Cyrk Appiaha będzie bawił publiczność w Serbii

Chwilowo, bo chwilowo, lecz kiedyś był podporą wielkiego klubu – Juventusu Turyn. Od kilku lat piłkarz widmo. Niby gdzieś gra, coś kombinuje, ale stosuje przy tym znakomity kamuflaż, którego pozazdrościliby amerykańskie siły specjalne. Zawodnik może bez wielkich osiągnięć, ale też nie z tych całkiem bezimiennych. Wieloletni reprezentant i kapitan narodowej ekipy Ghany. Uczestnik dwóch minionych finałów Mistrzostw Świata – Stephen Appiah. Wczoraj jego sztucznie odżywiana kariera została definitywnie odłączona od respiratora. Podpisał kontrakt z Vojvodiną Novi Sad.

Gdyby postawił na pieniądze szejków lub fantasy ligę w Indiach, bo miał stamtąd poważne propozycje – OK. Byłoby jasne, że chce zakończyć karierę z kilkoma milionami do przodu i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. A tak, podjął zaskakującą i wydaje się, że nielogiczną decyzję. W Serbii, ani się specjalnie nie wzbogaci, ani nie pokopie na najwyższym poziomie. Tamtejsza Superliga jest tak samo super, jak ekstra jest nasza Ekstraklasa. Tylko i wyłącznie z nazwy. Deska ratunku? Kontrakt, który parafował, jest ważny tylko do końca sezonu. Możemy założyć się, że za pół roku romantyczne uczucie łączące Appiaha z serbskim futbolem dobiegnie końca. Albo jemu, albo klubowi do tego czasu skończy się cierpliwość. Stawiamy na opcję numer dwa.

Jego historia jest jakby wyjęta ze stereotypowych życiorysów afrykańskich piłkarzy. Wychowywał się w skrajnym ubóstwie, a tocząca się piłka była jedyną, rozsądną furtką ku lepszemu życiu. Pewnego razu, kiedy był dzieckiem, zagadał do niego najbogatszy w okolicy kolega. Zaproponował prawdziwy obiad, w zamian za wspólne spędzone na kopaniu futbolówki wagary. – Kiedy usłyszałem słowo „obiad” nie mogłem odmówić. Musiałem na tym skorzystać – wspomina po latach.

Skorzystał ten jeden raz i korzystał też w dniach kolejnych. Sielanka trwała dopóki wieści o opuszczaniu lekcji nie dotarły do jego matki. Ta poszła porozmawiać z wychowawcą. Kiedy okazało się, że okłamuje ich oboje, położyli go na stole i zlali skórzanym pasem. Miał wtedy dziewięć lat. Od tamtej pory jego noga nigdy więcej nie przekroczyła progu żadnej szkoły. Postanowił w pełni poświęcić się piłce. Trafił do biednej, amatorskiej drużyny, która nie oferowała właściwie nic, poza wspólną grą. W klubie brakowało pieniędzy na wszystko i jej piłkarze grali… bez butów. Jedynym zabezpieczeniem były bandaże, którymi obwijali swoje stopy.

Momentem zwrotnym w jego karierze był mecz przeciwko Hearts of Oak. Jednemu z najbardziej utytułowanych ghańskich klubów. Wówczas Appiah, grający na bosaka kilkunastolatek, wbił im dwa gole. W nagrodę sprowadzili go do siebie i wręczyli pierwsze, piłkarskie buty z prawdziwego zdarzenia. – Nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Kiedy kopałem piłkę, brakowało mi jej czucia. Po meczu moje nogi były jednak czyste i nie poranione skałami, a to już duży plus – wspomina z uśmiechem.

Kiedy przyjechał do Włoch, nie potrafił posługiwać się sztućcami. Z trudem wyławiał widelcem makaron, lecz ten, w drodze do jego ust, i tak z powrotem ześlizgiwał się na talerz. Nie smakowała mu ani pizza, ani spaghetti. W kółko obżerał się tylko lodami i biszkoptami. W pierwszym sparingu, pod okiem Alberto Zaccheroniego, walnął gola z dwudziestu pięciu metrów. – Zamknijcie go i nie pozwólcie mu uciec – miał powiedzieć ówczesny trener Udinese. Nie uciekł, bo pomachano mu przed nosem kilkoma plikami studolarówek. Swój pierwszy w Europie kontrakt podpisał bez jakiejkolwiek znajomości jego treści.

Kilka lat później, w ciekawy sposób rozpoczął swoją przygodę z Juventusem. Kiedy po raz pierwszy pojawił się na klubowej stołówce, żarty z niego postanowił zrobić sobie Gianluigi Buffon. – Patrzcie chłopaki, mamy nowego magazyniera! No, dalej! Dlaczego się nie przedstawisz? Appiah nie pozostał mu dłużny i też rzucił czerstwy żart. – Kolego, zamiast niepotrzebnie gadać, przynieś mi tu zaraz sałatę z tuńczykiem, bez dodatku pomidorów i cebuli, ale już! I wszyscy obecni, z Marcello Lippim i Luciano Moggim na czele, tarzali się ze śmiechu.

Poczucie humoru dopisywało mu jednak tylko w pierwszym sezonie pobytu w Turynie. Wówczas był podstawowym zawodnikiem Bianconerich. Później jego pozycja osłabła i został sprzedany do Fenerbahce. Z klubem znad Bosforu, pomimo dobrej gry i wywalczenia mistrzostwa Turcji, żegnał się jednak w wyjątkowo cierpkiej atmosferze. Paradoksalnie, ciężka kontuzja kolana, przez którą pauzował prawie rok nie była największym złem, jakie go tam spotkało. Problemem okazało się być to, co miało mu pomóc, czyli operacja. A w zasadzie to jej następstwa. Sam zabieg przebiegł pomyślnie, lecz sztab medyczny Fenerbahce zapomniał o zastosowaniu koniecznej kuracji przeciwzakrzepowej. Popełniono karygodny błąd, który mógł go zabić. Kolano Appiaha rozrywał niesamowity ból. Dopiero po wykonaniu szczegółowych badań na jaw wyszły szerzące się w nim zakrzepowe patologie.

Po rozwiązaniu kontraktu i wyleczeniu kontuzji, stał się łakomym kąskiem na liście piłkarskich bezrobotnych. Na mistrzostwach świata w RPA wchodził na końcówki spotkań. To i tak nieźle, bo nie miał wówczas żadnego klubu. Gdyby nie sparingi reprezentacji – jego jedyna wówczas boiskowa aktywność – pewnie w ogóle zapomniałby jak wygląda piłka. Pożądano go w Anglii i we Włoszech. Podobno było coś na rzeczy z londyńczykami – Arsenalem, Tottenhamem i West Hamem. Ile rzeczywiście jest w tym prawdy, a ile PR-owych zagrywek agenta, nie dowiemy się chyba nigdy. Wiadomo natomiast, że ostatecznie trafił do przeciętnej Bologny, gdzie na dobre rozwinęła się równia pochyła, na której końcu, jak się okazało, stała właśnie Vojvodina.

Image and video hosting by TinyPic

W Serbii zapanowała spodziewana euforia. Appiaha mianowano najbardziej utytułowanym, zagranicznym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek postawił krok na tamtejszych murawach. W patetyczny klimat nie omieszkał nie wstrzelić się również sam zainteresowany, ślubując miłość, wierność… Zapomniał o Udinese, które zrobiło z niego prawdziwego piłkarza. Umknęły mu także wspomniane wcześniej Fenerbahce czy Juventus, z którymi zdobywał mistrzostwa i grał w europejskich pucharach. W głowie ma tylko Starą Damę, tyle, że już tą serbską. – Zapomniałem o wszystkich zespołach, w których grałem dotychczas. Teraz liczy się tylko i wyłącznie Vojvodina. Pieniądze nie były decydującym czynnikiem. Pragnę grać w piłkę na wysokim poziomie i nadal mam ambicje. Dlatego wybrałem Serbię – powiedział na powitalnej konferencji prasowej.

Według oficjalnej metryki ma 31 lat, chociaż z niektórych źródeł wynika, że tak naprawdę jest sporo starszy. Może i lepiej gdyby miał te 38, bo tłumaczyłoby to ciągłe rozmienianie się na drobne. Prawdziwa kariera Appiaha zakończyła się bowiem w momencie jego kontuzji. Od tamtej pory bardziej niż zawodowego piłkarza przypomina objazdowy cyrk.

Reklamy

Posted on 22/02/2012, in 1. Weszło!, Stephen Appiah and tagged , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. Ten artykuł powinien ujrzeć “światło dzienne”. Powinien go przeczytać każdy kto zamierza zając wyższe stanowisko, gdyż daje on dużo do myślenia…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: