Sampdorii równia pochyła

Ubiegły sezon należał do nich. Były łzy szczęścia, festa kibiców do samego rana i morze peanów pod adresem trenera Delneriego. Sampdoria zajęła czwarte miejsce i rzutem na taśmę zapewniła sobie udział w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Kosztem Palermo, które bardziej na to zasługiwało. Dziś po Dorii sprzed niespełna roku pozostały wypalone zgliszcza. Obraz nędzy i rozpaczy.

Zaczęło się od odejścia ojca sukcesu, Luigiego Del Neriego. Sędziwy już szkoleniowiec otrzymał propozycję z tych nie do odrzucenia. Bez drgnięcia dłonią parafował umowę z Juventusem, przyjmując jednocześnie na swoje barki niewyobrażalny ciężar zbudowania drużyny, która musi włączyć się do walki o tytuł mistrzowski i zatrze fatalne wrażenie po ubiegłym sezonie. Na ławce Sampdorii wylądował natomiast Domenico Di Carlo. Trener młody, nie grzeszący spektakularnymi osiągnięciami oraz wielkim doświadczeniem. W oko pana prezydenta Garrone wpadł dzięki konsekwencji i uporowi, które to pozwoliły mu zająć z przeciętnym Chievo przyzwoitą pozycję w lidze. Pamiętam, że w przedsezonowej ankiecie dziennikarze La Gazzetta dello Sport wybrali go pierwszym, który według nich w nowym sezonie pożegna się z posadą. Pomylili się, ale w rzeczywistości jego pozycja w klubie od samego początku nie jest niepodważalna.

Podczas letniego okna transferowego działacze La Samp zachłysnęli się wodą sodową uważając, że kolejnych piłkarzy nie potrzebują i zmiany natury kosmetycznej wystarczą w zupełności. Sukcesem miało być zatrzymanie największych gwiazd. I rzeczywiście, udało się. Jedynym ważnym zawodnikiem, który wówczas opuścił Sampdorię był doświadczony golkiper Luca Castellazzi, który na zakończenie kariery powziął odhaczyć w swoim piłkarskim CV słynne FC Internazionale. Najwięcej zapytań ze strony klubów wszelakiego pochodzenia otrzymali w sprawie niezwykle skutecznego duetu snajperów – Antonio Cassano, Giampaolo Pazzini. Wszystkie skrupulatnie odrzucano, nawet te, które nadeszły od szalonych szejków z Manchesteru City.

Piłkarze ze Stadio Marassi pod wodzą Luigiego Delneriego grali topornie, ale przy tym konsekwentnie taktycznie i z niebywałą determinacją. Za kadencji Di Carlo nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to spotykana co raz częściej na włoskich arenach męcząca kibica nuda i niemoc w budowaniu akcji ofensywnych. Mimo to Pazzini i Cassano jakoś te bramki zdobywali i trener, nie wiedzieć dlaczego, jakoś utrzymał się na stołku. Jego podopieczni najpierw w kuriozalnych okolicznościach odpadli z batalii o fazę grupową Ligi Mistrzów, a następnie skompromitowali się w Lidze Europejskiej. Dokładając do tego popadnięcie w bezproduktywność na ligowym podwórku, mamy przed oczami obraz, którego oglądanie jest raczej koniecznością niż przyjemnością.

Stadio Luigi Ferraris w minionym sezonie było warownią, otoczoną kilkunastoma fosami, której nie udało się zdobyć żadnej z drużyn Serie A. Na tarczy do swoich miast po bitwie w Genui wracała cała wielka trójka – Inter, Juventus i Milan. Dziś z fortecy pozostały już tylko jej płonące pozostałości, które w każdej chwili mogą z hukiem się zawalić. W minionej kolejce stadion Sampdorii zdobyło Cagliari, którego nazwę kojarzy może co czwarty przeciętny zjadacz chleba. Wnioski powinny nasuwać się samoistnie.

Odejście Cassano po części było posunięciem wymuszonym, chociaż on sam wielokrotnie przepraszał za swoje zachowanie i chciał pozostać w Sampdorii. Pan prezydent Garrone mógł mu wybaczyć, ale wcale nie musiał. Stanął przed trudnym wyborem: honor lub dobro klubu. Wybrał to pierwsze i nikt nie powinien mieć mu tego za złe. W końcu w szeregach Blucerchiatich pozostał jeszcze Giampaolo Pazzini. W pojedynkę, bo pozostali napastnicy to marność, ale jakoś dawał sobie radę. Wydawać się mogło, że sprowadzeni zimą Macheda i Maccarone mają być jedynie uzupełnieniem napadu, którego liderem niezmiennie pozostanie Il Pazzo. Tymczasem nieoczekiwanie, w ostatnich dniach mercato, przeszedł do Interu. Sprzedaż najlepszego napastnika, kiedy na horyzoncie nie widać godnych zastępców, to jak seria z kałasznikowa wymierzona we własne kolano. Analogicznie. Lech sprzedaje Rudnevsa, a w jego miejsce sprowadza Grzegorza Podstawka z Polonii Bytom. Maccarone to po prostu solidny, niczym nie wyróżniający się ligowiec. W Palermo totalnie zawiódł i wyżej ceniony był nawet sprowadzony z drugoligowego Grosseto Chilijczyk Mauricio Pinilla. Macheda z kolei to gracz perspektywiczny i obdarzony nieprzeciętnym talentem, ale nadal młody i nie ograny na ligowych boiskach. Nawet sprowadzony z Interu Biabiany jakoś mnie nie przekonuje i uważam, że nie uleczy kulawego napadu Sampdorii.

Jak będzie wyglądała teraźniejszość i przyszłość klubu z północy Włoch? Równia pochyła. Oby tylko nie okazali się za słabi nie tylko na górną część tabeli, ale i na całą ligową stawkę.

Advertisements

Posted on 03/02/2011, in 2. Stare and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: