Cesena – beniaminek z podziemi

Gdyby ktoś przed inauguracją poprzedniego sezonu postawił na awans Ceseny do Serie A, zostałby poczytany (także przeze mnie) za szaleńca, futbolowego laika, nie zdającego sobie sprawy o czym mówi. Tymczasem, reprezentująca niezwykle malowniczy region Emilia Romana ekipa, zaskoczyła wszystkich i na przekór krytykom, po dziewiętnastu latach wywalczyła niespodziewany awans do Serie A. Jak do tego doszło?

Koniki Morskie (bo tak nazywani są piłkarze Ceseny) bezpośredni awans zawdzięczają kapitalnej postawie na finiszu rozgrywek. Wówczas podopieczni Pierpaolo Bisoliego w pięciu ostatnich spotkaniach odnieśli komplet zwycięstw (także przeciwko mistrzowskiemu Lecce) , ubiegając tym samym Brescię, która ostatecznie dostała się do Serie A po arcytrudnych bojach barażowych.

Ojcem sukcesu jest wypomniany już przeze mnie, były już trener Ceseny – Pierpaolo Bisoli. Pracę w klubie rozpoczął przed dwoma laty, po jego spadku do Serie C. Najpierw błyskawicznie wprowadził go na pierwszoligowe podzamcze, a następnie, sensacyjnie na włoskie salony. Kluczem do sukcesu okazała się niesamowita konsekwencja w grze defensywnej. W ubiegłym sezonie Cesena zdobyła tylko 55 bramek, co daje bardzo przeciętną średnią 1,3 gola na mecz. Siłą ekipy Bisoliego, była jednak żelazna obrona. Jego podopieczni stracili tylko 27 bramek, przeciętnie 0,7 w jednym spotkaniu. Typowe włoskie catenaccio – pomyślą sobie niektórzy z was. Być może, ale należy pamiętać, że Bisoli raczej nie dysponował zawodnikami o znanych w TV twarzach, tudzież z bogatą pierwszoligową przeszłością.

No może poza piłkarzem, którego nazwisko powinien wyrecytować w nocy o północy każdy podający się za fana włoskiej piłki – Francesco Antonioli. Wydawałoby się, że Batman, jak nazywany jest przez Włochów, przeszedł do Ceseny aby pomimo sędziwego jak na piłkarza wieku, bohatersko nieść pomoc biednemu, skazanemu na pożarcie beniaminkowi. Tymczasem okazał się pierwszą siłą napędową i walnie przyczynił się do awansu. Powtórzyć? Tak – bramkarz okazał się siłą napędową zespołu. Zawodnika z takim autorytetem pozazdrościłby Cesenie nie jeden czołowy klub.

Do sezonu pozostało już tylko kilka dni i należy postawić jasne pytanie – czy Cesena da radę utrzymać się w Serie A? Jeśli na ławce pozostałby Bisoli, to być może. Ten jednak odszedł, skuszony przez Cagliari, a na jego miejsce wskoczył niemal anonimowy Massimo Ficcadenti. Co ciekawe, nowy szkoleniowiec Koników Morskich preferuję taktykę… 4-3-3, czyli ustawienie ultraofensywne. Zatem wygląda na to, że w przyszłym sezonie siłą Ceseny ma być trójka wysuniętych napastników – zupełnie na odwrót niż w poprzednim. Paradoksalnie, z niewiadomych przyczyn najlepszy strzelec, Brazylijczyk Do Prado, wybrał wypożyczenie do trzecioligowego angielskiego Southampton, co mnie osobiście zalatuje groteską. Faktem jest, że do drużyny dołączył doświadczony Erjon Bogdani, ale on nie dysponuje umiejętnościami pozwalającymi na zdobycie chociażby dziesięciu bramek w sezonie (dokładnie tyle Albańczyk zdobył przez ostatnie trzy lata). Ogromną bolączką trenera Ceseny w przyszłym sezonie będzie niemoc strzelecka – tego jestem niemal pewien.

Tyły Ceseny prezentują się znacznie lepiej niż przód. Na lewej flance defensywy życie przeciwnikom będzie starał się uprzykrzać wypożyczony z FC Tokio, Yugo Nagatomo, który reprezentował swój kraj na niedawnych mistrzostwach świata. Nowym nabytkiem na pozycję stopera został, grający ostatnio w Hercie von Bergen. Na prawej pomocy zobaczymy Ezequiela Schelotto – niezwykle utalentowanego młodzieżowego reprezentanta Włoch. Porządek w środku pola zapewnić ma doświadczony Fabio Caserta, znany z występów w Catanii, Lecce i Atalancie.

Kolejnym, zdawać by się mogło ciekawym nabytkiem jest Stephen Appiah. W ostatnich sezonach piłkarz widmo – niby jest, ale tak na prawdę go nie ma. Przez ostatnie dwa lata rozegrał dwa ligowe mecze, ale jeśli stanie na nogi i odzyska choć cząstkę dawnej formy, to może okazać się realnym wzmocnieniem beniaminka.

Na koniec najciekawszy jak dotychczas transfer – Diego Cavalieri z Liverpoolu. Sprowadzony za rządów Rafy Beniteza golkiper nie rozegrał nawet jednego ligowego spotkania w trykocie The Reds, a Roy Hogston pozbył się go bez większych skrupułów. Z jednej strony szkoda, bo miałem nadzieję, że na boiskach Serie A znów będziemy mogli oglądać niezniszczalnego Antonioliego. A tak jego rola ograniczy się prawdopodobnie tylko do bycia mentorem, chyba że… zaskoczy wszystkich i pozostanie bramkarzem numer jeden? Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Reasumując, powrócę do pytania – czy Cesena ma szansę utrzymać się w Serie A? Na chwilę obecną niestety nie widzę tego w jasnych barwach. Znośny potencjał w defensywie niestety nie nadrobi ogromnych braków w ataku. Sytuacja Ceseny nieco przypomina mi tą, w której znajdował się klub Ascoli Calcio przed kilkoma laty tzn. nieoczekiwany awans i szybki powrót na swoje miejsce. Zobaczymy, może w ostatnich dniach okna transferowego coś drgnie i działacze w końcu kupią jakiegoś solidnego snajpera, który udźwignie ciężar zdobywania bramek? Dziś to Cesena jest głównym kandydatem do spadku.