Elegancki konkwistador znów podbił Europę. Kolejny sukces Vicente Del Bosque

Jako trener, na tym najwyższym poziomie, nie pracuje jakoś wyjątkowo długo. Ma jednak wrodzoną cechę zamieniania wszystkiego, co dotknie w szczerozłoty kruszec. Urodzony w koronie. Tam, gdzie nie udawało mu się na ławce trenerskiej, wygrywał poza nią. Zawsze z ogromną klasą. Taki jest Vicente Del Bosque. Człowiek, który sprawił, że futbol już nigdy nie będzie taki sam.

To fenomen. Gigant reprezentacyjnej piłki. Niszczący praktycznie wszystkich przeciwników. Jednak nie w sposób bezlitosny, a z wyraźną dozą subtelności i gracji. Konkwistador, ale inny od tych, o których uczyliśmy się na lekcjach historii. Del Bosque, choćby jego drużyna zwyciężyła i dziesięcioma bramkami, podszedłby do przeciwnika i z uśmiechem pogratulował mu wytrwałości. Wychodzi z dumnego i pełnego patosu założenia, że „wizerunek trenera jest wizerunkiem kraju”. Jego charakter i inteligencja nie dla wszystkich były jednak sprzyjające. Ktoś kiedyś poczuł się zagrożony, bo nagle, mimo posiadania wypchanego do granic możliwości konta bankowego, zrobił się przy nim śmieszny i malutki.

– Czasami, nawet pomimo zwycięstw, potrzebne są zmiany. Profil Del Bosque jest jednolity. Szukamy kogoś, kto położy większy nacisk na taktykę, strategię gry i przygotowanie fizyczne. Jeśli mam być szczery, to powiem, że przejawiał on już oznaki wyczerpania i nie wyglądał na trenera przyszłościowego. Wierzymy, że drużyna będzie mocniejsza pracując dla szkoleniowca o innym charakterze – zakończył konferencję prasową i uśmiechnął się do zgromadzonych dziennikarzy.

Pięć minut później zapewne, na znak swojego tryumfu, odpalał kubańskie cygaro, popijając zimną whisky. To był Florentino Perez. Ówczesny i teraźniejszy prezes Realu Madryt. Stwórca jednej z najlepszych drużyn w historii klubowej piłki – Los Galacticos. W skład gwiazdozbioru wchodzili Fernando Hierro, Roberto Carlos, Luis Figo, Zinedine Zidane, Raúl… Pereza bolało to, że na ławce trenerskiej siedzi zwykły szarak. Gość, który miał wpaść tylko na pięć minut. Dociągnąć sezon do końca i ustąpić miejsca o wiele bardziej uznanemu nazwisku. W wyobrażeniach prezesa miał to być Fabio Capello albo Jose Antonio Camacho. Del Bosque odniósł jednak nieoczekiwany sukces i z początku głupio było go wyrzucać. Przez cztery lata ugrał dwa mistrzostwa Hiszpanii, tyle samo Pucharów Europy, Superpuchary Hiszpanii i Europy oraz Puchar Interkontynentalny.

Image and video hosting by TinyPic

– Nasza dominacja na kontynencie jest niekwestionowana – mówił w tamtym czasie. I z krystalicznie czystym sumieniem mógł wypowiedzieć te słowa jako ostatni trener Realu Madryt. Chociaż od tamtego czasu minęło prawie dziesięć lat, żaden z kolejnych szkoleniowców nie miał prawa ich powtarzać. Nawet wielki Jose Mourinho.

W 2003 roku, po przerywniku zwanym Valencią, Real świętował odzyskanie tytułu mistrza Hiszpanii. W stadionowych kuluarach było wówczas jednak jeszcze goręcej niż na rozentuzjazmowanych trybunach Santiago Bernabeu. Skłócony z zarządem kapitan, Fernando Hierro, buntował drużynę przeciwko górze. W pewnym momencie piłkarze odmówili nawet tradycyjnego fetowania na madryckim rynku. Ostatecznie, po godzinnej debacie, udało się ich przekonać, ale wiadomym było, że krwawo stłumiony bunt pociągnie za sobą trupy.

Del Bosque zarzucano, że foruje gwiazdy i nie daje szans młodym zawodnikom. Był też skonfliktowany z Fernando Morientesem, który większość czasu przesiadywał na ławce rezerwowych. W pewnym momencie hiszpański gwiazdor nazwał swojego trenera skurwysynem. Wydawało się jednak, że dobre wyniki zatuszują wszystkie niesnaski i niedoskonałości.

Niecałe czterdzieści osiem godzin po zdobyciu mistrzostwa było wiadomo, że kontrakty Fernando Hierro i Vicente Del Bosque nie zostaną przedłużone. Na nic zdały się protesty kibiców. Obaj zostali potraktowani równie podle. Wyrzuceni na zbity pysk, pomimo tak rozlicznych zasług. Pierwszy – kapitan i legenda zespołu. Drugi – fantastyczny szkoleniowiec, pod którego batutą Real wygrał 104 ze 186 rozegranych spotkań. Wcześniej ubierał jeszcze białą koszulkę jako piłkarz, by potem przez wiele lat pracować w madryckiej fabryce talentów. – Informowanie mnie o utracie pracy w pustym korytarzu o godzinie 23., to chyba nie najlepszy sposób – rzucił na odchodne.

Perez wychodził z założenia, że jego klub jest na tyle galaktyczny, że pozostałby niezwyciężony nawet, gdyby na ławce trenerskiej zasiadała jego sprzątaczka. Przeliczył się i to bardzo. Odchodząc, Del Bosque, niepostrzeżenie ukrył w swojej kieszeni patent na wygrywanie. Gabloty Realu, na kilka lat, ogarnęła susza.

W Besiktasie, który był jego następnym i jak dotychczas ostatnim prowadzonym klubem, najzwyczajniej zawiódł. Odpadł z Pucharu UEFA, dał się wyeliminować z Pucharu Turcji i w konsekwencji został wyrzucony. Czego nie wywalczył na boisku, odbił sobie jednak gdzie indziej. Wszystko za sprawą gigantycznego, sięgającego prawie pięciu milionów euro, odszkodowania, spowodowanego przedwczesnym zerwaniem kontraktu.

Za sterami reprezentacji Hiszpanii zasiadł w 2008 roku, chociaż miał taką sposobność już cztery lata wcześniej. Po fatalnym dla jego rodaków Euro 2004 złożono mu propozycję zastąpienia Inakiego Saeza, którą zdecydował się jednak odrzucić. Dwa lata później „Nie, dziękuję” powiedział też federacji meksykańskiej. Czuł się gotowy na wykorzystanie swojej szansy podczas pracy z La Roja. – Pragnę zachować styl, który doprowadził do największego w historii rozkwitu hiszpańskiej piłki. To pokolenie jest grupą zwycięzców – mówił na swojej pierwszej konferencji prasowej w roli selekcjonera.

Dotrzymał słowa. Dalszą, tę bajkową, część tej historii wszyscy doskonale znamy… Splendor, tytuły… Nigdy, przenigdy jednak nie zaatakował żadnego z tych, którzy kiedyś postawili na nim krzyżyk, a było ich wielu. Były chwile, kiedy wyjście na balkon swojego madryckiego domu, z którego widać centrum treningowe Realu, ściskało za gardło i sprawiało mu ból. Kiedy pojawiłby się tam dziś lub jutro, jego myśli zagłuszyłyby napływające z dołu na jego cześć oklaski i wiwaty. W stronę Santiago Bernabeu może, w swoim stylu, co najwyżej posłać tylko wystarczająco wymowny, serdeczny uśmiech.

Advertisements

Posted on 02/07/2012, in 1. Weszło!, Euro 2012 and tagged , , . Bookmark the permalink. 1 komentarz.

  1. To się powoli staje nudne… Hiszpania po raz trzeci z rzędu wygrała. Ciekawe jak wpłynie to na atrakcyjność następnego mundialu w Brazylii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: