Historia ukraińskiego króla. Dziewięć kartek wydartych z pamiętnika Andrija Szewczenki

Swoją piękną karierę zakończył ostatnio kolejny, wielki zawodnik. Napastnik, którego, jako Polacy, zawsze będziemy Ukraińcom zazdrościć. Elegant i profesor. Tak z piłką przy nodze, jak i na salonach. Po prostu Andrij Szewczenko. Przed wami jego losy na dziewięciu „kartkach z pamiętnika Szewy”.

5 listopada 1997 – Barcelona, klasyczny hattrick na Camp Nou

To były szalone czasy… W ogóle niespójne z teraźniejszością. Dynamo Kijów nie przystępowało do tego meczu w roli faworyta. To jasne. Nawet pomimo faktu, że dwa tygodnie wcześniej, przed własną publicznością, rozbroili Barcelonę 3:0. Gra przeciwko gospodarzom na Camp Nou to jednak zupełnie inna historia. Tak przynajmniej mogło się wydawać.

Nie była to Blaugrana tak medialna i uwielbiana przez cały świat jak dziś, lecz grzechem byłoby nazwać ją anonimową. Miała Reizigera, Couto, Figo czy Rivaldo. Całe to spotkanie z wysokości ławki obejrzał natomiast młodziutki, nikomu nieznany piłkarz rezerw, Carles Puyol. Dynamo posłało do boju swojego asa, Andrija Szewczenkę. Zawodnika, który doprowadził do jednego z największych i najboleśniejszych upokorzeń w całej historii Dumy Katalonii.

Wtedy, o bardzo popularnym już w swoim kraju utalentowanym zawodniku, dowiedziała się cała Europa. Jego nazwisko popłynęło medialnym nurtem, by niedługo później trafić na kartki notesów dyrektorów sportowych największych klubów. Zaczęła powstawać piękna, bogato zdobiona księga jego kariery. Dokładnie w ten listopadowy wieczór zrodziła się legenda najwybitniejszego ukraińskiego piłkarza, Andrija Szewczenki.

1 lipca 1999 – Mediolan, transfer do Milanu

Image and video hosting by TinyPic

– Nie przyjechałem tu dla pieniędzy, tylko po to, żeby grać w najlepszym klubie świata. Milan jest po prostu moim nowym miejscem pracy. W 1995 roku, kiedy Włochy pokonały Ukrainę w Kijowie, zdałem sobie sprawę, że to właściwy kraj do rozwijania swoich umiejętności. Z przyjemnością oddaje się do dyspozycji trenera Zaccheroniego – mówił w jednym z pierwszych, udzielonych po wyprowadzce z Kijowa wywiadów.

To był zupełnie inny Szewczenko niż ten, którego znamy. Dziś nienagannie ubrany, schludny kosmopolita. Obywatel świata. Wówczas, przesiąknięty surowym komunizmem, cichy i skromny chłopak. Niespecjalnie chciało mu się gdziekolwiek wyjeżdżać. Zrobił to tylko dlatego, aby stać się jeszcze lepszym piłkarzem. Forsy już za czasów gry w Kijowie miał przecież pod dostatkiem.

Mało kto pamięta, że jako pierwsza zabiegała o niego Roma. Były to czasy, kiedy stołecznym klubem zarządzał nieżyjący już dziś Franco Sensi, a na ławce trenerskiej oglądaliśmy… Zdenka Zemana, dla którego historia niedawno zatoczyła koło. Ostatecznie 22-letni Szewa trafił jednak do Milanu, za 35 miliardów lirów (około 25 milionów dolarów). Podpisał pięcioletni kontrakt, podczas trwania którego zapewniono mu nieco ponad milion euro rocznej pensji.

Na Ukrainie zostawił swojego ojca, emerytowanego wojskowego, matkę nauczycielkę, siostrę, narzeczoną, najlepszego przyjaciela Giennadija oraz pasję do łowienia ryb i karaoke. Łatwo nie było. Pokój na pierwszym zgrupowaniu dzielił z Massimo Ambrosinim. – Po kilku lekcjach we włosko-rosyjskim centrum kulturalnym, rozumienie języka nie sprawia mu problemu – mówił wówczas zdumiony pomocnik Milanu.

28 maja 2003 – Manchester, zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów

Image and video hosting by TinyPic

– Wiesz, że możesz zmienić przeznaczenie. Możesz wpłynąć na wszystko. Idziesz te 50 czy 60 metrów po to, aby wziąć piłkę i uderzyć na bramkę. Najważniejsze to ustawić się naprzeciwko niej i strzelić, z czystym umysłem. Po tej jedenastce nie pamiętam nic oprócz szczęścia i szalonej radości.

Bramkę w tym pierwszym i jak dotychczas ostatnim włosko-włoskim finale Ligi Mistrzów, zdobył już w doliczonym czasie gry. Została jednak anulowana. Arbiter dopatrzył się spalonego. Ostatecznie na tablicy wyników utrzymał się bezbramkowy remis i kwestię tytułu musiała rozstrzygnąć bezlitosna seria rzutów karnych. Szewa zdobył tego decydującego. Puchar Mistrzów podniósł Paolo Maldini. Dokładnie czterdzieści lat po swoim ojcu, również na angielskiej ziemi.

Wówczas Szewczenko, z piłkarza-pracownika, w oczach kibiców Milanu urósł do rangi kogoś mitycznego. Człowieka, który bez względu na wszystko będzie wspominany ze specjalnym sentymentem przez kilkadziesiąt następnych lat. Za sprawą tego jednego rzutu karnego, jak sam później mówił, spełnił się jako piłkarz. Przy okazji został też legendą Rossonerich.

13 grudnia 2004 – Paryż, triumf w plebiscycie „France Football”

– Tę nagrodę chciałbym zadedykować ludziom z mojego kraju. Wszystkim Ukraińcom. Wierzę, że to wielkie, globalne wyróżnienie będzie dla niektórych z nich choćby małym bodźcem. Mam nadzieję, że zmobilizuję do pracy młodych chłopców, marzących o zostaniu wielkimi piłkarzami – mówił zaraz po odebraniu nagrody.

Uroczystość, tradycyjnie odbyła się w stolicy Francji. Spowitym gęstą mgłą i pachnącym już przedświątecznymi wypiekami Paryżu. W batalii o to najcenniejsze indywidualne piłkarskie wyróżnienie pobił Brazylijczyków – Deco oraz Ronaldinho – zachowując słowiańską ciągłość. Rok wcześniej sięgnął po nie przecież nasz południowy sąsiad, Pavel Nedved.

Mistrzostwo Włoch, korona króla strzelców Serie A. Do tego nagroda za najpiękniejszego gola roku oraz dobre występy w reprezentacji Ukrainy. Ligi Mistrzów tym razem ustrzelić się nie udało, ale to, co osiągnął, wystarczyło w zupełności. Teraz, jako najważniejsze trofeum, trzyma ją w gablocie swojego domu w Londynie. Wszystkie pozostałe puchary przechowuje natomiast jego mama.

25 maja 2005 – Stambuł, nie strzelony karny i przegrany finał Champions League z Liverpoolem

Image and video hosting by TinyPic

– Mieliśmy naprawdę świetną drużynę. W Stambule zabrakło nam tylko wyniku. Widocznie takie było przeznaczenie – mówił niedługo po przegranym finale LM.

Niespełna dwa lata po fantastycznym triumfie samopoczucie Szewczenki obróciło się o równe sto osiemdziesiąt stopni. Wtedy zdobył tą przesądzającą jedenastkę. Był bohaterem. Następnym razem zawiódł w dokładnie tym samym punkcie. Dał ciała w najistotniejszym momencie. Mecz z Liverpoolem, który do pewnego czasu układał się nawet o niebo lepiej niż ten przeciwko Juventusowi, skończył się dla niego w najgorszy z możliwych sposobów. My zapamiętamy go jako triumf Jerzego Dudka i jego „rękę papieża”. Dla Ukraińca, znowu na opak, było to najbardziej traumatyczne przeżycie w karierze.

31 maja 2006 – Londyn, Przenosiny do Chelsea 

Image and video hosting by TinyPic

Nie tak dawno, podczas obszernego wywiadu, dziennikarz zapytał Szewczenkę o kulisy transferu do Londynu. Chciał zagłębić się w sprawę „powodów osobistych”, które były jego oficjalną przyczyną. W międzyczasie padło imię jego żony, jako winowajczyni tej niefortunnej przeprowadzki.

– Nieprawda. To była nasza wspólna decyzja. Kierowaliśmy się naszym wspólnym dobrem i lepszą przyszłością. Dla mojej rodziny lepiej było przeprowadzić się do Londynu. Moja żona to Amerykanka. Jeden z synów dorastał, drugi był w drodze… Szkoła, język… Przywiązywaliśmy do tego ogromną wagę. Anglia była lepszym rozwiązaniem. Włochy? Wielki kraj, który na zawsze pozostanie w moim sercu, ale nie widziałem tam szerszych perspektyw dla swojej rodziny. Gdyby nie kontuzje, to jestem pewien, że i moja sytuacja wyglądałaby inaczej. Transfer tam nie był błędem. Gdybym miał okazję przeżyć swoje życie jeszcze raz, zrobiłbym dokładnie to samo. Wszędzie staram doszukiwać się pozytywów – odpowiedział dynamicznie, z nutką delikatnego zdenerwowania.

Dla jego rodziny być może było i lepiej. Być może angielskie podstawówki są lepsze od włoskich. Na pewno. Faktem jest jednak to, że transfer do Chelsea zbiegł się z zapadnięciem Szewczenki w piłkarską śpiączkę. Niby ciągle grał, ale już nigdy nie tak jak wcześniej. Mózg pracował, nogi również, ale to wszystko było sztuczne, jakby podtrzymywane przez dodatkową aparaturę. Spadł z bardzo wysokiego konia. Może dlatego ciągle dokuczały mu kontuzje pleców, przez które nigdy nie wrócił już na dawny poziom?

Faktem jest, że jego kupno było kompletną klapą. Transferowym samobójem. Nic dziwnego, że dziennikarze brukowca „The Sun” mianowali Szewczenkę największą katastrofą dziesięciolecia.

29 sierpnia 2009 – Kijów, Powrót do Dynama 

Image and video hosting by TinyPic

– Kiedy przyjechaliśmy do Kijowa, od razu zabrałem żonę i dzieci na spacer. Zatrzymaliśmy się przed kościołem i mój starszy syn powiedział: „Mamo, tutaj jest naprawdę fajnie!”. Oni przyzwyczaili się do mojego piłkarskiego żywota. Wróciłem tu, skąd kiedyś wypłynąłem. Jestem innym, znacznie bardziej doświadczonym, ale opartym na tych samych fundamentach człowiekiem. Odszedłem z Chelsea, bo nie miałem ochoty przesiadywać na ławce, czy trybunach. Zawsze wiedziałem, że kiedyś wrócę do Kijowa. Miałem pięć czy sześć ofert z czołowych klubów, ale nie brałem ich na poważnie – mówił w wywiadzie udzielonym po zakwaterowaniu się w stolicy Ukrainy.

Po powrocie do ojczyzny, 33-letni Szewczenko nie zrobił jakiejś oszałamiającej różnicy. Niczego już nie zdominował. Zdobywał bramki, asystował, ale już bez charakterystycznego dla siebie blasku. Miał jednak mnóstwo luzu. Przez trzy lata, w ciszy i spokoju, mógł przygotowywać się do polsko-ukraińskich mistrzostw Europy, które miały być idealnym, do prawdy wymarzonym zwieńczeniem jego bogatej kariery.

11 czerwca 2012 – Kijów, dwie bramki strzelone Szwecji na Euro 2012

Image and video hosting by TinyPic

– Mistrzostwa na Ukrainie to moje marzenie. Od pięciu lat nie myślałem o niczym innym. To mój ostatni wielki turniej i nie chcę być tylko członkiem drużyny. Muszę zaprezentować najwyższy poziom. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby pomóc reprezentacji – mówił przed mistrzostwami.

Ukraina-Szwecja 2-1 euro2012 przez eurofan2012

Ukraina, choć grała całkiem nieźle, odpadła na tym samym etapie co beznadziejna reprezentacja PZPN. Dzień ich debiutu w czempionacie, był jednak dniem Szewczenki. Cała Europa przypomniała sobie, że zawodnik ten nadal istnieje i, co więcej, potrafi zdobywać bramki i przesądzać wyniki meczów na najwyższym poziomie. Te dwa, wbite Andreasowi Issaksonowi gole, były jedynymi trafieniami Ukraińców w całym turnieju. Nic więc się nie zmieniło. Król, tak jak przez kilkanaście wcześniejszych lat, był tylko jeden.

28 lipca 2012 – Kijów, koniec kariery i decyzja o zajęciu się polityką

– Być może niektórych zaszokuję, ale moja przyszłość nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Zajmę się polityką. Chciałbym poruszać tam tematykę sportu. Moje motto to „w zdrowym ciele, zdrowy duch” – powiedział kilka dni temu.

Szewczenko, podobnie jak kiedyś George Weah, Pele czy Romario, piłkarskie korki zamienił na rzecz opiętego garnituru i partyjnej teczki. Analogii pomiędzy futbolem a polityką, wbrew pozorom, jest jednak bardzo wiele. Nowy klub? Socjaldemokratyczna partia „Ukraina – Naprzód!”. Debiut? 27 października, powszechne wybory parlamentarne. Media zapowiadają, że liderka ugrupowania, Natalia Korolevska, oznaczy Szewę jednym z pierwszych pięciu numerków.

Wybór nietuzinkowy, ale zrozumiały. Szewczenko to bardzo inteligentny człowiek. Być może ma nadzieję, że pośród polityków odnajdzie kogoś na swoim poziomie. Cóż… Powodzenia. Jeśli na mównicy będzie chociaż w połowie tak dobry, jak na boisku, to Wiktor Janukowycz może powoli się pakować.

Reklamy

Posted on 17/09/2012, in 1. Weszło!, Andrij Szewczenko and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: