Kozioł ofiarny czy realne wzmocnienie? Guarin w Interze

Do Interu trafiło kolejnych dwóch Latynosów – Fredy Guarin oraz młodziutki Juan. Tym samym południowoamerykańska mniejszość u Nerazzurrich urosła do trzynastu przedstawicieli. O ile transfer Brazylijczyka to przedsięwzięcie z myślą o jutrze, o tyle Kolumbijczyk z Porto ma stanowić o sile środka pola Interu od zaraz. Podoła, czy nie podoła? O to samo pytają się i zaciekawieni Portugalczycy, i podnieceni Włosi. Zdania są podzielone. 

O Guarinie, a w zasadzie jego dolnych partiach, szczegółowo opowiadał nam kiedyś jeszcze nie tak dawno grający w Porto, Paweł Kieszek. W pamięci zapadł mu szczególnie widok monstrualnie wyrzeźbionych mięśni ud. Fakt faktem, Kolumbijczyk kopyto ma nietuzinkowe. Najdobitniej chyba sprawę z tego faktu zdaje sobie golkiper Marítimo, który chyba do dzisiaj dziękuje Bogu, że piłka po strzale Guarina przeleciała obok, a nie trafiła w niego samego. Niesamowite trafienie możecie obejrzeć klikając TUTAJ

„Gwiazda FC Porto przechodzi do Interu” – krzyczy nagłówek na Sport.pl. Hola, hola… Czy piłkarza, który rozegrał w tym sezonie siedem ligowych spotkań, z czego aż DWA w pełnym wymiarze czasowym wypada nazywać gwiazdą? Prawda. Guarin był fundamentem Porto, ale tego, które przed rokiem swoją szpachlą scementował Andres Villas-Boas. Dużo grał, sporo strzelał, nienajgorzej szło mu także kolekcjonowanie asyst. Obecny sezon natomiast powinien być dla niego samego osobistą porażką. Pomiędzy nim, a nowym trenerem Vítorem Pereirą, najzwyczajniej nie zaiskrzyło. Portugalczyk nie obdarzył go bezgranicznym zaufaniem, ale w sumie nie ma się co dziwić, bo i samemu Guarinowi daleko było do tej najbardziej optymalnej dyspozycji. Do tego wszystkiego doszła kontuzja, przez którą nie gra od początku listopada. Odpowiedzmy sobie sami. Czy Inter nie przygarnia przypadkiem kota w worku? – Jako człowiek bardzo w porządku, przykład. Jako sportowiec już nie koniecznie – podsumował go jeden z użytkowników na kibicowskim forum Smoków.

Image and video hosting by TinyPic

Sterownicy Beneamata nie są jednak półgłówkami i potrafili odpowiednio się zabezpieczyć. Na konto portugalskiej ekipy przelali bowiem tylko 1,5 miliona euro. To opłata za półroczne wypożyczenie. Gdyby się sprawdził, jest opcja pierwokupu za dopłatą kolejnych jedenastu baniek. Jeśli nie, wystarczy polubowny uścisk ręki i zabukowanie biletu powrotnego. Ryzyko jest minimalne, ale mimo wszystko niektórzy upatrują w tym transferze totalnej bezmyślności. – Wykorzystali miejsce dla obcokrajowca, sprowadzając zawodnika, który nie może grać w Lidze Mistrzów i przez ostatnie dwa lata w pierwszym składzie wybiegał zaledwie dwanaście razy – polemizuje Ivan Zazzaroni, ekspert telewizji Rai Sport.

Image and video hosting by TinyPic

Po wyjeździe Villasa-Boasa, posypała się nie tylko forma Guarina. Tak naprawdę to zaczęło psuć się wszystko. Nowemu trenerowi, chociaż umiejętności odmówić nie sposób, brakuje charyzmy i poklasku w szatni. Klasyczny syndrom Mourinho. Smoki nie grają może absolutnego piachu, ale nie jest to też z pewnością ta sama drużyna, która w ubiegłym roku pożerała wszystko, na co tylko miała ochotę. Porto odpadło z rywalizacji o Ligę Mistrzów oraz z pucharu Portugalii. Niebawem prawdopodobnie pożegna się także z Europa League. No chyba, że pokona Manchester City. W tabeli Ligi Zon Sagres są co prawda drudzy, ale do prowadzącej Benfiki tracą już pięć punktów, co niesamowicie drażni ich fanów. Kulminacja nastąpiła kilka dni temu, kiedy piłkarze Porto niespodziewanie przegrali wyjazdowe spotkanie z Gil Vicente. Między zawodnikami, a widzami, doszło nawet do rękoczynów. Lekarstwem na zło i swoistą bombonierką dla kibiców mają być transfery Lucho Gonzaleza oraz bramkostrzelnego Marca Janko. A Guarin? Jego odejście w pewnym sensie jest ofiarą za niepowodzenia całego klubu. Ojców ubiegłorocznego sukcesu – Villasa-Boasa oraz Radamela Falcao – w Porto nie ma już od kilku miesięcy. A ktoś beknąć musiał.

Sądząc po jego boiskowej charakterystyce, w Interze może okazać się jednak bardzo przydatny. Nie jest to typowy środkowy pomocnik. Bardziej długodystansowiec, z tych nie do zdarcia. Potrafi grać defensywnie, ale nie obce jest mu też ustawienie w okolicach środkowej linii boiska. O bombowym uderzeniu z dystansu wspomnieliśmy już na początku. Włoscy dziennikarze widzą w nim nowego Dejana Stankovicia.

Po odejściu Thiago Motty i trochę zapomnianego Sulleya Muntariego, oraz transferze Angelo Palombo, jedenastka Interu mogłaby wyglądać na przykład tak…

Image and video hosting by TinyPic

Co ciekawe, jeszcze tydzień temu praktycznie dopięte były jego przenosiny do Juventusu. Działacze Starej Damy w ostatniej chwili uznali jednak, że bardziej przyda im się boczny obrońca. A że mieli tylko jedno miejsce dla zawodnika spoza Unii Europejskiej, to padło na Martina Caceresa. Do końca okna transferowego pozostawało już bardzo niewiele, a Guarin tkwił na samym środku lodowiska. Ostatecznie trafił do Interu, choć przebąkiwał nawet o półrocznym powrocie do jednego z klubów ligi kolumbijskiej. To, czy okaże się transferowym hitem, czy kitem, głównie zależy od niego samego. Trener Claudio Ranieri raczej nie jest zwolennikiem podobnych wynalazków, lecz do transferu Guarina nie ma ponoć najmniejszych zastrzeżeń. Czas, start. Zegar tyka. Za niecałe pół roku dowiemy się, kto miał rację.

Seks, hektolitry wódki, fiesta i piłka. Garrincha od A do Z.

W porównaniu do niego wszystkie dzisiejsze gwiazdki to maminsynki. Presja? Pewnie w ogóle nie wiedział co to słowo oznacza. Przemęczenie? Gość rozgrywał po osiemdziesiąt spotkań w sezonie. Mało tego. Stał się jednym z największych arcymistrzów dryblingu w historii futbolu, chociaż bardziej niż atletę, przypominał pokrzywioną postać z kreskówki. Trzy rzeczy, które zabrałby ze sobą na bezludną wyspę? Bezdenna butelka kaszasy, jakaś fajna laska i być może piłka. Oto Mane Garrincha i jego alfabet. Tekst, którego samodzielnie nigdy nie dałby rady przeczytać. Tekst, który jest idealnym uzupełnieniem ostatniego wpisu blogowego Mateusza Święcickiego (TUTAJ).

A jak ALKOHOL. Honorowy towarzysz jego egzystencji. Mane ubóstwiał kaszasę, wódkę z trzciny cukrowej, którą pociągał najczęściej z butelki po toniku. Raczył się nią zawsze i wszędzie. Nawet kiedy znajdował się u szczytu kariery, była dla niego jutrzenką i zachodem. Do pewnego momentu pił rekreacyjnie. Z czasem jednak zadurzenie względem pełnej szklanki przerodziło się w paskudny nałóg. Niejednokrotnie znikał z klubu i zaszywał się w rodzinnym mieście, upijając do nieprzytomności. Chlanie stało się bezpośrednią przyczyną późniejszej agonii, której następstwem była jego autodestrukcja.

B jak BOTAFOGO. Klub, który wyłowił go z prowincjonalnego klepiska i zrobił z niego gwiazdę. Ten sam klub jednak eksploatował jego osobę do granic możliwości i traktował jak zwyczajnego robotnika. Talent Garrinchy dostrzegł jeden z piłkarzy Botafogo, Araty, który pewnego wolnego weekendu sędziował mecz w niewielkim, robotniczym miasteczku Pau Grande. Zachwycony jego dryblingiem oraz boiskową gracją, zostawił swoją wizytówkę. Mane grzecznie podziękował, ale moment wypróbowania swoich sił w Fogão odkładał przez… rok i trzy miesiące. Dlaczego? Bo tracił dniówkę w pracy, a wcześniejsze próby zaczepienia w większym klubie kończyły się podpieraniem płotu i wielogodzinnym, pełnym rozczarowania, powrotem do domu. Tym razem jednak zaiskrzyło. Garrincha, w wieku 19 lat, podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt. Po wielu pięknych chwilach, z klubem i jego kibicami, rozstał się jednak w nastroju konfliktu.

C jak CANARINHOS. W barwach reprezentacji Brazylii dwukrotnie sięgał po tytuł mistrza świata i w pewnych okresach był jej niekwestionowaną gwiazdą. Wraz z Pelem stworzyli niepokonany – w dosłownym tego słowa znaczeniu – duet. Canarinhos, mając ich obydwu w składzie, nie przegrali bowiem ani jednego spotkania. Na turnieju w Chile, w 1962 roku, zdobył koronę króla strzelców i tytuł najlepszego zawodnika. Cztery lata później był już tylko cieniem dawnego Garrinchy. Właśnie wtedy, na totalnie spalonym przez Brazylijczyków mundialu w Anglii, żółtą koszulkę ubrał po raz ostatni. Mecz z Węgrami był zarazem jego jedynym przegranym w reprezentacji. Pele wówczas nie zagrał. Dopadła go kontuzja. Reprezentacyjny licznik Manego przestał tykać, kiedy wskazówka pokazywała okrągłą pięćdziesiątkę.

D jak DRYBLING. Stanowił podstawę jego gry. Bez dryblingu nie byłoby Garrinchy i możemy się pokusić o stwierdzenie, że zasada ta działa w obydwu kierunkach. Często pojawiają się porównania do współczesnych wirtuozów typu Cristiano Ronaldo czy Messi. On, chociaż w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie z tego sprawy, był pewnego rodzaju prekursorem. W tamtych czasach nikt nie dryblował tak jak on, a już na pewno nie w taki sposób. Wszystkiego nauczył się sam. Był samorodnym geniuszem. Zwodził rywali balansem ciała i następującym po nim błyskawicznym zrywem. Kiedy ogrywał przeciwnika często zatrzymywał się i czekał aż nieszczęśnik spróbuję raz jeszcze. Po chwili, zrezygnowany już oponent, znów leżał na boisku, oglądając siódemkę naszytą na jego plecach już z parteru. Często jednak przesadzał i drybling był jego jedyną boiskową aktywnością.

E jak ELZA SOARES. Garrincha miał w swoim życiu setki kobiet. Z żadną nie połączyło go jednak tak stałe i żarliwie odwzajemniane uczucie. Z piosenkarką Elzą Soares spędzili dwadzieścia burzliwych lat. Byli bodaj pierwszą tak medialną parą w brazylijskim, a może nawet światowym futbolu. Ówcześni Bechkamowie, pożywka tabloidów. Na jej widok ślinili się wszyscy faceci, miał ją tylko Garrincha. Na dobre zakończenie związku, ona podrapała go po twarzy, a on przywalił jej w zęby. Kiedyś była uosobieniem piękna.

Image and video hosting by TinyPic

A teraz… no cóż.

Image and video hosting by TinyPic

F jak FAIR PLAY. Kiedy ktoś kładzie się na glebę i zwija z bólu, to, chcąc nie chcąc, wypada wybić piłkę w aut. Dziś to zagranie powszechnie znane, często nadużywane w nie do końca właściwy sposób. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że jego prekursorem jest nie kto inny, jak właśnie Garrincha. Było to podczas spotkania Botafogo z Fluminense. Mane dostał piłkę i miał otwartą drogę do bramki. Za swoimi plecami usłyszał jednak przeraźliwy okrzyk bólu jednego z piłkarzy ekipy przeciwnika i celowo posłał futbolówkę w aut, aby możliwe było udzielenie mu pomocy. Potem, nieco zdezorientowany gracz Botafogo, oddał piłkę rywalom, co spotkało się z gromkim aplauzem publiczności. Sam Garrincha jednak zawsze walczył do końca. Nigdy nie kładł się na murawie, a warto podkreślić, że rywale polowali na jego nogi nad wyraz często. Łydki miał zorane pamiątkowymi bliznami. Były to swoiste autografy przeciwników, którzy niegdyś ośmielili się próbować odebrać mu piłkę. Wjazd w piszczel był ku temu jedynym, skutecznym sposobem.

G jak GARRINCHA. Po prostu pseudonim. Naprawdę nazywał się Manuel dos Santos. Ksywkę nadała mu jego siostra, kiedy miał cztery lata. Wzięła się ona od ptaka, w Polsce nazywanego strzyżykiem, które to Garrincha masowo wybijał. Matka mówiła mu: „Zabiłeś, to zjedz!”. On jednak robił to wyłącznie dla przyjemności. Małe ptaszki obtaczane w cieście, chociaż były daniem dosyć powszechnym, nie należały do jego przysmaków. Zaraz po przyjściu do Botafogo brazylijska prasa nazywała go Gualicho. Tak samo jak jednego ze sławniejszych wówczas koni wyścigowych. Potem każdy dziennikarz przeinaczał jego pseudonim po swojemu. W pewnym momencie trzeba było zainterweniować i położyć kres rozterkom. W „O Globo” ukazał się artykuł zatytułowany „Mam na imię Manuel i mówią na mnie Garrincha”.

H jak HUMOR. Garrincha miał raczej specyficzne, wyjątkowo infantylne poczucie humoru. Jego durne żarty często denerwowały całe otoczenie. Jeden z nich jednak, trzeba przyznać, wyszedł mu wyjątkowo nieźle. Było to podczas jednego z wielu europejskich wypadów Botafogo, tym razem w Holandii. Wówczas na topie były radia tranzystorowe. Piłkarze kupowali je torbami, aby później móc obdarować swoich bliskich w Brazylii. Nie gorszy był lewoskrzydłowy Helio, który wśród kolegów słynął z nieporadności umysłowej.

- Ty, Helio, a twoja rodzina mówi w tym języku? – zapytał go Garrincha. – Jeśli nie wymienisz lamp po powrocie do Brazylii, to nikt nie zrozumie ani słowa z tego co mówi spiker. A tam nie można tych lamp dostać – zażartował.

Następnego dnia zawiedziony Helio oddał radia do sklepu.

I jak INDIANIN. Pradziadkowie Garrinchy należeli do indiańskiego plemienia Fulnio. Byli skrajnie prymitywnym ludem. Swoje pierworodne dziecko zabijali, piekli i zjadali z domieszką miodu. Na ich teren wkroczyli jednak Portugalczycy, kładąc kres niekończącej się sielance. Schwytał ich i zniewolił niejaki Francisco dos Santos, po którym to Garrincha odziedziczył zresztą swoje nazwisko.

J jak JUVENTUS. Włosi byli pierwszym europejskim klubem, który wystosował propozycję jego wykupienia. Miało to miejsce w 1955 roku, jeszcze przed wejściem Mane w fazę oszałamiających sukcesów. Wówczas Garrincha był po prostu świetnie zapowiadającym się skrzydłowym. Działaczy Starej Damy zachwycił swoimi nieprawdopodobnymi występami podczas europejskiego tournee. Zarząd Botafogo postawił jednak zaporową cenę – 15 milionów cruzeiro. Równowartość 150 tys. dolarów, co wówczas było kwotą, która futbolowym przedsiębiorcom nie mieściła się w głowach. Gdyby transfer doszedł do skutku, Garrincha byłby najdroższym Brazylijskim piłkarzem. Włosi nalegali, nalegali, ale w końcu dali za wygraną. Sam zainteresowany, chociaż nie wiedział co konkretnie znaczą oferowane za niego kwoty, wydawał się być zadowolonym. Opuszczanie ojczyzny wcale nie leżało w jego interesie.

K jak KOBIETY. Miał ich setki. Prowadził szalenie rozwiązły tryb życia. W jego słowniku w ogóle nie figurowało słowo zdrada. Nawet wówczas, kiedy był z miłością swojego życia – Elzą Soares – od czasu do czasu pozwalał sobie na niewinny skok w bok. Dorobił się trzech synów i jedenaściorga córek z czterema kobietami. Jedno z nich zmajstrował podczas tournee po Szwecji. Do swojego domu zaprosiła go młoda dziewczyna, przedstawiła rodzicom i odbyła stosunek. Normalka. Jakiś czas później, kiedy Garrincha nadal przebywał w Szwecji, pod hotel reprezentacji podjechała policja. Okazało się, że Szwedka jest w ciąży i jej rodzice proszą o to, aby Mane poddał się testowi na ojcostwo. Wyszedł, oczywiście, pozytywnie. Co ciekawe, dziś facet nazywa się Ulf Lindberg i sprzedaje kiełbasę. Rodzina nie udźwignęła ciężaru jego wychowani, oddając go do sierocińca. Kilka lat temu, na zaproszenie pewnej restauracji, odwiedził Brazylię, gdzie przywitały go tłumy dziennikarzy i fotoreporterów. Kiedy podwinął nogawki spodni i zaprezentował swoje krzywe nogi, niektórzy ludzie nie mogli powstrzymać łez.

Image and video hosting by TinyPic

L jak LICZBY. Sam umiał tylko dodawać i odejmować. Ale nie chodzi o wytykanie mu edukacyjnych braków. W czasie trwania zawodowej kariery rozegrał około 400 oficjalnych spotkań. Doliczając do tej liczby mecze towarzyskie, liczba ta byłaby zapewne kilkakrotnie wyższa. Podczas swoich objazdów po Europie gracze Botafogo rozgrywali bowiem kilka meczów w tygodniu, kursując pomiędzy lotniskiem, hotelem i miejscowym stadionem. Często tracili rachubę, nie wiedząc nawet w jakim znajdują się kraju.

M jak MARACANA. Jego drugi dom. Dosłownie. Kiedy wyprowadził się z rodzinnego Pau Grande, a jeszcze nie znalazł lokum w Rio, zdarzało mu się nocować w obskurnym pomieszczeniu ulokowanym pod jej trybunami. Miejscowa torcida oddałaby za niego życie, chociaż pod koniec przygody z Botafogo, stosunki z kibicami uległy znacznemu ochłodzeniu. Nie zmienia to faktu, że jego popisy niejednokrotnie oglądało ponad sto pięćdziesiąt tysięcy par oczu. Tam rozpoczynał swoją karierę i tam, w sposób symboliczny, również ją zakończył. Teraz jego obiektem będzie inny ze stadionów przygotowanych na najbliższe mistrzostwa świata. Ten w stolicy kraju, Brasilii, nazwany jego imieniem – Estádio Mané Garrincha.

N jak NOGI. Znak firmowy. W dzisiejszych czasach Garrincha nie miałby najmniejszych szans na zawodowe granie w piłkę. No, chyba, że jako dziecko założyliby mu przyrząd ortopedyczny, który załatwił by całą sprawę bez większego problemu. Ale kto, do cholery, myślał o tym w latach trzydziestych na zabitej dechami brazylijskiej wsi? Krzywe nogi odziedziczył po matce, chociaż skalą pokraczności i tak pobił ją na głowę. Lewa, krótsza o sześć centymetrów, wygięta była na zewnątrz, a prawa do środka. Kiedy jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Botafogo trafił na testy do Vasco, jeden z trenerów miał ponoć nazwać go kaleką. Mimo rażącej wady poruszał się z gracją, co niesamowicie fascynowało ówczesnych ortopedów.

Image and video hosting by TinyPic

O jak OPERACJA. Problemy z kolanem zaczęły się kiedy był na szczycie. Lekarze zlecili przeprowadzenie operacji, lecz Garrincha, z typową dla siebie nonszalancją, odkładał ją w nieskończoność. Nadszedł jednak moment, kiedy po każdym meczu z murawy spełzał na czworaka. Każdy, finezyjny niegdyś zwód, był katorgą. Ból uniemożliwiał mu normalne funkcjonowanie. Diagnoza była prosta – artroza. Należało oczyścić staw ze zużytej łękotki. Zabieg przebiegł pomyślnie, jednak po nim Garrincha tak naprawdę już nigdy nie powrócił do pełni sprawności. Także i tutaj problemem okazał się alkohol, który uniemożliwiał mu właściwe odbycie zaplanowanej rehabilitacji.

Image and video hosting by TinyPic

P jak PIENIĄDZE. Miał je za nic. Były dla niego wyłącznie środkiem, za który mógł kupić kolejną butelkę kaszasy. Na początku kariery zarabiał śmiesznie, potem znacznie lepiej. Nie były to jednak rzecz jasna gaże nawet zbliżone do tych, które księgują na swoich kontach dzisiejsze gwiazdy. Prawie wszystkie kontrakty podpisał in blanco. Żył na bieżąco, nie myślał o przyszłości. Przykładowo – premia za wygranie mistrzostwa świata w 1958 roku zgniła w dziecięcym moczu, pod materacem kanapy w jego rodzinnym domu. Pieniądze wtykał w szuflady, miski, patery z owocami i między strony komiksów, których przeglądanie było szczytem jego literaturowych osiągnięć. Mane był bowiem półanalfabetą.

R jak REAL MADRYT. W pewnym momencie, kiedy Garrincha był w kwiecie wieku, ofertę wysunęli też „Królewscy”. Wówczas był to najlepszy i najmocarniejszy klub na świecie. Dla prezesa Santiago Bernabeu nie było piłkarza, którego nie mógłby kupić. Botafogo jednak w ogóle nie chciało sprzedawać swojego asa. Oferta opiewająca na 250 tys. dolarów została odrzucona.

S jak SEKS. Jego druga, zaraz po alkoholu, życiowa pasja. Mógł to robić zawsze i wszędzie. Był stałym klientem domów publicznych w każdym zakątku świata. Najbardziej podobała mu się, rzecz jasna, rozpustna dzielnica czerwonych latarń w Amsterdamie. Mógł robić to calutką noc i sąsiedzi nie mieli z nim łatwego życia. Swój pierwszy raz, w wieku dwunastu lat, zaliczył co prawda z pasącą się nieopodal domu kozą, ale później było już tylko lepiej.

T jak TAKTYKA. Chociaż już wtedy, w latach pięćdziesiątych, zdawano sobie sprawę z jej wartości, dla Garrinchy nie znaczyła nic. Pewnie również dlatego, że była nużąca i dosyć trudna do ogarnięcia. Kiedy w Botafogo robili przedmeczowe odprawy taktyczne, wysyłano go, aby pograł w ping-ponga. Przyzwyczajono się, że i tak nigdy nie stosował się do żadnych poleceń. Na boisku był nieobliczalny i dziki, co w ogólnym rozrachunku częściej stawało się jego zaletą niż wadą.

U jak USPOSOBIENIE. Garrincha był dziecinny, żeby nie powiedzieć głupkowaty. Z jego twarzy rzadko znikał promienny, beztroski i wyjątkowo naiwny uśmiech. Przed mistrzostwami świata w Szwecji, podobnie jak wszystkim reprezentantom, poddano go rozmaitym testom psychologicznym. Na wszystkich wypadł żałośnie. Pewne problemy pojawiły się już na etapie wypełniania formularza. W polu, gdzie miał za zadanie wpisać swój zawód, wydziergał: „sportofca”. Sklasyfikowano go jako osobnika o inteligencji poniżej przeciętnej, a współczynnik jego agresji określono liczbą zero. Według specjalisty nie kwalifikował się nawet do prowadzenia autobusu.

W jak WYRZUTEK. Pod koniec życia pozostał tylko on i jego najwierniejszy przyjaciel – alkoholizm. Na niedługo przed śmiercią pokazał się światu po raz ostatni. Zdecydowano wystawić go na widok publiczny podczas karnawałowego pochodu w Rio. Nie był to jednak Garrincha, a jego wrak. Ludzie klaskali i wiwatowali tylko do momentu, kiedy mogli przyjrzeć mu się z bliska. Odurzony lekami, ze smutną twarzą, siedział na brzegu plandeki, gdyż nie mógł iść, a nawet stać o własnych siłach. Publiczność nie mogła uwierzyć, że to naprawdę ten wielki Garrincha. Sam nie był świadom mrożącego krew w żyłach widowiska, jakie zafundował swoją obecnością. – Wszystko dobrze… wszystko w dechę – powiedział zaraz po pochodzie. Hospitalizowany, zmarł w absolutnej samotności. Autopsja wykazała, że żadne jego organy wewnętrzne – od mózgu po jelita – nie przydałyby się nawet studentom medycyny. Były totalnie strawione.

Image and video hosting by TinyPic

Z jak ZSRR. Mistrzostwa Świata w Szwecji, rok 1958. Po gładkiej wygranej z Austrią i bezbramkowym remisie z Anglią, Brazylijczycy, aby być pewnymi awansu, muszą pokonać ZSRR. A była to ekipa więcej niż solidna. Wówczas opowiadano o nich głównie w kontekście osiągnięć technologicznych i podboju kosmosu. Radziecki futbol świat określał mianem naukowego. Reprezentanci w dniu meczowym robili sobie ponoć czterogodzinną poranną rozgrzewkę. Poprzednie spotkania, pomimo nacisków ze strony kibiców, Mane przesiedział na ławce rezerwowych, a ówczesne przepisy nie dopuszczały przeprowadzania zmian.

- Chodzą słuchy, że mam zagrać. Ale uwierzę w to tylko, jak ty mi powiesz. To prawda? – spytał Garrincha swojego kolegi z reprezentacji, Niltona Santosa.
- Wygląda na to, że tak. Jutro dasz Ruskom popalić!
- Ciekawe czy oni umiom grać – odpowiedział w swoim stylu.

Grać to oni może i umieli, ale na pewno nie na tym poziomie. I rzecz jasna nie w tym tempie. Ich nauka i technologie zderzyły się z niepohamowaną, radosną finezją Canarinhos. Garrincha bawił się z Rosjanami zupełnie jakby grał ze znajomymi. Tak, jak jeszcze kilka lat wcześniej robił to w rodzinnym Pau Grande. Brazylia zwyciężyła, rozpoczynając marsz po końcowy triumf. Wówczas na dobre narodziła się gwiazda Garrinchy. Jej blask rozpostarł się także nad Europą. Po tym pamiętnym meczu wypowiedział tylko jedno zdanie: „Byłem stęskniony za piłką.”

Wykorzystano fragmenty książki autorstwa Ruya Castro „Garrincha – samotna gwiazda”

Novara Calcio, czyli mały samochodzik na luksusowym parkingu

W ubiegłym sezonie, jako beniaminek włoskiej Serie B, snuli śmiałą wizję, zakładającą zagrzanie przyjaznej miejscówki pośrodku tabeli. Dziś mierzą swoje siły z Milanem, Interem czy Romą, chociaż, jak sami przyznają, na salony dostali przez przypadek. Po pierwszej połowie sezonu okupują co prawda miejsce, które w tabeli obwiedzione jest czerwoną linią, ale sama ich obecność w elicie ociera się o futbolowe anomalia. Może wydawać się to paradoksalne, lecz dla właścicieli Novary – klubu z ponad stuletnią tradycją – piłka nożna jest tylko skutecznym sposobem na autopromocję. Wyniki? Jak są, to bardzo fajnie, ale w rzeczywistości odgrywają rolę drugoplanową.

Aby przekonać się o skromności i pochylić nad przepaścią, która dzieli ten klub i całą resztę ligi, wystarczy rzucić okiem na zarobki jego zawodników. Pensje dla piłkarzy pochłaniają z budżetu skromniutkie 10 milionów euro. Najbogatsi inkasują marne 400 tys. euro. Dla porównania, o 100 tys. więcej w Legii zarabia nawet Danijel Ljuboja. Średnia gaża oscyluje w granicach 200 tys. euro.

Image and video hosting by TinyPic

To znacznie mniej niż najsłabiej zarabiający gracze Interu, Milanu czy Juventusu. W Novarze nikt jednak z tego powodu nie lamentuje. Klub ten był, jest i pewnie nadal będzie tylko pięknie opakowaną i wdzięcznie lśniącą reklamą. Po awansie do Serie A budżet ekipy z Piemontu i tak wzrósł ponad trzykrotnie – z dziewięciu do dwudziestu siedmiu milionów euro – co przekroczyło najśmielsze oczekiwania zarządzających nim ludzi. Za sterami tego skrupulatnie prowadzonego i pozbawionego złotych klamek przedsiębiorstwa stoją panowie De Salvo – Michangelo i jego syn Massimo. Na co dzień obaj zajmują się obracaniem milionami we własnej sieci prywatnych klinik. Futbol to zabawa po godzinach. W piłkarski biznes wchodzili z jedną myślą – klub musi utrzymywać się sam. Nawet na tak wysokim poziomie, jakim jest jedna z najsilniejszych lig w Europie, Novara generuje przychody niemal równe poniesionym wydatkom. W tym wszystkim nie jednak choćby krzty przypadku.

W 2006 roku, zaraz po przejęciu klubu, zakasano rękawy i podjęto decyzję o budowie supernowoczesnego centrum treningowego, które z założenia miało być produktem flagowym całego projektu. Teraz prowincjonalnej Novarze zazdrości go większość, nawet tych najbardziej mocarnych, włoskich klubów. Teren Novarello, bo taką nadano mu nazwę, rozciąga się na powierzchni stu tysięcy metrów kwadratowych. W skład tego imponującego kompleksu wchodzą siłownie, baseny, sześć boisk do piłki nożnej, hotel oraz przyozdobiona malowniczym oczkiem wodnym luksusowa restauracja. Bazę doceniły już młodzieżowa reprezentacja Włoch, czy narodowa kadra narciarzy, wybierając ją na miejsce swoich zgrupowań. W najbliższych latach planowane jest wdrożenie kolejnej koncepcji, która przewiduje poszerzenie całego centrum o 50%. – Zrobiliśmy tutaj rzecz, która będzie służyć wielu następnym pokoleniom. Obiekt ten już zakorzenił się w historii miasta, podobnie jak drużyna piłkarska. To przedsięwzięcie przynosi bogactwo i miejsca pracy wielu mieszkańcom – chwali Michangelo De Salvo.

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic

Novara jest klubem o wątpliwym potencjale ekonomicznym. Utrzymywanie jej zgodnie z zasadami ascezy nie przeszkadza jednak w podążaniu za rozwojem techniki. Wraz z jej awansem do Serie A, do kanonu pierwszoligowych stadionów weszło Stadio Silvio Piola. Na pierwszy rzut oka – budowla nieco archaiczna i trącąca starością, ale przynajmniej pozbawiona bieżni. Zdecydowaną innowacją jest jednak najnowszej generacji sztuczna murawa, której obecność na pierwszoligowych włoskich obiektach jest bezprecedensowa. Taką samą nawierzchnią, którą dosyć powszechnie instaluje się w Afryce czy Arabii Saudyjskiej, w całej Europie pochwalić może się jedynie Boavista Porto. Jej sztuczne źdźbła pachną nawet ponoć zupełnie jak te naturalne.

Jest to kolejny powód, którym właściciele Novary mogą chlubić się na wystawnych, branżowych bankietach. Położenie nowej murawy, przykładowo na San Siro, to koszt przekraczający 400 tys. euro. Sztuczna płyta, której trwałość ocenia się na dziesięć lat, kosztowała około dwa razy tyle. U nas, kiedy na syntetycznej murawie swoje spotkania rozgrywała Arka, lament drużyn przyjezdnych słychać było zanim jeszcze ich autobus dotarł na trójmiejskie przedmieścia. We Włoszech dla odmiany nikt nie robi z tego tytułu żadnego problemu. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę i za Novarą w najbliższym czasie mają zamiar podążyć stadiony w Genui, Sienie, Brescii czy Cittadelli.

Okazuje się, że bez szalonych posunięć transferowych i debetów na kontach we wszystkich możliwych bankach, również możliwe jest odniesienie, może nie jakoś szczególnie spektakularnego, ale całkiem pokaźnego i zaspokajającego sukcesu sportowego. Awans do Serie A był swoistym wybrykiem natury i powrót do drugiej ligi nie zmartwi szczególnie nikogo, oprócz kibiców. Teraz Novara prezentuje się bowiem tak, jak obok motoryzacyjnych tuz, typu Ferrari czy Rolls-Royce, wyglądałby Nissan Micra. Niewykluczone, że za kilka miesięcy zagubiony kierowca uderzy się w pierś i zawróci na nieco mniej ekskluzywny parking. Cała ta gra była jednak warta świeczki. Choćby dla tego jednego zwycięstwa nad Interem, które kibice Novary, z uśmiechem i chlubą, będą wspominać przez kilkadziesiąt najbliższych lat.

Eduardo Vargas – z łazienki do Ligi Mistrzów

Pisanie o transferach samo w sobie jest raczej nudnym zajęciem. Na ogół tę przyjemność wolelibyśmy zostawić redaktorom innych, bardziej pospolitych portali. Tutaj należy zrobić jednak wyjątek. Do przemierzenia oceanu szykuje się bowiem perełka. Bezsprzeczny talent. O Neymarze mówią wszyscy. Wystarczy, że ubierze się w biały t-shirt, albo założy granatowo-bordowe adidasy. Wszędzie doszukują się podtekstów. Dla kontrastu, obok transferu Eduardo Vargasa, najlepszego piłkarza Chile w 2011 roku, przeszliśmy jakby trochę obojętnie.

Interesowali się nim najwięksi, jak to zwykle bywa po eksplozji nowego latynoskiego talentu. Inter, Milan, Liverpool, Valencia, Sewilla czy Arsenal. W Chelsea widziano go nawet jako zastępcę Nicolasa Anelki. Jego grą zachwycali się też ponoć szejkowie z Manchesteru City, którzy szczególnie upodobali sobie podobne do niego, olśniewające techniką perełki. Nie tylko drogie i celnie strzelające na bramkę, ale ponadto takie, których gra jest przyjemnością dla szlachetnych oczu. On jednak zagrał gigantom na nosie i przyjął ofertę Napoli. Klubu powoli wychodzącego z zimnego cienia, lecz nadal oglądającego ogony tych najpotężniejszych. Partenopei nie mają tylu pucharów co Milan, tak zasobnego portfela jak Chelsea czy tak licznej gromady sympatyków jak Arsenal. Okazuje się, że kartą przetargową była osoba Diego Armando Maradony. – Wybrał Napoli, bo grał tam boski Diego. Eduardo nie mógł oglądać go na żywo, ale jest zachwycony tym co potrafił zrobić z piłką. Poza tym we Włoszech grał Marcelo Salas, kolejny z jego idoli. Mój syn chciałby powtórzyć jego sukces – mówi ojciec piłkarza.

Sprowadzenie młodego Chilijczyka za punkt honoru postawił sobie prezes klubu, Aurelio De Laurentiis. Sam piłkarz był zdecydowany na wyjazd właśnie do Neapolu, to i właściciel nie przedłużał negocjacji. Raz, dwa i było po wszystkim. Na stole znalazło się 11,5 miliona euro. Oferta, której były klub Vargasa, Universidad de Chile, najzwyczajniej odrzucić nie mógł. – Podpisaliśmy kontrakt, bijąc piekielnie silnych konkurentów. To dowód na to, że nasze drzwi są zawsze otwarte i bezustannie poszukujemy utalentowanych graczy na całym świecie – oznajmił kibicom prezes na oficjalnej stronie internetowej klubu. – Jestem szczęśliwy, że będę grać we Włoszech. Nigdy nie przypuszczałem, że negocjacje domkniemy w tak błyskawicznym tempie – dorzucił sam piłkarz.

Kwota z transferu zostanie podzielona na trzy części. Najwięcej rzecz jasna otrzyma jego dotychczasowy klub, Universidad. Niemal jedna trzecia z 11,5 miliona euro trafi na konto poprzedniego, reprezentowanego przez niego zespołu, Cobreloi. Stosunkowo symboliczna kwota, nieco ponad sto tysięcy euro, zostanie przelana natomiast na rachunek malutkiego International de Renca, gdzie mały Edu stawiał pierwsze kroki z piłką przy nodze. – Nie wiemy co zrobić z taką sumą. Jesteśmy szczęśliwi, ale jednocześnie zdezorientowani i zaskoczeni. Przydałoby się nam nowe boisko i rozbudowa siedziby – mówił podekscytowany prezes Internationalu.

Dwadzieścia dziewięć bramek zdobytych we wszystkich oficjalnych meczach rozegranych w 2011 roku. Zdobycie Copa Sudamericana (odpowiednik naszej Ligi Europy) i korona króla strzelców (11 bramek w 12 spotkaniach) oraz tytuł MVP tego turnieju. To sukcesy, które dały mu tytuł najlepszego piłkarza Chile w 2011 roku. Dwanaście miesięcy temu był jedynie dobrze rokującym, młodym zawodnikiem. Takich, jakich w Chile mają na pęczki. Debiut w dorosłej reprezentacji zaliczył już ponad dwa lata temu. Kilka tygodni później, za milion euro, trafił do La U, jak nazywany jest przez kibiców stołeczny Universidad. Początki nie były łatwe i wynikały ponoć z nieumiejętnego wykorzystywania jego walorów. Trener zwyczajnie ustawiał go zbyt daleko od bramki. Dopiero w obrębie pola karnego mógł zaprezentować pełnię swoich umiejętności i strzeleckiego nosa. Instynkt, szybkość i umiejętność wykańczania akcji. Wszystko to pokazał światu podczas wrześniowego spotkania towarzyskiego z Hiszpanią. Najlepszą reprezentacją na świecie w ostatnich latach. Możemy mówić, że był to jego mecz życia. Że jednorazowy wybryk. Zgoda. Przyznacie chyba jednak, że nie można być byle kim, żeby zrobić w konia samego Ikera Casillasa? Wszystkich, ale na pewno nie jego.

Miłością do piłki pałał od maleńkiego. Jako dziecko brał futbolówkę pod pachę i godzinami przesiadywał z nią w zamkniętej łazience. Zachowanie młodego Eduardo martwiło jego matkę do tego stopnia, że planowała nawet konsultację psychologiczną. Teraz, być może także dzięki strzelaniu goli do wanny, jest jednym z najlepiej zapowiadających się piłkarzy Ameryki Południowej. O miano najlepszego zawodnika kontynentu kończącego się roku powalczy przede wszystkim z bożyszczem Brazylijczyków, Neymarem. Vargas, pomimo tego, że na wyjazd do Europy zdecydował się wcześniej, nie ma jednak szans na zarobki choćby zbliżone do tych, które inkasuje napastnik Santosu. W Napoli Edu otrzyma gażę względnie skromną – około 1,3 miliona za sezon gry. To i tak prawie dwukrotnie więcej, aniżeli w ojczyźnie.

Vargasem w Neapolu, ale także na całym Półwyspie Apenińskim, ekscytują się wszyscy. Kibice, dziennikarze, a nawet inni piłkarze. Otuchy dodają mu rodacy, którzy w europejskiej piłce osiągnęli jakiś sukces. Głos na temat młodszego kolegi z reprezentacji zabrał na przykład napastnik Palermo, Mauricio Pinilla. Jego słowa mają wydźwięk o tyle donośniejszy, że sam, jako młody chłopak, trafił do Interu. Wówczas swoją życiową szansę utopił w litrach wypitego alkoholu i przebalował w świetle mediolańskich dyskotek. Vargasowi wróży jednak odmienny los. – Świetnie go znam, bo Universidad to klub, który zawsze będę nosić w swoim sercu. Imponuje szybkością, celnością i ma ciąg na bramkę. Napoli to wielki klub. Jeden z najlepszych w Europie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jego talent odpali także we Włoszech – mówi Pinigol.

Dumę z powodu transferu swojego rodaka wyraził również Alexis Sanchez, który przebył wcześniej podobną drogę i niejako przetarł Vargasowi ścieżkę. Teraz zdobywa bramki dla najlepszej drużyny świata – FC Barcelony. 21-letniego Chilijczyka, na antenie telewizji Rai, wychwalił też Zbigniew Boniek. – Widziałem jak gra, bo oglądałem go przy okazji Copa Sudamericana i występów reprezentacji. Zrobił na mnie świetne wrażenie. Mogę potwierdzić, że jest naprawdę mocny – zareklamował Zibi.

Czy La Joya, czyli klejnot, jak nazywają go w ojczyźnie, zawojuje Europę? Ba, czy chociaż przebije się do podstawowego składu Napoli? W świetle plotek o odejściu Lavezziego czy Hamsika, może spaść na niego odpowiedzialność, do której jeszcze nie dorósł. Piłkarsko, ale też zwyczajnie, po ludzku. Może zostać gwiazdą, ale może też nie podołać presji. Kluby z Ameryki Południowej i te Europejskie dzielą bowiem nie tylko puste kilometry. Teraz zamiast La Sereny czy Colo Colo w jego terminarzu znajdą się Inter, Milan i przede wszystkim Chelsea.