarza. Umknęły mu także wspomniane wcześniej Fenerbahce czy Juventus, z którymi zdobywał mistrzostwa i grał w europejskich pucharach. W głowie ma tylko Starą Damę, tyle, że już tą serbską. – Zapomniałem o wszystkich zespołach, w których grałem dotychczas. Teraz liczy się tylko i wyłącznie Vojvodina. Pieniądze nie były decydującym czynnikiem. Pragnę grać w piłkę na wysokim poziomie i nadal mam ambicje. Dlatego wybrałem Serbię – powiedział na powitalnej konferencji prasowej.

Według oficjalnej metryki ma 31 lat, chociaż z niektórych źródeł wynika, że tak naprawdę jest sporo starszy. Może i lepiej gdyby miał te 38, bo tłumaczyłoby to ciągłe rozmienianie się na drobne. Prawdziwa kariera Appiaha zakończyła się bowiem w momencie jego kontuzji. Od tamtej pory bardziej niż zawodowego piłkarza przypomina objazdowy cyrk.