Koniec marzeń El Maestro. Niedoszła gwiazda futbolu skończyła w Koronie Kielce

Okno transferowe z hukiem zatrzaśnięto. Do naszego polskiego grajdołka nie trafił ani jeden nowy, z miejsca podnoszący poziom całej ligi piłkarz. W umiejętnościach punktu zaczepienia zatem znaleźć się nie da. Z braku laku należy poszukać go gdzieś indziej. Na przykład w życiorysach. A do świętokrzyskiego trafił zawodnik o naprawdę imponującym CV. Taki, który od wielkiej piłki był o maleńki krok. Skończył co prawda w jej przedsionku, ale i tak zdążył poznać zapach szatni, doświadczyć szkolenia i poznać obiekty takich klubów jak Valencia czy Schalke. To coś, czego 99% naszych ligowców nie dotknie nigdy w życiu.

Kiedy Alex Ferguson obejrzał filmik z esencją jego umiejętności, zapewne zwyczajnie zaniemówił. Jedenastoletni Jevtić strzelał bramki z rzutów rożnych, a piłkę posłaną z siedemdziesięciu metrów przyjmował z największą łatwością. Wówczas zainteresował się nim Manchester, ale nie tylko. Został gwiazdą Youtube’a, o jego względy zabiegali giganci – z Realem Madryt, Liverpoolem i Feyenoordem na czele. Największe kluby świata miały w swoich notesach tego samego człowieka, który teraz jest za słaby na polską Ekstraklasę. Nieprawdopodobne.

W szkółce Valencii znalazł się jako trzynastolatek. W pakiecie z nim, cudownym dzieckiem, zatrudniono jego dziesięć lat starszego brata – Nestora – którego postać również jest nietuzinkowa. Karierę trenerską rozpoczął już w wieku osiemnastu lat, w West Ham United, gdzie odpowiadał za trening techniczny. W swoim CV ma prawo wpisać także Juventus oraz kolejne kluby swojego brata, który cały czas ciągnął go za sobą – Austria Wiedeń, Schalke, Valencia. W Hiszpanii ich drogi się rozeszły. Starszy z braci Jevticiów El Maestro (obydwaj urzędowo zmienili swoje nazwiska) trafił do Hannoveru 96, gdzie zabrał go za sobą trener Mirko Slomka. I pracuje tam do dziś. Facet, który do pewnego momentu był tylko szarym dodatkiem do swojego młodszego brata, w sumie osiągnął od niego znacznie więcej.

Nestor swojego czasu był osobistym trenerem Nikona. Pracował z nim już po zajęciach w klubie. Razem ze swoimi serbskimi rodzicami przeprowadzili się na Wyspy Brytyjskie. Przede wszystkim po to, aby umknąć wojennemu zgiełkowi, który potrząsał wówczas tamtejszymi ziemiami. Dlatego też obydwaj legitymują się nie tylko serbskimi, ale i angielskimi paszportami.


Bracia Nikon i Nestor w Valencii

W pewnym momencie wszyscy zaczęli dostrzegać w nim piłkarskiego geniusza. Oprócz Fergusona, publiczny ukłon w kierunku jego talentu wykonali legenda Valencii, Pep Claramunt czy nawet sam Arsene Wenger. Ten ostatni, znany ze ślepej miłości do młodych talentów, rzecz jasna próbował sprowadzić go do Arsenalu. Sprawa przenosin upadła z powodu zobowiązań zawodowych ojca małego Nikona.

Futbol był jego przeznaczeniem i już jako młodziutki chłopak został mu poświęcony w stu procentach. Miał zostać gwiazdą światowego formatu. Tego oczekiwali od niego wszyscy. Począwszy od jego samego, poprzez rodzinę, na trenerach i mediach kończąc. Zamknięto go w futbolowej fiolce. Sen i trening, życie w ciągłej presji, mocno skrzywione dzieciństwo. Nigdy nie chodził do szkoły. Bo po co? I tak wiadomo było, że czekają na niego miliony. Prywatnych lekcji w domu udzielała mu jego siostra. Mimo to sprawnie posługuje się trzema językami – serbsko-chorwackim, angielskim i niemieckim. – Nikon żyje tylko po to, aby grać w piłkę. Jest jak ktoś, kogo wychowuje się w laboratorium. To eksperyment, który niesie za sobą wielkie ryzyko. Przede wszystkim dla niego samego – mówił w swoim czasie psycholog sportowy, Jose Carrascosa.

– Kiedy grałem w Valencii, byłem obecny w mediach prawie każdego dnia. Byłem najbardziej zaawansowanym technicznie młodym zawodnikiem w całej drużynie. Potem nadeszła lepsza finansowo oferta z Schalke. Chcieli wziąć mnie i mojego brata, któremu zaproponowano posadę asystenta trenera. To była propozycja z tych nie do odrzucenia – wspominał w jednym z wywiadów.

Swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał z niewielkim, austriackim klubem SC Wiener Neustadt. Jeszcze rok wcześniej błyszczał w rezerwach Austrii Wiedeń. Zderzenie z zawodowym futbolem okazało się jednak bardzo brutalne. Zanim jeszcze sezon na dobre się rozkręcił, on już został wyrzucony. Nie, nie grał aż tak tragicznie. Właściwie to nie grał w ogóle, bo nie zdążył, ale nie w tym rzecz. We wszystko wmieszała się… Amy Winehouse. Jeden ze swoich koncertów grała w Belgradzie. Grała? Za duże słowo. Improwizowała. Zalana w trupa zapominała teksty swoich piosenek, błądziła po scenie. Impulsywna, serbska publika pożegnała ją gwizdami i zniesmaczona zaczęła wracać do domów. Zachowanie to skrytykowała amerykańska dziennikarka, Chelsea Handler, nazywając Serbów niecywilizowanymi.

I tu miejsce na swój popis wywąchał nasz 18-letni Nikon. Obudził się w nim duch patriotyzmu. Opublikował zrobiony w rapowym stylu utwór, w którym, jako rewanż, dosadnie prezenterkę zwymyślał, nazywając m.in. „żydowską kurwą”. Nagranie trafiło do jego przełożonych. Oskarżono go o rasizm. Kontrakt został rozwiązany w trybie natychmiastowym. – To były wygłupy, a ludzie wszystko wyolbrzymili. Ona obraziła Serbów, a ja byłem jednym z dwustu tysięcy ludzi, którzy jej na to odpowiedzieli. Nie wiem jakim cudem dowiedzieli się o tym w klubie. Jakie znaczenie mają słowa piosenki? Nie chcę o tym rozmawiać – tłumaczył się mediom.

Poprzez ten incydent zasiadł na szczycie gigantycznej zjeżdżalni, po czym odepchnął się ze wszystkich sił. Zaczął się szybki zjazd. Miał trafić do Partizana Belgrad, z którym przez jakiś czas trenował, aby utrzymać formę. Uznano go jednak za mało przydatnego. Potem zlitował się węgierski Ujpest, gdzie jednak na dobre przykleił się do ławki rezerwowych. Nie licząc kilku nic nieznaczących epizodów, grywał tam tylko w drużynie rezerw.

Kiedyś miał prawo marzyć o zakładaniu strojów największych klubów. Trenowaniu z gwiazdami światowej piłki. Popijaniu whisky z lodem na tarasach najdroższych hoteli świata, przegrywaniu fortun w kasynach. Rzeczywistość wymierzyła mu bolesny policzek. Trafił do Korony Kielce. W chwili obecnej jednego z najsłabiej prezentujących się klubów polskiej ligi.

Osobą, za sprawą której młody Serb trafił na Arenę Kielc, jest dyrektor sportowy Korony, Jarosław Niebudek. Zadzwoniliśmy i zapytaliśmy – jakim cudem „gwiazdor” tego pokroju znalazł się w tak przeciętnym klubie? – Przeciętny to jak na razie jest on. Mamy swoje kontakty na Bałkanach i nam go polecono. Bogate CV to jedyny powód dla którego się tutaj znalazł – tłumaczy Niebudek.

– Przed podpisaniem kontraktu oglądałem go na jednym treningu. Po dzisiejszych zajęciach zakomunikowałem mu, że będzie trenował z drużyną Młodej Ekstraklasy. Jak dotychczas niczym mnie nie zachwycił. Nie ma co żyć historią, tylko tym, co jest teraz. Janota jakiś czas temu też był rozchwytywany przez całą Europę, a obecnie walczy o pierwszy skład Korony. Gdybym widział w Jevticiu potencjalną gwiazdę, to bym go pielęgnował, a nie zsyłał do MESY – powiedział nam Leszek Ojrzyński.

Nikon jest młody, ma dopiero dziewiętnaście lat. Wielu w jego wieku zaczyna poważnie grać w piłkę, niektórzy nawet jeszcze trochę później. W jego przypadku to jednak nie początek, a prawdopodobny koniec. Koniec marzeń o podbiciu świata, które jeszcze kilka lat temu już prawie wydawały się być nieodzowną częścią rzeczywistości. Teraz pozostały mu wspomnienia, no i oryginalne nazwisko. El Maestro…

Reklamy

Czarnogórskie diamenty rozstrzelają kadrę PZPN? Sylwetki Mirko Vucinicia i Stevana Joveticia

Grają pod banderą tego samego kraju. Śpiewają ten sam hymn, całują to samo godło. Są jednak zupełnie inni. Na pewno łączy ich to, że strzelają bramki w tej samej lidze i naprawdę wiedzą na czym polega gra w piłkę. I jeszcze coś. W piątek obydwaj wybiegną w składzie na mecz z PZPN-owcami. Pośród niezbyt imponujących nazwisk czarnogórskich piłkarzy odnajdziemy dwa takie, które powinien znać każdy, nawet niedzielny kibic. Mirko Vucinić i Stevan Jovetić. Zawodnicy z maleńkiego państewka, prezentujący klasę, którą w szatni naszej reprezentacji nie pachnie od czasów dinozaurów.

Cofamy się o jedenaście lat. Młodziutki Vucinić aklimatyzuje się w zespole Lecce. Raz na jakiś czas, sporadycznie otrzymuje szansę występu w Serie A. Większość czasu spędza jednak pomiędzy rówieśnikami, w zespole Primavery. Na co dzień mieszka w ośrodku Pastor Bonus, który – jak naprowadza nas sama nazwa – ma charakter religijny. Modlitwa, nauka i piłka. Podczas meczu przeciwko młodziakom Ancony, Mirko skrupulatnie wpajane mu zasady moralne zamknął w szafce klubowej szatni. Zrzucił skórę potulnego baranka i pokazał swoje rdzenne, typowo bałkańskie oblicze.

KLIKNIJ I PRZECZYTAJ NASZ POPRZEDNI TEKST O REPREZENTACJI CZARNOGÓRY >>

Kiedy arbiter nie gwizdał po myśli jego i kolegów z drużyny (ponoć sędziował naprawdę do kitu), młody Vucinić postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Z jego ust posypały się mocne, bardzo mocne słowa. Ponoć pojawiła się nawet groźba śmierci. Gorliwy sędzia rzecz jasna zawarł odpowiednią notatkę w pomeczowym sprawozdaniu. Decyzją federacji Vucinić został zdyskwalifikowany na trzy miesiące, chociaż pierwotnie wymierzono mu cztery.

Jedynym człowiekiem, który wstawił się za nim wszystkimi swoimi siłami był pewien makaroniarski grubasek. Nazywał się Pantaleo Corvino. Był ówczesnym dyrektorem sportowym Lecce. – Spokojnie, to pewnie przez nieznajomość języka włoskiego. Jego nauka nie idzie mu zbyt dobrze – błagalnie tłumaczył swojego pupilka. To on odkrył go wśród setek chłopaków z Bałkan, gdzie miał szerokie znajomości. Później na przykład dostrzegł jeszcze talent w Waleriju Bożinowie czy Dymitarze Berbatowie, który jednak w ostatniej chwili odrzucił ofertę Lecce i zdecydował się na Bayer Leverkusen. Vucinicia wyhaczył na jednym z turniejów na Sardynii. Uruchomił kontakty i sprowadził za 800 milionów lirów, czyli niecałe pół miliona euro.

Od tej pory stał się jego drugim ojcem. Po wybryku z sędzią zafundował mu prawdziwą szkołę przetrwania. Taką, po której wielu odechciałoby się żyć. Corvino odesłał go pomiędzy juniorów, chociaż wcześniej trenował już z pierwszą drużyną. Mało tego. Dał mu klucze do siedziby klubu. Każdego ranka, o wpół do dziewiątej, musiał być na miejscu i otworzyć wszystkie biura. Zostawał tam do południa, a potem zaczynały się treningi. W praktyce siedział tam do samego wieczora. – To był dla mnie najtrudniejszy moment. Dziś mogę jednak powiedzieć, że mimo wszystko na tym skorzystałem. Nigdy nie przestanę mu za to dziękować. Więcej podobnych błędów już nie popełnię – zarzekał się dwa lata po zajściach.

Drugiemu z dzisiejszych bohaterów podobne występki nawet nie przeszłyby przez myśl. Z Bałkanami łączy go niewiele poza nazwiskiem. Charakter bowiem ma typowo północny. Niezwykle zrównoważony, grzeczny. Właśnie taki jest Stevan Jovetić. Słodziutki aż do porzygu. Nie tak dawno, podczas jednego z wywiadów dziennikarka zapytała się go co robi, kiedy nie trenuje. – Bardzo rzadko wychodzę z domu. Dyskoteki? To nie dla mnie – odpowiedział, czerwieniąc się. Kiedy był mały, rodzice próbowali zarazić go czymś innym niż futbol. Kupowali mu góry różnych zabawek. Jego ulubioną, odkąd pamięta, zawsze pozostawała zwykła piłka. Jest bardzo sentymentalny. Nigdy nie rozstaje się z łańcuszkiem, który w dniu chrztu otrzymał od swojego ojca chrzestnego. Całuje go przed każdym wyjściem na boisko.

Vucinić, jako dzieciak, zdobył tytuł mistrza świata do lat 16. i tytuł najlepszego zawodnika tego turnieju. To jednak nie on, a jego młodszy kolega został okrzyknięty cudownym dzieckiem, zanim jeszcze kopnął piłkę w poważnej lidze. Jako dzieciak grał i kumplował się z synem świetnego niegdyś zawodnika, Dejana Savicevicia. On, były gracz Milanu, polecił Joveticia do Crvenej Zvezdy, gdzie uznano go jednak za jednego z wielu. Niewyróżniającego się niczym nadzwyczajnym. W ten sposób trafił za miedzę, w szeregi ich największego rywala – Partizana Belgrad. Na swoją koszulkę wybrał numer osiem, który później zabrał ze sobą do reprezentacji, a potem do Florencji. To nie przypadek. Trykoty z tą samą cyfrą ubierali jego idole – wspomniany Savicević i Sinisa Mihajlović. Jako wzór do naśladowania zawsze traktował jednak Andrija Szewczenkę.

Potem nastąpiła prawdziwa eksplozja talentu. Zainteresowało się nim pół kontynentu, z Realem Madryt i innymi największymi klubami na czele. Partizan podyktował jednak absurdalną kwotę odstępnego, której nie kwapili wydawać się nawet tacy mocarze. Na zamieszaniu skorzystała Viola i niedługo potem odkupiła go za 8 milionów euro. Kto stał za transferem? Pantaleo Corvino. Dokładnie ten sam, który osiem lat wcześniej dopinał transakcję Vucinicia. – Fiorentina była moim przeznaczeniem. Pamiętam, że za czasów mojej gry w Belgradzie zbierałem na komórce bramki Gabriela Batistuty – mówił zaraz po przenosinach do Florencji.

Jovetić ma teraz status piłkarza klasy światowej. Po odejściu najjaśniejszej z gwiazd Serie A, Zlatana Ibrahimovicia, jego blask zdecydowanie przybrał na sile. Latem starały się o niego tabuny menedżerów. Od Anglii, poprzez Hiszpanię, na Włochach kończąc. Podjął zaskakującą decyzję o pozostaniu. Zdecydował, że zaufa nowemu trenerowi, Vincenzo Montelli. Że zaufa Fiorentinie. Klubowi, który w najtrudniejszych chwilach wyciągnął do niego pomocną dłoń i go nie skreślił. W pewnym sensie czuł się ich dłużnikiem.

Pobudka o 9:30. Pół godziny później rozpoczynała się praca na siłowni i trwała aż do 18:00. Sześć dni w tygodniu. Tak wyglądał plan Joveticia podczas rehabilitacji w Niemczech. Po miesiącu, kiedy praca zaczęła przynosić oczekiwane rezultaty, został odesłany do domu, gdzie i tak minimum trzy godziny dziennie musiał poświęcić na ćwiczenie rozklekotanego kolana. Upór, wewnętrzna siła i determinacja sprawiły, że po blisko dziesięciu miesiącach przerwy wrócił do gry. Z pomocą swojej rodziny, po dwóch skomplikowanych operacjach pokonał zerwane więzadła krzyżowe.

Zadaniem obydwu Czarnogórców jest strzelanie goli, chociaż pod bramką zachowują się zupełnie inaczej. Jovetić jest pedantyczny. Pragnie wymuskać piłkę, wypieścić ją. Analizuje wszystkie możliwe rozwiązania i najczęściej wybiera to najefektywniejsze. Vucinić z kolei bywa roztrzepany i nonszalancki. Potrafi zdobyć piękną bramkę po koronkowej akcji, potrafi uderzyć z dystansu. Czasem zdarza mu się jednak nie zachować zimnej krwi i chybić na pustą bramkę. Albo minąć trzech przeciwników, przebiec z piłką kilkadziesiąt metrów i stracić ją w najgłupszy z możliwych sposobów. Jego boiskowe nieudolności doczekały się nawet specjalnej kompilacji.

Czasem, kiedy już uda mu się trafić do bramki, robi dziwne rzeczy. Na przykład podczas rozegranego w Podgoricy spotkania Czarnogóry ze Szwajcarią. Jego epicka cieszynka z tamtego meczu na stałe zapisała się w historii.

Czego życzyć panom w biało-czerwonych trykotach? Może żeby Jovetić uciął sobie popołudniową drzemkę i zapomniał poprosić mamę, aby go obudziła? A żeby Vucinić zabalował, co potrafi jak mało kto i o meczu z Polską zwyczajnie zapomniał? Nie no, bez przesady. Niech przyjdzie. Jeśli reprezentacja PZPN utrzymała formę sprzed kilku tygodni, to mógłby strzelać im bramki nawet po pijaku. Byleby tylko nie ściągał gaci.

Historia ukraińskiego króla. Dziewięć kartek wydartych z pamiętnika Andrija Szewczenki

Swoją piękną karierę zakończył ostatnio kolejny, wielki zawodnik. Napastnik, którego, jako Polacy, zawsze będziemy Ukraińcom zazdrościć. Elegant i profesor. Tak z piłką przy nodze, jak i na salonach. Po prostu Andrij Szewczenko. Przed wami jego losy na dziewięciu „kartkach z pamiętnika Szewy”.

5 listopada 1997 – Barcelona, klasyczny hattrick na Camp Nou

To były szalone czasy… W ogóle niespójne z teraźniejszością. Dynamo Kijów nie przystępowało do tego meczu w roli faworyta. To jasne. Nawet pomimo faktu, że dwa tygodnie wcześniej, przed własną publicznością, rozbroili Barcelonę 3:0. Gra przeciwko gospodarzom na Camp Nou to jednak zupełnie inna historia. Tak przynajmniej mogło się wydawać.

Nie była to Blaugrana tak medialna i uwielbiana przez cały świat jak dziś, lecz grzechem byłoby nazwać ją anonimową. Miała Reizigera, Couto, Figo czy Rivaldo. Całe to spotkanie z wysokości ławki obejrzał natomiast młodziutki, nikomu nieznany piłkarz rezerw, Carles Puyol. Dynamo posłało do boju swojego asa, Andrija Szewczenkę. Zawodnika, który doprowadził do jednego z największych i najboleśniejszych upokorzeń w całej historii Dumy Katalonii.

Wtedy, o bardzo popularnym już w swoim kraju utalentowanym zawodniku, dowiedziała się cała Europa. Jego nazwisko popłynęło medialnym nurtem, by niedługo później trafić na kartki notesów dyrektorów sportowych największych klubów. Zaczęła powstawać piękna, bogato zdobiona księga jego kariery. Dokładnie w ten listopadowy wieczór zrodziła się legenda najwybitniejszego ukraińskiego piłkarza, Andrija Szewczenki.

1 lipca 1999 – Mediolan, transfer do Milanu

Image and video hosting by TinyPic

– Nie przyjechałem tu dla pieniędzy, tylko po to, żeby grać w najlepszym klubie świata. Milan jest po prostu moim nowym miejscem pracy. W 1995 roku, kiedy Włochy pokonały Ukrainę w Kijowie, zdałem sobie sprawę, że to właściwy kraj do rozwijania swoich umiejętności. Z przyjemnością oddaje się do dyspozycji trenera Zaccheroniego – mówił w jednym z pierwszych, udzielonych po wyprowadzce z Kijowa wywiadów.

To był zupełnie inny Szewczenko niż ten, którego znamy. Dziś nienagannie ubrany, schludny kosmopolita. Obywatel świata. Wówczas, przesiąknięty surowym komunizmem, cichy i skromny chłopak. Niespecjalnie chciało mu się gdziekolwiek wyjeżdżać. Zrobił to tylko dlatego, aby stać się jeszcze lepszym piłkarzem. Forsy już za czasów gry w Kijowie miał przecież pod dostatkiem.

Mało kto pamięta, że jako pierwsza zabiegała o niego Roma. Były to czasy, kiedy stołecznym klubem zarządzał nieżyjący już dziś Franco Sensi, a na ławce trenerskiej oglądaliśmy… Zdenka Zemana, dla którego historia niedawno zatoczyła koło. Ostatecznie 22-letni Szewa trafił jednak do Milanu, za 35 miliardów lirów (około 25 milionów dolarów). Podpisał pięcioletni kontrakt, podczas trwania którego zapewniono mu nieco ponad milion euro rocznej pensji.

Na Ukrainie zostawił swojego ojca, emerytowanego wojskowego, matkę nauczycielkę, siostrę, narzeczoną, najlepszego przyjaciela Giennadija oraz pasję do łowienia ryb i karaoke. Łatwo nie było. Pokój na pierwszym zgrupowaniu dzielił z Massimo Ambrosinim. – Po kilku lekcjach we włosko-rosyjskim centrum kulturalnym, rozumienie języka nie sprawia mu problemu – mówił wówczas zdumiony pomocnik Milanu.

28 maja 2003 – Manchester, zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów

Image and video hosting by TinyPic

– Wiesz, że możesz zmienić przeznaczenie. Możesz wpłynąć na wszystko. Idziesz te 50 czy 60 metrów po to, aby wziąć piłkę i uderzyć na bramkę. Najważniejsze to ustawić się naprzeciwko niej i strzelić, z czystym umysłem. Po tej jedenastce nie pamiętam nic oprócz szczęścia i szalonej radości.

Bramkę w tym pierwszym i jak dotychczas ostatnim włosko-włoskim finale Ligi Mistrzów, zdobył już w doliczonym czasie gry. Została jednak anulowana. Arbiter dopatrzył się spalonego. Ostatecznie na tablicy wyników utrzymał się bezbramkowy remis i kwestię tytułu musiała rozstrzygnąć bezlitosna seria rzutów karnych. Szewa zdobył tego decydującego. Puchar Mistrzów podniósł Paolo Maldini. Dokładnie czterdzieści lat po swoim ojcu, również na angielskiej ziemi.

Wówczas Szewczenko, z piłkarza-pracownika, w oczach kibiców Milanu urósł do rangi kogoś mitycznego. Człowieka, który bez względu na wszystko będzie wspominany ze specjalnym sentymentem przez kilkadziesiąt następnych lat. Za sprawą tego jednego rzutu karnego, jak sam później mówił, spełnił się jako piłkarz. Przy okazji został też legendą Rossonerich.

13 grudnia 2004 – Paryż, triumf w plebiscycie „France Football”

– Tę nagrodę chciałbym zadedykować ludziom z mojego kraju. Wszystkim Ukraińcom. Wierzę, że to wielkie, globalne wyróżnienie będzie dla niektórych z nich choćby małym bodźcem. Mam nadzieję, że zmobilizuję do pracy młodych chłopców, marzących o zostaniu wielkimi piłkarzami – mówił zaraz po odebraniu nagrody.

Uroczystość, tradycyjnie odbyła się w stolicy Francji. Spowitym gęstą mgłą i pachnącym już przedświątecznymi wypiekami Paryżu. W batalii o to najcenniejsze indywidualne piłkarskie wyróżnienie pobił Brazylijczyków – Deco oraz Ronaldinho – zachowując słowiańską ciągłość. Rok wcześniej sięgnął po nie przecież nasz południowy sąsiad, Pavel Nedved.

Mistrzostwo Włoch, korona króla strzelców Serie A. Do tego nagroda za najpiękniejszego gola roku oraz dobre występy w reprezentacji Ukrainy. Ligi Mistrzów tym razem ustrzelić się nie udało, ale to, co osiągnął, wystarczyło w zupełności. Teraz, jako najważniejsze trofeum, trzyma ją w gablocie swojego domu w Londynie. Wszystkie pozostałe puchary przechowuje natomiast jego mama.

25 maja 2005 – Stambuł, nie strzelony karny i przegrany finał Champions League z Liverpoolem

Image and video hosting by TinyPic

– Mieliśmy naprawdę świetną drużynę. W Stambule zabrakło nam tylko wyniku. Widocznie takie było przeznaczenie – mówił niedługo po przegranym finale LM.

Niespełna dwa lata po fantastycznym triumfie samopoczucie Szewczenki obróciło się o równe sto osiemdziesiąt stopni. Wtedy zdobył tą przesądzającą jedenastkę. Był bohaterem. Następnym razem zawiódł w dokładnie tym samym punkcie. Dał ciała w najistotniejszym momencie. Mecz z Liverpoolem, który do pewnego czasu układał się nawet o niebo lepiej niż ten przeciwko Juventusowi, skończył się dla niego w najgorszy z możliwych sposobów. My zapamiętamy go jako triumf Jerzego Dudka i jego „rękę papieża”. Dla Ukraińca, znowu na opak, było to najbardziej traumatyczne przeżycie w karierze.

31 maja 2006 – Londyn, Przenosiny do Chelsea 

Image and video hosting by TinyPic

Nie tak dawno, podczas obszernego wywiadu, dziennikarz zapytał Szewczenkę o kulisy transferu do Londynu. Chciał zagłębić się w sprawę „powodów osobistych”, które były jego oficjalną przyczyną. W międzyczasie padło imię jego żony, jako winowajczyni tej niefortunnej przeprowadzki.

– Nieprawda. To była nasza wspólna decyzja. Kierowaliśmy się naszym wspólnym dobrem i lepszą przyszłością. Dla mojej rodziny lepiej było przeprowadzić się do Londynu. Moja żona to Amerykanka. Jeden z synów dorastał, drugi był w drodze… Szkoła, język… Przywiązywaliśmy do tego ogromną wagę. Anglia była lepszym rozwiązaniem. Włochy? Wielki kraj, który na zawsze pozostanie w moim sercu, ale nie widziałem tam szerszych perspektyw dla swojej rodziny. Gdyby nie kontuzje, to jestem pewien, że i moja sytuacja wyglądałaby inaczej. Transfer tam nie był błędem. Gdybym miał okazję przeżyć swoje życie jeszcze raz, zrobiłbym dokładnie to samo. Wszędzie staram doszukiwać się pozytywów – odpowiedział dynamicznie, z nutką delikatnego zdenerwowania.

Dla jego rodziny być może było i lepiej. Być może angielskie podstawówki są lepsze od włoskich. Na pewno. Faktem jest jednak to, że transfer do Chelsea zbiegł się z zapadnięciem Szewczenki w piłkarską śpiączkę. Niby ciągle grał, ale już nigdy nie tak jak wcześniej. Mózg pracował, nogi również, ale to wszystko było sztuczne, jakby podtrzymywane przez dodatkową aparaturę. Spadł z bardzo wysokiego konia. Może dlatego ciągle dokuczały mu kontuzje pleców, przez które nigdy nie wrócił już na dawny poziom?

Faktem jest, że jego kupno było kompletną klapą. Transferowym samobójem. Nic dziwnego, że dziennikarze brukowca „The Sun” mianowali Szewczenkę największą katastrofą dziesięciolecia.

29 sierpnia 2009 – Kijów, Powrót do Dynama 

Image and video hosting by TinyPic

– Kiedy przyjechaliśmy do Kijowa, od razu zabrałem żonę i dzieci na spacer. Zatrzymaliśmy się przed kościołem i mój starszy syn powiedział: „Mamo, tutaj jest naprawdę fajnie!”. Oni przyzwyczaili się do mojego piłkarskiego żywota. Wróciłem tu, skąd kiedyś wypłynąłem. Jestem innym, znacznie bardziej doświadczonym, ale opartym na tych samych fundamentach człowiekiem. Odszedłem z Chelsea, bo nie miałem ochoty przesiadywać na ławce, czy trybunach. Zawsze wiedziałem, że kiedyś wrócę do Kijowa. Miałem pięć czy sześć ofert z czołowych klubów, ale nie brałem ich na poważnie – mówił w wywiadzie udzielonym po zakwaterowaniu się w stolicy Ukrainy.

Po powrocie do ojczyzny, 33-letni Szewczenko nie zrobił jakiejś oszałamiającej różnicy. Niczego już nie zdominował. Zdobywał bramki, asystował, ale już bez charakterystycznego dla siebie blasku. Miał jednak mnóstwo luzu. Przez trzy lata, w ciszy i spokoju, mógł przygotowywać się do polsko-ukraińskich mistrzostw Europy, które miały być idealnym, do prawdy wymarzonym zwieńczeniem jego bogatej kariery.

11 czerwca 2012 – Kijów, dwie bramki strzelone Szwecji na Euro 2012

Image and video hosting by TinyPic

– Mistrzostwa na Ukrainie to moje marzenie. Od pięciu lat nie myślałem o niczym innym. To mój ostatni wielki turniej i nie chcę być tylko członkiem drużyny. Muszę zaprezentować najwyższy poziom. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby pomóc reprezentacji – mówił przed mistrzostwami.

Ukraina-Szwecja 2-1 euro2012 przez eurofan2012

Ukraina, choć grała całkiem nieźle, odpadła na tym samym etapie co beznadziejna reprezentacja PZPN. Dzień ich debiutu w czempionacie, był jednak dniem Szewczenki. Cała Europa przypomniała sobie, że zawodnik ten nadal istnieje i, co więcej, potrafi zdobywać bramki i przesądzać wyniki meczów na najwyższym poziomie. Te dwa, wbite Andreasowi Issaksonowi gole, były jedynymi trafieniami Ukraińców w całym turnieju. Nic więc się nie zmieniło. Król, tak jak przez kilkanaście wcześniejszych lat, był tylko jeden.

28 lipca 2012 – Kijów, koniec kariery i decyzja o zajęciu się polityką

– Być może niektórych zaszokuję, ale moja przyszłość nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Zajmę się polityką. Chciałbym poruszać tam tematykę sportu. Moje motto to „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – powiedział kilka dni temu.

Szewczenko, podobnie jak kiedyś George Weah, Pele czy Romario, piłkarskie korki zamienił na rzecz opiętego garnituru i partyjnej teczki. Analogii pomiędzy futbolem a polityką, wbrew pozorom, jest jednak bardzo wiele. Nowy klub? Socjaldemokratyczna partia „Ukraina – Naprzód!”. Debiut? 27 października, powszechne wybory parlamentarne. Media zapowiadają, że liderka ugrupowania, Natalia Korolevska, oznaczy Szewę jednym z pierwszych pięciu numerków.

Wybór nietuzinkowy, ale zrozumiały. Szewczenko to bardzo inteligentny człowiek. Być może ma nadzieję, że pośród polityków odnajdzie kogoś na swoim poziomie. Cóż… Powodzenia. Jeśli na mównicy będzie chociaż w połowie tak dobry, jak na boisku, to Wiktor Janukowycz może powoli się pakować.

W końcu zszedł ze spalonego. Koniec kariery Filippo Inzaghiego

Filippo Inzaghi. Piłkarz, który przez wiele ostatnich lat był chyba najdokładniejszym uosobieniem włoskiej piłki. Trafnie określić go w jednym słowie? Żaden problem. Cwaniak. Cholerny, żyjący z podań kolegów, wiecznie człapiący w polu karnym, denerwujący. Jak nie udało się przedrzeć przez obronę, to dawał nura. A nuż sędzia podyktuje karnego. Arbiter nie dał się nabrać? To zaczynamy płaczliwe przedstawienie. Cały Pippo, pardon, Superpippo Inzaghi. Coś się skończyło. Jego status na transfermarkt ze Striker przeskoczył na End of career. Odeszła prawdopodobnie ostatnia, tak świetnie nastrojona maszynka do strzelania bramek.

– Ten chłopak musiał urodzić się na ofsajdzie – powiedział o Inzaghim Sir Alex Ferguson. – Wolałbym jednak o metr wcześniej – zripostował mu włoski napastnik. Trudno byłoby zliczyć wszystkie jego pozycje spalone. Znacznie łatwiejszym zadaniem jest podsumowanie ile razy na spalonym mimo wszystko nie był. Liczba zdobytych przez niego bramek nie może być jego szczęśliwą. Jest trudna do zapamiętania i kłopotliwa. Nie zmieściłaby się na plecach żadnej koszulki. 316 – Tyle razy Inzaghi karcił obrońców i bramkarzy drużyn przeciwnych. Od Piacenzy, poprzez Leffe, Hellas, Parmę i Atalantę, na Juventusie, Milanie i rzecz jasna reprezentacji Włoch kończąc.

– Pieniądze to tylko piękny dodatek. Są ważne, ale nie gram w piłkę tylko dla nich. Robię to przede wszystkim dla jej piękna – mówił w jednym z wywiadów. Z tym pięknem, w jego konkretnym przypadku, bywało raczej na opak. Oglądając kompilacje ze zdobywanymi przez niego bramkami, nie natrafimy na kilkudziesięciometrowe rajdy czy atomowe uderzenia z połowy boiska. Znakomita większość wygląda tak samo albo bardzo podobnie. Akcję rozpoczynało prostopadłe podanie wciśnięte pomiędzy obrońców. Tam, najczęściej na skraju pola karnego, z nikąd wyrastał Pippo Inzaghi. Finałem było wykończenie akcji. Prawie zawsze bezbłędne. Od czasu do czasu udawało się jeszcze wyminąć bramkarza i posłać piłkę między nie pilnowane już przez nikogo słupki.

Image and video hosting by TinyPic

W Inzaghim najlepsza była jego niepozorność. Modelowy obrońca, mierzący grubo ponad 180cm wzrostu, nienagannie zbudowany, miał prawo patrzeć na niego z politowaniem. Niski, wątły facet. Do tego wyglądający jak wiecznie niewyspany. Bułka z masłem, prawda? W małym ciele tkwił jednak fenomenalny napastnik. Piłkarz, który udowodnił, że talent nie tkwi wyłącznie w szybkich nogach. Że aby wzbudzić emocje wśród tłumów kibiców nie potrzeba zdobywać bramek z przewrotki czy mijać pięciu przeciwników za jednym zamachem. Jego tajną bronią był spryt. Przebiegłość, szybkość i nutka szczęścia. – Niektóre z moich bramek widziałem już zanim je zdobyłem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale po prostu wiedziałem, gdzie znajdzie się piłka i w jaki sposób skieruje ją do siatki – podkreśla.

I rzeczywiście. Oglądając go często miało się wrażenie, że to nie on szukał piłki, a piłka jego. Swoje bramki zdobywał nie tylko w sposób klasyczny – nogami i głową – ale także w bardziej wyrafinowany sposób. Na przykład plecami. Złośliwi zdefiniowali nawet pojęcie „syndromu Inzaghiego”, znanego również jako syndrom wielkiego tyłka. Zacytujmy. „Jego pierwsze objawy zaczynają się już od najmłodszych lat, kiedy dzieci, zupełnie pozbawione dryblingu, umiejętności prowadzenia piłki, czy celnego podawania, robią w szkółkach piłkarskich za pachołki tudzież strachy na wróble. Są trzymane na ławce rezerwowych, a kiedy połowa zawodników dozna kontuzji, wchodzą i zdobywają hat tricka, sami nie zdając sobie z tego sprawy. I wówczas stają się gwiazdami.” Dotknięci tą nieuleczalną choć – przyznacie sami – niewątpliwie przyjemną przypadłością, są jeszcze ponoć Marco Boriello, Alberto Gilardino czy Luca Toni. Od innych piłkarzy odróżnia ich to, że praktycznie nie wychodzą poza pole karne, piłka trafia na nich samoistnie, a bramki zdobywają wszystkim. Z nosami, brwiami, plecami, czy tytułowym tyłkiem włącznie.

Swoje pierwsze trafienie w Serie A zdobył jednak nogą, przeciwko swojej ukochanej Piacenzy. To właśnie tam zbierał premierowe szlify. Klubem, w którym zaufano mu po raz pierwszy było jednak malutkie, trzecioligowe Leffe, które dziś – po fuzji z innym pobliskim klubem – zwie się AlbinoLeffe. Mieszkał poza miastem i na treningi musiał dojeżdżać. Maleńki pokój dzielił jeszcze z dwoma współtowarzyszami. – To był ciężki okres. Miałem 19 lat, pierwszy raz tak daleko od domu. Na dodatek prawie w ogóle nie grałem. Potem przyszedł trener Bortolo Mutti, który zaczął na mnie stawiać. Spodobałem mu się na tyle, że rok później zabrał mnie ze sobą do Verony – wspomina początki swojej kariery.

Potem nabrała ona rozpędu i razem ze swoim bratem, Simone, wspinali się po futbolowych szczeblach. Ostatecznie młodszy z braci Inzaghich pozostał kilka schodków niżej. Zakotwiczył w Lazio, gdzie dwa lata temu zakończył swoją karierę. Filippo od samego początku wykazywał większy talent. Ostatni raz wspólnie, po tej samej stronie barykady, zagrali w barwach Piacenzy, jeszcze w drugiej lidze. Potem ich drogi rozeszły się już na dobre.

Image and video hosting by TinyPic

Pippo wieszał buty na kołku będąc w koszulce Milanu. Odchodził jako legenda właśnie tego klubu. Nie należy jednak zapominać też o kilku latach jego gry w Juventusie, z którym zdobywał mistrzostwo i superpuchar Włoch. Jeszcze wcześniej występował w barwach Atalanty, gdzie wywalczył swój jedyny tytuł króla strzelców ligi włoskiej. Potem posypały się oferty z całej Europy. Jedna, bardzo poważna, nadeszła z… Interu. – Byłoby świetnie tam trafić, ale rozumiem, że celują w transfer Ronaldo. Najciekawsza ekonomicznie propozycja nadeszła z Atletico Madryt. Na pięćdziesiąt procent trafię właśnie tam – mówił w czerwcu 1997 roku. Ostatecznie wybrał Juventus, a już rok później ofertę złożyła Roma, która była zdeterminowana wydać 20 milionów euro. Klub zmienił dopiero trzy lata później. Wówczas Milan wyłożył za niego kwotę prawie dwukrotnie wyższą.

Image and video hosting by TinyPic

Swoją przygodę z piłką zastopował będąc w wieku, jak na napastnika, wyjątkowo podeszłym. Przez całą swoją karierę nie wypadał z obiegu. Recepta? Od kilkunastu lat konsumuje ponoć wyłącznie dwie potrawy – spaghetti i breasolę (dosyć droga, chuda wołowa wędlina). Analizując anatomię jego sukcesu odpowiednio głęboko, natrafiamy na jeszcze inne, o wiele ciekawsze autorskie recepty. Na przykład mąkę, którą nieraz obsypywał siebie i kolegów przed ważnymi spotkaniami. Ponoć dla rozładowania ciśnienia. Albo siedzenie w autobusie – koniecznie samotnie, zaraz obok kierowcy. Na ławkę rezerwowych, która przez większą część kariery była jego drugim domem, zabierał natomiast swoją ulubioną poduszeczkę, na której to następnie wygodnie się usadawiał. Nie zauważyliście przypadkiem, że najczęściej miał na sobie o rozmiar za dużą koszulkę? To też nie przypadek. Wielka meczówka zachęcała przeciwników do mniej lub bardziej dyskretnego jej podszczypywania czy ciągnięcia. Wtedy Pippo padał na murawę, a sędzia – od czasu do czasu – dyktował stały fragment gry. Sprytne.

Najpiękniejszym wieczorem jego życia miał miejsce jednak nie w Mediolanie, a w Atenach. Dokładnie 23. maja 2007 roku. Dwie bramki w finale Ligi Mistrzów. Trafienia, dla kibiców Rossonerich, niezapomniane i przypominane w nieskończoność. Jeden, jak na prekursora syndromu Inzaghiego przystało, zdobyty… barkiem? Szyją? Nieważne… Tuż po nim nadeszła bajońska oferta gry w Stanach Zjednoczonych. Pogardził nią, pozostając wierny Milanowi do samego końca.

Teraz zajmie się szkoleniem młodzieży. Podobnie jak jego brat, który po zakończeniu kariery objął młodzików Lazio. Filippo piłkarzem był raczej niewyróżniającym się. Napastnikiem natomiast prawie doskonałym. Sędziowie liniowi nareszcie mogą spać spokojnie. Inzaghi zszedł ze spalonego.


%d blogerów lubi to: