Category Archives: Juventus

Juventus mistrzem? Perche?

Po kilku bardziej czarnych, niż białych latach, Bianconeri wracają na należne im miejsce. Od początku sezonu utrzymują się w ścisłej czołówce Serie A. I, co w tym wszystkim najlepsze, nie ma mowy o jakimś przypadku, czy szczególnej hojności losu. Oni po prostu na to zasługują. W gronie najpoważniejszych kandydatów do mistrzostwa wymienia się jeszcze naszpikowany gwiazdami Milan oraz głodne zwycięstw Napoli. Dlaczego więc to właśnie Juventus może zagarnąć tegoroczne Scudetto?

Antonio Conte

– Możecie czepiać się dosłownie wszystkiego, łącznie ze mną. Apeluję jednak o pozostawienie w spokoju moich zawodników. Oni wszyscy są dla mnie jak bracia krwi – mówił z wyczuwalnym patosem na jednej z ostatniej konferencji prasowych szkoleniowiec Bianconerich.

Tą wypowiedzią trafił w samo sedno. O powodzeniach Juventusu w mniejszym stopniu decydują jego umiejętności. Ma w sobie jednak coś, co podnosi zawodników na duchu i, nawet w najtrudniejszych momentach, potrafi włożyć w ich ręce broń i pchnąć do walki. Oni natomiast, za jego waleczność w szatni i przy linii bocznej, odwdzięczają się niebywałym poświęceniem i głodem zwycięstw. – Główny atrybut Conte? Charakter. Coś, co sprawnie zabrał z boiska i przeniósł teraz do szatni. Jego niesamowita chęć wygrywania odbija się także i na nas – podsumowuje swojego przełożonego jego as, Claudio Marchisio.

Poprzedni trenerzy nierzadko przewyższali go doświadczeniem, które pośrednio przekłada się także na umiejętności i wypracowane metody. Tak Ranieri, Zaccheroni, Del Neri czy w końcu Ferrara, odeszli w niesławie. Nie podołali zadaniu. Zabrakło im nie tyle pomysłu, czy maestrii, co właśnie charakteru i poklasku w szatni. Osobowości i autorytetu.

Czy któryś z tamtych usadziłby na ławce Del Piero? Definitywnie wymazał ze swojej koncepcji Amauriego i Iaquinte? Nie widział miejsca dla Eljero Elii czy Milosa Krasicia, za których zapłacono w sumie prawie 25 milionów euro? Chyba nie. Jego decyzje można negować i sprzeczać się z ich słusznością, ale trzeba przyznać, że ma jaja. Nie jest skulonym w kącie, bojącym się poruszyć palcem parobkiem na folwarku o nazwie Juventus. Prędzej spakuje się i wyjedzie, niż wejdzie pod pantofel zarządowi, tak jak to mieli w zwyczaju jego poprzednicy.

Rozkwit talentu Claudio Marchisio

Vivente imperatore. Świadome przekazanie korony kolejnemu władcy, jeszcze za życia aktualnego. Podobny proces obserwuje całe włoskie środowisko piłkarskie. Marchisio, turyńczyk z krwi i kości, przejmuje pałeczkę po wielkim Alessandro Del Piero. W poprzednich sezonach jakby trochę się ociągał. Teraz, pod dowodzeniem surowego Antonio Conte, jego talent uwidocznił się bezsprzecznie. Włoch wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Futbolówka klei mu się do nogi, a on skrzętnie to wykorzystuje. Przed bieżącym sezonem założył się z ojcem, który przepowiedział mu przynajmniej dziesięć bramek w lidze. – Tato. Dziesięć goli w Serie A? Proszę cię… – skomentował z kpiną w głosie. W trwającym sezonie trafił już sześciokrotnie, dorzucając jedną asystę. Marchisio wyrósł na absolutnego lidera ciągle jeszcze krystalizującej się drużyny Starej Damy. Dorósł do tytułu turyńskiego imperatora.

Włoskie media porównują jego styl do tego, który prezentują legendarni wyspiarze – Steven Gerrard oraz Frank Lampard. Bardziej zagorzali patrioci dopatrują się w nim podobieństwa do świetnego przed laty pomocnika Bianconerich, Marco Tardellego. Ten kilka dni temu posłał w jego stronę przyjazny pokłon. – Fizycznie jesteśmy do siebie podobni no i nawet koszulka ta sama. Marchisio to jednak Marchisio, a nie nowy Tardelli. Rozmawiamy o wielkim piłkarzu i świetnym facecie. Być może ja byłem bardziej uniwersalny, ale w ogólnym rozrachunku to on jest lepszy – pochwalił pełniący rolę pomocnika Giovanniego Trapattoniego w sztabie reprezentacji Irlandii Tardelli.

Przyklaskują mu kibice, trenerzy, a nawet boiskowi rywale. Eksplozją jego talentu zachwycony jest cały piłkarski światek. – Staje się coraz lepszy. Nawet w chwilach, kiedy wydaje się, że osiągnął już szczyt formy. Jeśli już nim nie jest, to na pewno stanie się jednym z najlepszych rozgrywających na świecie – mówił ostatnio Daniele De Rossi. – Już możemy mówić, że osiągnął poziom europejski – wtóruje Marcello Lippi. Nic dodać, nic ująć. Gdzie źródło swojego rozkwitu dostrzega sam zainteresowany? – Przez lata gry zbiera się cenne doświadczenie i zaczyna wierzyć we własne możliwości. Zmieniliśmy sposób gry i przyniosło to oczekiwany skutek. Pochwały, które spadają na mnie w ostatnim czasie są bardzo przyjemne, ale należy pamiętać, że przede wszystkim jesteśmy drużyną. Dobre wyniki wynoszą nas wszystkich na wyżyny – skomentował. Trzeba przyznać, że oglądanie go w akcji to sama przyjemność.

Nowy stadion

Na zgliszczach znienawidzonego przez kibiców Juventusu, Stadio Delle Alpi, powstał przepiękny Juventus Stadium. Obiekt, w którym tifosi zadurzyli się od pierwszego wejrzenia. Z oczywistą wzajemnością. Na stadionowej mapie Włoch prezentuje się jak śnieżnobiała perła odbijająca światło na dnie ciemnego morza.

Bianconeri ligową frekwencją ustępują niby Interowi, Milanowi, Napoli czy Lazio, ale na nowym stadionie panuje atmosfera, która od wielu lat była we Włoszech jedynie zamglonym wspomnieniem. Obiekt ten po prostu tętni życiem. Zdaje się, jakby jego mury chciały krzyczeć razem z rozentuzjazmowanymi kibicami. Inne stadiony, chociaż zapełnione większą ilością widzów, wyglądają wyjątkowo ponuro. Są na wpół puste, a zasiadający na „curvach” ultrasi siedzą tak daleko, że niemal w ogóle nie słychać ich dopingu. W Turynie zbudowano obiekt stosunkowo niewielki, lecz zaprojektowany według angielskich standardów. Sympatycy mogą oglądać swoich ulubieńców z bliska. Nie potrzebne są im lornetki, które na mamucich obiektach w Rzymie czy Neapolu niejednemu znacznie ułatwiłyby śledzenie boiskowych wydarzeń. W Turynie podobne przyrządy optyczne przydadzą się co najwyżej do wypatrywania wolnych miejsc na trybunach.

Niespotykaną dotąd bliskość swoich pupilków czują też kibice. Za drobną opłatą każdy może zwiedzić szatnie, czy pokój przedmeczowych odpraw. Przestrzeń za zamkniętymi dotąd drzwiami penetrują też kamery telewizyjne, które towarzyszom piłkarzom na chwilę przed wyjściem na plac gry. Te i wiele innych niuansów przyczyniają się do tworzenia niebywałego feelingu pomiędzy drużyną, a jej sympatykami. Skoro klub otwiera się na kibiców, to oni odwdzięczają się mu zdartymi gardłami i pieniędzmi, które z kolei napędzają biznesowy kołowrotek. Piłkarze na własnym terenie wypracowali sobie bilans 5-2-0, a tifosi nie schodzą z frekwencją poniżej 35 tys. I wilk syty i owca cała.

Nowa-stara rola Giorgio Chielliniego

Weźmy go pod lupę. Wysoki, trudny do przepchnięcia i świetnie grający głową. Doskonały materiał na stopera. Grając właśnie na tej pozycji Chiellini, przez trzy lata z rzędu zdobywał nagrodę dla najlepszego broniącego ligi włoskiej. Strasząc na środku defensywy na lata ugruntował także swoją pozycję w Squadra Azzurra. Wszyscy już praktycznie zdążyli zapomnieć, że na początku kariery grywał na lewej stronie defensywy, a nawet na pozycji bocznego pomocnika.

W minionym sezonie, pod wodzą Luigiego Delneriego, zdarzało mu się tam pojawiać, lecz tylko chwilowo, z nagłej konieczności. Teraz piłkarz, uznawany za najlepszego włoskiego stopera, siłą został przesunięty na lewą stronę. Ofiarą przetasowań padł Paolo De Ceglie, który wygodnie zasiadł na ławce rezerwowych.

Na flance Chiellini może w pełni wykorzystywać swoją nieprzeciętną szybkość, która z całą pewnością wyróżnia go z tłumu nominalnych środkowych obrońców. Uchodzi za względnie surowego technicznie, ale nie potyka się o własne nogi. Pewne braki tuszuje walecznością oraz ambicją. W bieżącym sezonie przeprowadził już wiele ciekawych rajdów i ma na swoim koncie dwie asysty. Chociaż w nowej roli radzi sobie całkiem nieźle, to sam czuje się niekomfortowo i po cichu manifestuje swoje niezadowolenie. – Jestem zawsze do dyspozycji trenera i nie mam problemów z grą na boku. Nie sądzę jednak, żeby było to rozwiązanie definitywne. Jak trzeba, to trzeba – wzdycha.

Wypracowany styl gry

Tego, że poprzednie lata były dla Juventusu niegodne dostojnej nazwy i słynnych barw, specjalnie sygnalizować chyba nie trzeba. Brakowało odpowiednich piłkarzy, trenera i przede wszystkim stylu gry. Za kadencji Del Neriego Juventus zagrał kilka dobrych spotkań, lecz nawet wtedy koncepcja poruszania się po boisku była niejasna. Albo została tak skrzętnie zaszyfrowana, albo – co bardziej prawdopodobne – nie było jej wcale.

Dziś oglądanie Juventusu dostarcza kibicowi wiele wrażeń estetycznych. Nazywanie drużyny Conte włoską Barceloną przyprawia o mdłości, ale… w sumie coś w tym jest. Dużo podań w obrębie środka boiska, błyskotliwe wejścia bocznych obrońców i skuteczni napastnicy. To znaki charakterystyczne nowego Juve. Oprócz tego, że grają efektywnie, to na dodatek przyjemnie się ich ogląda. Bianconeri nie wałkują już włoskiej rąbanki. Preferują śmiałą wymianę ciosów. Zero catenaccio, maksimum zabawy i przyjemności. Jawny prztyczek w nos zafundowany krytykom calcio.

Druga młodość starych mistrzów

Gianluigi Buffon, Andrea Pirlo, Andrea Barzagli. Cała trójka zalicza się do kadry mistrzów świata z 2006 roku. Pierwszy z nich przez ostatnie sezony utrzymywał równą, przyzwoitą formę, ale jakby zapomniał o swoim nadprzyrodzonym kunszcie, którym zachwycał przed laty. Barzagliego rok temu działacze Wolfsburga oddali za śmieszne 300 tys. euro. Pirlo, chociaż nie trzeba było za niego płacić, swoim transferem nie doprowadził kibiców do ekstazy. Teraz, wszyscy jakby się zmówili. – Hej, zagrajmy tak jak za dawnych lat!

Gigi znów broni jak natchniony. W trzynastu rozegranych spotkaniach dał się pokonać tylko siedmiokrotnie. Lepszym bilansem może pochwalić się jedynie Samir Handanović z rewelacyjnego Udinese. Bacząc jednak na błędy, jakie zwykł popełniać Leonardo Bonucci, pomiędzy reprezentantami Włoch i Słowenii odpowiednie byłoby postawienie znaku równości. Podobnie Pirlo. Niby podstarzały, a jednak ciągle taki sam. Poruszający się po boisku jak wprawiona baletnica, dysponujący świetnym przeglądem pola i posyłający piłki z milimetrową dokładnością. Stary, dobry Pirlo. – Czułem potrzebę zwyciężania grając w innej koszulce. Juve chce powrócić na piedestał we Włoszech i w Europie. Podoba mi się to wyzwanie. Na razie nie możemy mówić o mistrzostwie. Należy pracować, twardo stąpając po ziemi – powiedział.

Największą niespodzianką jest jednak Barzagli, którego postawa w pewnym sensie wywarła na trenerze presję przesunięcia na lewo murowanego stopera, Giorgio Chielliniego. Mało tego. Dzięki świetnej i – co najważniejsze – równej grze, po trzech latach przerwy, doczekał się powrotu do reprezentacji Włoch.

Środek pola

Defensywa solidna, ale niewątpliwie mająca słabe punkty. Atak bardzo przyzwoity, aczkolwiek nie powalający na kolana. Pomoc? Wykwintna. Claudio Marchisio, Andrea Pirlo oraz Arturo Vidal są nieprzeciętnymi zawodnikami, ale swoją realną siłę prezentują dopiero zestawieni w tercecie. Ich umiejętności i predyspozycje zazębiają się jak w mechanizmie najwyższej klasy zegarka.

O Marchisio pisałem już wcześniej, więc nie ma co się powtarzać. Zawodnik niezbędny w konstruowaniu akcji ofensywnych. Posiada umiejętności, którymi nie może poszczycić się żaden inny zawodnik z aktualnej kadry Juve. Pirlo natomiast to już nie profesor, a piłkarski doktor. Ich dwóch wszyscy we Włoszech znają już jednak od dawna. Miłym zaskoczeniem jest natomiast postawa sprowadzonego z Bayeru Leverkusen Vidala. Przyszedł i z miejsca przebił się do pierwszej jedenastki. Na boisku haruje za trzech. Bez przerwy kursuje od bramki do bramki. Nie bez powodu dziennikarze nazwali go „il guerriero”, czyli żołnierzem. – Podoba mi się ta drużyna. Biega i pragnie zwycięstw, zupełnie jak ja. Nie mogłem trafić lepiej – mówi z uśmiechem.

Pożegnalny sezon Alessandro Del Piero

Jedni zgadzają się z tym bardziej, inni tę tezę negują. Upływającego czasu wykiwać się jednak nie da. Del Piero jest jak przybysz z innego wymiaru. Człowiek-pomnik ostatnich kilkunastu lat wielkiego klubu. Zawodnik, który nigdy nie odpuszcza. Tak poza boiskiem, kiedy niejednokrotnie odrzucał możliwość wyjazdu gdziekolwiek poza Turyn, a także na nim. Teraz jego piłkarska gwiazda gaśnie na oczach wszystkich. Jest to proces na który patrzy się ze szczególną przykrością. Antonio Conte, z którym niegdyś grał w jednej drużynie, traktuje go jak wchodzącego do drużyny młodziaka. Del Piero – wielki piłkarz, wielki człowiek, przykład piłkarskiego profesorstwa – wchodzi na końcówki spotkań. Wygląda to tak, jakby jego legenda robiła teraz za nowego mopa klubowej sprzątaczki. On sam, chociaż nie może pogodzić się z rolą rezerwowego, do końca jednak pozostaje przykładem romantycznego, oddanego swojej pasji i klubowi piłkarza.

– Jestem szczęśliwy z tego, co prezentujemy w lidze. Cieszy mnie również to, że w środku, pomimo wieku, nadal pali się we mnie ogień ambicji. Siedzenie na ławce rezerwowych sprawia mi wiele bólu. Scudetto? Przed nami jeszcze wiele do zrobienia. Musimy wykorzystać cenne doświadczenie, które zebraliśmy w minionych sezonach. Bez względu na to, czy gram mało, czy w ogóle, cały czas czuje się jednak kapitanem tego zespołu i to jest dla mnie najważniejsze – powiedział „Il Capitano” w jednym z ostatnio udzielonych wywiadów.

Conte nie ma wyjścia. Do zdobycia mistrzostwa potrzebni są młodsi, żywotniejsi i sprytniejsi. Umiejętności i futbolowej klasy nikt Del Piero nigdy nie odmówi, ale ma on już trzydzieści siedem lat. Wiek, jak na napastnika, skrajnie starczy. To, że nadal utrzymuje formę i jest w stanie w ogóle wybiec na boisko, zawdzięcza nienagannemu prowadzeniu się przez całą swoją karierę. Teraz jego obecność w drużynie ma inny wymiar. Następuje przekazanie pałeczki młodszemu pokoleniu. Wielki Alex odchodzi w cień i z całą pewnością chciałby zwieńczyć koniec swojej przygody z Juventusem czymś przełomowym. Pierwsze, po karach, degradacjach i upokorzeniach Scudetto, byłoby idealnym zakończeniem pięknej sagi. Chociaż Del Piero zdobyłby je już bardziej jako mentor, to z pewnością smakowałoby mu ono lepiej, aniżeli najbardziej wykwintne włoskie wino.

Reklamy
%d blogerów lubi to: