Piermario Morosini – pokonał przeciwności życia, a ono przeprowadziło bezlitosny blitzkrieg

Niestety. Coraz częściej do naszych kalendarzy wpieprzają się dni, kiedy sport intensywniej niż ze współzawodnictwem czy końskim zdrowiem kojarzy się ze śmiercią. Dwa, wydawać by się mogło, tak skrajnie przeciwne pojęcia bezlitośnie się przenikają. Wczoraj do pocztu ludzi, dla których ostatnim widokiem była murawa stadionu, dołączył kolejny piłkarz. Chłopak, którego śmierć, jak i cały życiorys, zmusza do refleksji w sposób szczególny. Piermario Morosini.

Włochy są w szoku. O tyle specyficznym, że w ciągu kilkunastu dni śmierć w ich kraju sportowców upodobała sobie w sposób niespotykanie szczególny. Pod koniec marca, tym razem na siatkarskim parkiecie, zmarł przecież olimpijczyk Vigor Bovolenta. Kilka dni później odszedł trener bramkarzy Pescary, były piłkarz Francesco Mancini. Dopadł go zawał serca. Miał 43 lata. Wydawało się, że czarę goryczy przeleje tragiczny wypadek i śmierć siedemnastolatka z Lazio, Mirko Fersiniego. Nie przelał… Tym razem padło na młodego człowieka, którego życie było ciągłym marszem pod górkę. Człowieka, w którego życiorysie szczęścia należało szukać nie ze świecą, a porządną halogenową latarką. Fakty wyjęte z jego życia pogłębiają tę tragedię. Jak czarny flamaster pociągnięty po linii nakreślonej czarną kredką.

W wieku trzynastu lat życie zadało mu pierwszy cios. Zmarła jego matka, Camilla. Dwa lata później los przeprowadził kolejny, bolesny szturm. Umiera ojciec. Kilka lat temu, na skutek tragicznego wypadku, stracił też brata – Francesco. Jedyną osobą z rodziny, która pozostała przy życiu jest siostra, notabene także pokrzywdzona swoją niepełnosprawnością. – Ludzie często pytają dlaczego wszystkie nieszczęścia skupiają się właśnie na mnie. Nie potrafię znaleźć odpowiedzi i to powoduje jeszcze większy ból. Życie jednak toczy się dalej. Istnieją takie sytuacje, które odciskają na tobie piętno. Te same rzeczy powodują jednak złość i pomagają w osiąganiu założonych celów. Chciałbym zostać dobrym piłkarzem, w szczególności dla moich rodziców. Wiem, że byliby ze mnie dumni. Ta myśl dopinguje mnie jeszcze bardziej – mówił w udzielonym przed siedmioma laty wywiadzie.

„Co za weekend… Ile wspaniałych spotkań! Jak wiele w moim życiu piękna… Zawsze jest nadzieja!” – napisał niecałe dwa miesiące temu na swoim twitterze. Ćwierkał regularnie, a jego wpisy przesiąknięte są optymizmem. Radością z codziennych, choćby najmniejszych i błahych rzeczy. Spraw, które przeciętny człowiek olewa, puszcza mimochodem.

„Nadchodzi wiosna… Słońce i błękitne niebo. Tak błękitne, że już bardziej się nie da. Życzę wszystkim dobrego dnia!”. To wpis z trzynastego marca. We wczorajsze przedpołudnie, zanim jego twitter zamilknął na zawsze, przesłał filmową zapowiedź książki włoskiego muzyka, Luciano Ligabue. Wielu osobom ta melancholijna i jednostajna melodia już zawsze będzie kojarzyła się z młodym piłkarzem, który zabrał się z tego świata zdecydowanie za wcześnie.

Chwilę przed utratą przytomności Morosini miał prawo być naprawdę zadowolony. Piłkarze Livorno w piętnaście minut strzelili bowiem dwa gole, które postawiły rewelacyjną Pescarę pod ścianą. Pierwszy akt niespodziewanego dramatu zaczął się 32. minucie. Morosini trzykrotnie upadał na boisko. Próbował się podnieść, jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. W pewnym momencie jego organizm dał za wygraną i stracił przytomność, uderzając twarzą o murawę. Na boisko wbiegli klubowi medycy Pescary i przeprowadzili pierwszy masaż serca, które, jak się okazało później, zabiło na Stadio Adriatico po raz ostatni. Wtedy w pobliżu piłkarza znalazł się jeden z kibiców, kardiolog, którego początkowo blokowali stadionowi stewardzi.

Zaalarmowano stojący przy wejściu na stadion ambulans. Jedyna droga wiodąca na murawę była jednak zagrodzona przez Fiata Croma, należącego do miejskiej policji. Za nim stał zamknięty na klucz wóz strażacki. Stewardzi musieli poradzić sobie siłą i aby odblokować drogę powybijali szyby. Tym sposobem upłynęły trzy minuty. Chwile, które zdaniem Lionello Manfredonii mogły uratować jego życie. – Mnie się udało, bo fantastyczni lekarze zareagowali błyskawicznie – mówi były piłkarz Juventusu, który dwadzieścia dwa lata temu przeżył podobny atak – Niestety, Morosini nie miał tyle szczęścia. Kto wie, gdyby ambulans przybył na miejsce szybciej… Wszyscy jesteśmy w rękach Boga. Ja tamtego dnia otarłem się o śmierć – wspomina.

Image and video hosting by TinyPic

Młody piłkarz Pescary, Marco Verratti, widząc, że ambulans ma problemy z wjazdem na plac gry, w obliczu płaczu kolegów, zachował trzeźwość umysłu i popędził po nosze. Wszystkie starania nie zdały się jednak na nic. Morosini zmarł już na boisku. Lekarze ciągle go reanimowali, jednak kiedy znalazł się w szpitalu, niestety już nie żył.

Image and video hosting by TinyPic

Zaraz za karetką, na pogotowiu ratunkowym pojawili się piłkarze obydwu drużyn. Tragiczna informacja, której w duchu z pewnością się spodziewali i tak była nieludzkim ciosem. Na holu słychać było płacz, krzyki i będące oznakami poczucia beznadziei uderzenia pięściami o ściany, czy drzwi. Pośród wracających do autobusów piłkarzy nie było ani jednego, któremu udałoby się powstrzymać łzy. Tragedia równomiernie uderzyła w nich wszystkich. – Był jak mój młodszy brat. Przez sześć miesięcy mieszkał u mnie w domu. Nie potrafię o tym myśleć. To jakaś tragedia, to jakaś tragedia… Mam ochotę zakończyć karierę. Grałem mecz. Potem zobaczyłem dziesiątki sms-ów z kondolencjami – opowiada łamanym głosem bramkarz Regginy, Emanuele Belardi, przyjaciel Morosiniego z czasów gry w Udinese.

Czy można było temu zapobiec? Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Jedna z hipotez głosi, że cegiełkę do jego śmierci mógł dołożyć powietrzny pojedynek z Emmanuele Cascione, mający miejsce kilka chwil przed tragedią. Innego zdania jest jednak kardiolog sportowy, Bruno Caru. – Wszyscy nasi piłkarze są poddawani rutynowym kontrolom. Istnieją niestety jednak takie wady, których pierwszym i zarazem ostatnim symptomem jest śmierć – wyjaśnia. Wszelkie wątpliwości ma rozwiać sekcja zwłok, która zostanie przeprowadzona w ciągu najbliższej doby.

Morosini poniósł śmierć tyle tragiczną, co spektakularną i medialną. Wstrząsającymi obrazami, kiedy piłkarz słania się na nogach, próbuje się podnieść, lecz w końcu upada i więcej nie wstaje, epatowała wczoraj telewizja Sky Sports, emitując je w nieskończoność.

– Przeznaczenie zabrało mu całą rodzinę. Teraz znów będzie miał okazję się z nimi spotkać –powiedział kolega Morosiniego z czasów gry w Udinese, Roberto Baronio.

http://static2.video.gazzettaobjects.it/widget/swf/GazzettaPolymediaShow.swf

Advertisements

Posted on 23/04/2012, in 1. Weszło!, Pierpaolo Morosini and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: