Seks, hektolitry wódki, fiesta i piłka. Garrincha od A do Z.

W porównaniu do niego wszystkie dzisiejsze gwiazdki to maminsynki. Presja? Pewnie w ogóle nie wiedział co to słowo oznacza. Przemęczenie? Gość rozgrywał po osiemdziesiąt spotkań w sezonie. Mało tego. Stał się jednym z największych arcymistrzów dryblingu w historii futbolu, chociaż bardziej niż atletę, przypominał pokrzywioną postać z kreskówki. Trzy rzeczy, które zabrałby ze sobą na bezludną wyspę? Bezdenna butelka kaszasy, jakaś fajna laska i być może piłka. Oto Mane Garrincha i jego alfabet. Tekst, którego samodzielnie nigdy nie dałby rady przeczytać. Tekst, który jest idealnym uzupełnieniem ostatniego wpisu blogowego Mateusza Święcickiego (TUTAJ).

A jak ALKOHOL. Honorowy towarzysz jego egzystencji. Mane ubóstwiał kaszasę, wódkę z trzciny cukrowej, którą pociągał najczęściej z butelki po toniku. Raczył się nią zawsze i wszędzie. Nawet kiedy znajdował się u szczytu kariery, była dla niego jutrzenką i zachodem. Do pewnego momentu pił rekreacyjnie. Z czasem jednak zadurzenie względem pełnej szklanki przerodziło się w paskudny nałóg. Niejednokrotnie znikał z klubu i zaszywał się w rodzinnym mieście, upijając do nieprzytomności. Chlanie stało się bezpośrednią przyczyną późniejszej agonii, której następstwem była jego autodestrukcja.

B jak BOTAFOGO. Klub, który wyłowił go z prowincjonalnego klepiska i zrobił z niego gwiazdę. Ten sam klub jednak eksploatował jego osobę do granic możliwości i traktował jak zwyczajnego robotnika. Talent Garrinchy dostrzegł jeden z piłkarzy Botafogo, Araty, który pewnego wolnego weekendu sędziował mecz w niewielkim, robotniczym miasteczku Pau Grande. Zachwycony jego dryblingiem oraz boiskową gracją, zostawił swoją wizytówkę. Mane grzecznie podziękował, ale moment wypróbowania swoich sił w Fogão odkładał przez… rok i trzy miesiące. Dlaczego? Bo tracił dniówkę w pracy, a wcześniejsze próby zaczepienia w większym klubie kończyły się podpieraniem płotu i wielogodzinnym, pełnym rozczarowania, powrotem do domu. Tym razem jednak zaiskrzyło. Garrincha, w wieku 19 lat, podpisał swój pierwszy zawodowy kontrakt. Po wielu pięknych chwilach, z klubem i jego kibicami, rozstał się jednak w nastroju konfliktu.

C jak CANARINHOS. W barwach reprezentacji Brazylii dwukrotnie sięgał po tytuł mistrza świata i w pewnych okresach był jej niekwestionowaną gwiazdą. Wraz z Pelem stworzyli niepokonany – w dosłownym tego słowa znaczeniu – duet. Canarinhos, mając ich obydwu w składzie, nie przegrali bowiem ani jednego spotkania. Na turnieju w Chile, w 1962 roku, zdobył koronę króla strzelców i tytuł najlepszego zawodnika. Cztery lata później był już tylko cieniem dawnego Garrinchy. Właśnie wtedy, na totalnie spalonym przez Brazylijczyków mundialu w Anglii, żółtą koszulkę ubrał po raz ostatni. Mecz z Węgrami był zarazem jego jedynym przegranym w reprezentacji. Pele wówczas nie zagrał. Dopadła go kontuzja. Reprezentacyjny licznik Manego przestał tykać, kiedy wskazówka pokazywała okrągłą pięćdziesiątkę.

D jak DRYBLING. Stanowił podstawę jego gry. Bez dryblingu nie byłoby Garrinchy i możemy się pokusić o stwierdzenie, że zasada ta działa w obydwu kierunkach. Często pojawiają się porównania do współczesnych wirtuozów typu Cristiano Ronaldo czy Messi. On, chociaż w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie z tego sprawy, był pewnego rodzaju prekursorem. W tamtych czasach nikt nie dryblował tak jak on, a już na pewno nie w taki sposób. Wszystkiego nauczył się sam. Był samorodnym geniuszem. Zwodził rywali balansem ciała i następującym po nim błyskawicznym zrywem. Kiedy ogrywał przeciwnika często zatrzymywał się i czekał aż nieszczęśnik spróbuję raz jeszcze. Po chwili, zrezygnowany już oponent, znów leżał na boisku, oglądając siódemkę naszytą na jego plecach już z parteru. Często jednak przesadzał i drybling był jego jedyną boiskową aktywnością.

E jak ELZA SOARES. Garrincha miał w swoim życiu setki kobiet. Z żadną nie połączyło go jednak tak stałe i żarliwie odwzajemniane uczucie. Z piosenkarką Elzą Soares spędzili dwadzieścia burzliwych lat. Byli bodaj pierwszą tak medialną parą w brazylijskim, a może nawet światowym futbolu. Ówcześni Bechkamowie, pożywka tabloidów. Na jej widok ślinili się wszyscy faceci, miał ją tylko Garrincha. Na dobre zakończenie związku, ona podrapała go po twarzy, a on przywalił jej w zęby. Kiedyś była uosobieniem piękna.

Image and video hosting by TinyPic

A teraz… no cóż.

Image and video hosting by TinyPic

F jak FAIR PLAY. Kiedy ktoś kładzie się na glebę i zwija z bólu, to, chcąc nie chcąc, wypada wybić piłkę w aut. Dziś to zagranie powszechnie znane, często nadużywane w nie do końca właściwy sposób. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że jego prekursorem jest nie kto inny, jak właśnie Garrincha. Było to podczas spotkania Botafogo z Fluminense. Mane dostał piłkę i miał otwartą drogę do bramki. Za swoimi plecami usłyszał jednak przeraźliwy okrzyk bólu jednego z piłkarzy ekipy przeciwnika i celowo posłał futbolówkę w aut, aby możliwe było udzielenie mu pomocy. Potem, nieco zdezorientowany gracz Botafogo, oddał piłkę rywalom, co spotkało się z gromkim aplauzem publiczności. Sam Garrincha jednak zawsze walczył do końca. Nigdy nie kładł się na murawie, a warto podkreślić, że rywale polowali na jego nogi nad wyraz często. Łydki miał zorane pamiątkowymi bliznami. Były to swoiste autografy przeciwników, którzy niegdyś ośmielili się próbować odebrać mu piłkę. Wjazd w piszczel był ku temu jedynym, skutecznym sposobem.

G jak GARRINCHA. Po prostu pseudonim. Naprawdę nazywał się Manuel dos Santos. Ksywkę nadała mu jego siostra, kiedy miał cztery lata. Wzięła się ona od ptaka, w Polsce nazywanego strzyżykiem, które to Garrincha masowo wybijał. Matka mówiła mu: „Zabiłeś, to zjedz!”. On jednak robił to wyłącznie dla przyjemności. Małe ptaszki obtaczane w cieście, chociaż były daniem dosyć powszechnym, nie należały do jego przysmaków. Zaraz po przyjściu do Botafogo brazylijska prasa nazywała go Gualicho. Tak samo jak jednego ze sławniejszych wówczas koni wyścigowych. Potem każdy dziennikarz przeinaczał jego pseudonim po swojemu. W pewnym momencie trzeba było zainterweniować i położyć kres rozterkom. W „O Globo” ukazał się artykuł zatytułowany „Mam na imię Manuel i mówią na mnie Garrincha”.

H jak HUMOR. Garrincha miał raczej specyficzne, wyjątkowo infantylne poczucie humoru. Jego durne żarty często denerwowały całe otoczenie. Jeden z nich jednak, trzeba przyznać, wyszedł mu wyjątkowo nieźle. Było to podczas jednego z wielu europejskich wypadów Botafogo, tym razem w Holandii. Wówczas na topie były radia tranzystorowe. Piłkarze kupowali je torbami, aby później móc obdarować swoich bliskich w Brazylii. Nie gorszy był lewoskrzydłowy Helio, który wśród kolegów słynął z nieporadności umysłowej.

– Ty, Helio, a twoja rodzina mówi w tym języku? – zapytał go Garrincha. – Jeśli nie wymienisz lamp po powrocie do Brazylii, to nikt nie zrozumie ani słowa z tego co mówi spiker. A tam nie można tych lamp dostać – zażartował.

Następnego dnia zawiedziony Helio oddał radia do sklepu.

I jak INDIANIN. Pradziadkowie Garrinchy należeli do indiańskiego plemienia Fulnio. Byli skrajnie prymitywnym ludem. Swoje pierworodne dziecko zabijali, piekli i zjadali z domieszką miodu. Na ich teren wkroczyli jednak Portugalczycy, kładąc kres niekończącej się sielance. Schwytał ich i zniewolił niejaki Francisco dos Santos, po którym to Garrincha odziedziczył zresztą swoje nazwisko.

J jak JUVENTUS. Włosi byli pierwszym europejskim klubem, który wystosował propozycję jego wykupienia. Miało to miejsce w 1955 roku, jeszcze przed wejściem Mane w fazę oszałamiających sukcesów. Wówczas Garrincha był po prostu świetnie zapowiadającym się skrzydłowym. Działaczy Starej Damy zachwycił swoimi nieprawdopodobnymi występami podczas europejskiego tournee. Zarząd Botafogo postawił jednak zaporową cenę – 15 milionów cruzeiro. Równowartość 150 tys. dolarów, co wówczas było kwotą, która futbolowym przedsiębiorcom nie mieściła się w głowach. Gdyby transfer doszedł do skutku, Garrincha byłby najdroższym Brazylijskim piłkarzem. Włosi nalegali, nalegali, ale w końcu dali za wygraną. Sam zainteresowany, chociaż nie wiedział co konkretnie znaczą oferowane za niego kwoty, wydawał się być zadowolonym. Opuszczanie ojczyzny wcale nie leżało w jego interesie.

K jak KOBIETY. Miał ich setki. Prowadził szalenie rozwiązły tryb życia. W jego słowniku w ogóle nie figurowało słowo zdrada. Nawet wówczas, kiedy był z miłością swojego życia – Elzą Soares – od czasu do czasu pozwalał sobie na niewinny skok w bok. Dorobił się trzech synów i jedenaściorga córek z czterema kobietami. Jedno z nich zmajstrował podczas tournee po Szwecji. Do swojego domu zaprosiła go młoda dziewczyna, przedstawiła rodzicom i odbyła stosunek. Normalka. Jakiś czas później, kiedy Garrincha nadal przebywał w Szwecji, pod hotel reprezentacji podjechała policja. Okazało się, że Szwedka jest w ciąży i jej rodzice proszą o to, aby Mane poddał się testowi na ojcostwo. Wyszedł, oczywiście, pozytywnie. Co ciekawe, dziś facet nazywa się Ulf Lindberg i sprzedaje kiełbasę. Rodzina nie udźwignęła ciężaru jego wychowani, oddając go do sierocińca. Kilka lat temu, na zaproszenie pewnej restauracji, odwiedził Brazylię, gdzie przywitały go tłumy dziennikarzy i fotoreporterów. Kiedy podwinął nogawki spodni i zaprezentował swoje krzywe nogi, niektórzy ludzie nie mogli powstrzymać łez.

Image and video hosting by TinyPic

L jak LICZBY. Sam umiał tylko dodawać i odejmować. Ale nie chodzi o wytykanie mu edukacyjnych braków. W czasie trwania zawodowej kariery rozegrał około 400 oficjalnych spotkań. Doliczając do tej liczby mecze towarzyskie, liczba ta byłaby zapewne kilkakrotnie wyższa. Podczas swoich objazdów po Europie gracze Botafogo rozgrywali bowiem kilka meczów w tygodniu, kursując pomiędzy lotniskiem, hotelem i miejscowym stadionem. Często tracili rachubę, nie wiedząc nawet w jakim znajdują się kraju.

M jak MARACANA. Jego drugi dom. Dosłownie. Kiedy wyprowadził się z rodzinnego Pau Grande, a jeszcze nie znalazł lokum w Rio, zdarzało mu się nocować w obskurnym pomieszczeniu ulokowanym pod jej trybunami. Miejscowa torcida oddałaby za niego życie, chociaż pod koniec przygody z Botafogo, stosunki z kibicami uległy znacznemu ochłodzeniu. Nie zmienia to faktu, że jego popisy niejednokrotnie oglądało ponad sto pięćdziesiąt tysięcy par oczu. Tam rozpoczynał swoją karierę i tam, w sposób symboliczny, również ją zakończył. Teraz jego obiektem będzie inny ze stadionów przygotowanych na najbliższe mistrzostwa świata. Ten w stolicy kraju, Brasilii, nazwany jego imieniem – Estádio Mané Garrincha.

N jak NOGI. Znak firmowy. W dzisiejszych czasach Garrincha nie miałby najmniejszych szans na zawodowe granie w piłkę. No, chyba, że jako dziecko założyliby mu przyrząd ortopedyczny, który załatwił by całą sprawę bez większego problemu. Ale kto, do cholery, myślał o tym w latach trzydziestych na zabitej dechami brazylijskiej wsi? Krzywe nogi odziedziczył po matce, chociaż skalą pokraczności i tak pobił ją na głowę. Lewa, krótsza o sześć centymetrów, wygięta była na zewnątrz, a prawa do środka. Kiedy jeszcze przed podpisaniem kontraktu z Botafogo trafił na testy do Vasco, jeden z trenerów miał ponoć nazwać go kaleką. Mimo rażącej wady poruszał się z gracją, co niesamowicie fascynowało ówczesnych ortopedów.

Image and video hosting by TinyPic

O jak OPERACJA. Problemy z kolanem zaczęły się kiedy był na szczycie. Lekarze zlecili przeprowadzenie operacji, lecz Garrincha, z typową dla siebie nonszalancją, odkładał ją w nieskończoność. Nadszedł jednak moment, kiedy po każdym meczu z murawy spełzał na czworaka. Każdy, finezyjny niegdyś zwód, był katorgą. Ból uniemożliwiał mu normalne funkcjonowanie. Diagnoza była prosta – artroza. Należało oczyścić staw ze zużytej łękotki. Zabieg przebiegł pomyślnie, jednak po nim Garrincha tak naprawdę już nigdy nie powrócił do pełni sprawności. Także i tutaj problemem okazał się alkohol, który uniemożliwiał mu właściwe odbycie zaplanowanej rehabilitacji.

Image and video hosting by TinyPic

P jak PIENIĄDZE. Miał je za nic. Były dla niego wyłącznie środkiem, za który mógł kupić kolejną butelkę kaszasy. Na początku kariery zarabiał śmiesznie, potem znacznie lepiej. Nie były to jednak rzecz jasna gaże nawet zbliżone do tych, które księgują na swoich kontach dzisiejsze gwiazdy. Prawie wszystkie kontrakty podpisał in blanco. Żył na bieżąco, nie myślał o przyszłości. Przykładowo – premia za wygranie mistrzostwa świata w 1958 roku zgniła w dziecięcym moczu, pod materacem kanapy w jego rodzinnym domu. Pieniądze wtykał w szuflady, miski, patery z owocami i między strony komiksów, których przeglądanie było szczytem jego literaturowych osiągnięć. Mane był bowiem półanalfabetą.

R jak REAL MADRYT. W pewnym momencie, kiedy Garrincha był w kwiecie wieku, ofertę wysunęli też „Królewscy”. Wówczas był to najlepszy i najmocarniejszy klub na świecie. Dla prezesa Santiago Bernabeu nie było piłkarza, którego nie mógłby kupić. Botafogo jednak w ogóle nie chciało sprzedawać swojego asa. Oferta opiewająca na 250 tys. dolarów została odrzucona.

S jak SEKS. Jego druga, zaraz po alkoholu, życiowa pasja. Mógł to robić zawsze i wszędzie. Był stałym klientem domów publicznych w każdym zakątku świata. Najbardziej podobała mu się, rzecz jasna, rozpustna dzielnica czerwonych latarń w Amsterdamie. Mógł robić to calutką noc i sąsiedzi nie mieli z nim łatwego życia. Swój pierwszy raz, w wieku dwunastu lat, zaliczył co prawda z pasącą się nieopodal domu kozą, ale później było już tylko lepiej.

T jak TAKTYKA. Chociaż już wtedy, w latach pięćdziesiątych, zdawano sobie sprawę z jej wartości, dla Garrinchy nie znaczyła nic. Pewnie również dlatego, że była nużąca i dosyć trudna do ogarnięcia. Kiedy w Botafogo robili przedmeczowe odprawy taktyczne, wysyłano go, aby pograł w ping-ponga. Przyzwyczajono się, że i tak nigdy nie stosował się do żadnych poleceń. Na boisku był nieobliczalny i dziki, co w ogólnym rozrachunku częściej stawało się jego zaletą niż wadą.

U jak USPOSOBIENIE. Garrincha był dziecinny, żeby nie powiedzieć głupkowaty. Z jego twarzy rzadko znikał promienny, beztroski i wyjątkowo naiwny uśmiech. Przed mistrzostwami świata w Szwecji, podobnie jak wszystkim reprezentantom, poddano go rozmaitym testom psychologicznym. Na wszystkich wypadł żałośnie. Pewne problemy pojawiły się już na etapie wypełniania formularza. W polu, gdzie miał za zadanie wpisać swój zawód, wydziergał: „sportofca”. Sklasyfikowano go jako osobnika o inteligencji poniżej przeciętnej, a współczynnik jego agresji określono liczbą zero. Według specjalisty nie kwalifikował się nawet do prowadzenia autobusu.

W jak WYRZUTEK. Pod koniec życia pozostał tylko on i jego najwierniejszy przyjaciel – alkoholizm. Na niedługo przed śmiercią pokazał się światu po raz ostatni. Zdecydowano wystawić go na widok publiczny podczas karnawałowego pochodu w Rio. Nie był to jednak Garrincha, a jego wrak. Ludzie klaskali i wiwatowali tylko do momentu, kiedy mogli przyjrzeć mu się z bliska. Odurzony lekami, ze smutną twarzą, siedział na brzegu plandeki, gdyż nie mógł iść, a nawet stać o własnych siłach. Publiczność nie mogła uwierzyć, że to naprawdę ten wielki Garrincha. Sam nie był świadom mrożącego krew w żyłach widowiska, jakie zafundował swoją obecnością. – Wszystko dobrze… wszystko w dechę – powiedział zaraz po pochodzie. Hospitalizowany, zmarł w absolutnej samotności. Autopsja wykazała, że żadne jego organy wewnętrzne – od mózgu po jelita – nie przydałyby się nawet studentom medycyny. Były totalnie strawione.

Image and video hosting by TinyPic

Z jak ZSRR. Mistrzostwa Świata w Szwecji, rok 1958. Po gładkiej wygranej z Austrią i bezbramkowym remisie z Anglią, Brazylijczycy, aby być pewnymi awansu, muszą pokonać ZSRR. A była to ekipa więcej niż solidna. Wówczas opowiadano o nich głównie w kontekście osiągnięć technologicznych i podboju kosmosu. Radziecki futbol świat określał mianem naukowego. Reprezentanci w dniu meczowym robili sobie ponoć czterogodzinną poranną rozgrzewkę. Poprzednie spotkania, pomimo nacisków ze strony kibiców, Mane przesiedział na ławce rezerwowych, a ówczesne przepisy nie dopuszczały przeprowadzania zmian.

– Chodzą słuchy, że mam zagrać. Ale uwierzę w to tylko, jak ty mi powiesz. To prawda? – spytał Garrincha swojego kolegi z reprezentacji, Niltona Santosa.
– Wygląda na to, że tak. Jutro dasz Ruskom popalić!
– Ciekawe czy oni umiom grać – odpowiedział w swoim stylu.

Grać to oni może i umieli, ale na pewno nie na tym poziomie. I rzecz jasna nie w tym tempie. Ich nauka i technologie zderzyły się z niepohamowaną, radosną finezją Canarinhos. Garrincha bawił się z Rosjanami zupełnie jakby grał ze znajomymi. Tak, jak jeszcze kilka lat wcześniej robił to w rodzinnym Pau Grande. Brazylia zwyciężyła, rozpoczynając marsz po końcowy triumf. Wówczas na dobre narodziła się gwiazda Garrinchy. Jej blask rozpostarł się także nad Europą. Po tym pamiętnym meczu wypowiedział tylko jedno zdanie: „Byłem stęskniony za piłką.”

Wykorzystano fragmenty książki autorstwa Ruya Castro „Garrincha – samotna gwiazda”

Reklamy

Posted on 05/02/2012, in 1. Weszło!, Garrincha and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: