Category Archives: Stevan Jovetić

Czarnogórskie diamenty rozstrzelają kadrę PZPN? Sylwetki Mirko Vucinicia i Stevana Joveticia

Grają pod banderą tego samego kraju. Śpiewają ten sam hymn, całują to samo godło. Są jednak zupełnie inni. Na pewno łączy ich to, że strzelają bramki w tej samej lidze i naprawdę wiedzą na czym polega gra w piłkę. I jeszcze coś. W piątek obydwaj wybiegną w składzie na mecz z PZPN-owcami. Pośród niezbyt imponujących nazwisk czarnogórskich piłkarzy odnajdziemy dwa takie, które powinien znać każdy, nawet niedzielny kibic. Mirko Vucinić i Stevan Jovetić. Zawodnicy z maleńkiego państewka, prezentujący klasę, którą w szatni naszej reprezentacji nie pachnie od czasów dinozaurów.

Cofamy się o jedenaście lat. Młodziutki Vucinić aklimatyzuje się w zespole Lecce. Raz na jakiś czas, sporadycznie otrzymuje szansę występu w Serie A. Większość czasu spędza jednak pomiędzy rówieśnikami, w zespole Primavery. Na co dzień mieszka w ośrodku Pastor Bonus, który – jak naprowadza nas sama nazwa – ma charakter religijny. Modlitwa, nauka i piłka. Podczas meczu przeciwko młodziakom Ancony, Mirko skrupulatnie wpajane mu zasady moralne zamknął w szafce klubowej szatni. Zrzucił skórę potulnego baranka i pokazał swoje rdzenne, typowo bałkańskie oblicze.

KLIKNIJ I PRZECZYTAJ NASZ POPRZEDNI TEKST O REPREZENTACJI CZARNOGÓRY >>

Kiedy arbiter nie gwizdał po myśli jego i kolegów z drużyny (ponoć sędziował naprawdę do kitu), młody Vucinić postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Z jego ust posypały się mocne, bardzo mocne słowa. Ponoć pojawiła się nawet groźba śmierci. Gorliwy sędzia rzecz jasna zawarł odpowiednią notatkę w pomeczowym sprawozdaniu. Decyzją federacji Vucinić został zdyskwalifikowany na trzy miesiące, chociaż pierwotnie wymierzono mu cztery.

Jedynym człowiekiem, który wstawił się za nim wszystkimi swoimi siłami był pewien makaroniarski grubasek. Nazywał się Pantaleo Corvino. Był ówczesnym dyrektorem sportowym Lecce. – Spokojnie, to pewnie przez nieznajomość języka włoskiego. Jego nauka nie idzie mu zbyt dobrze – błagalnie tłumaczył swojego pupilka. To on odkrył go wśród setek chłopaków z Bałkan, gdzie miał szerokie znajomości. Później na przykład dostrzegł jeszcze talent w Waleriju Bożinowie czy Dymitarze Berbatowie, który jednak w ostatniej chwili odrzucił ofertę Lecce i zdecydował się na Bayer Leverkusen. Vucinicia wyhaczył na jednym z turniejów na Sardynii. Uruchomił kontakty i sprowadził za 800 milionów lirów, czyli niecałe pół miliona euro.

Od tej pory stał się jego drugim ojcem. Po wybryku z sędzią zafundował mu prawdziwą szkołę przetrwania. Taką, po której wielu odechciałoby się żyć. Corvino odesłał go pomiędzy juniorów, chociaż wcześniej trenował już z pierwszą drużyną. Mało tego. Dał mu klucze do siedziby klubu. Każdego ranka, o wpół do dziewiątej, musiał być na miejscu i otworzyć wszystkie biura. Zostawał tam do południa, a potem zaczynały się treningi. W praktyce siedział tam do samego wieczora. – To był dla mnie najtrudniejszy moment. Dziś mogę jednak powiedzieć, że mimo wszystko na tym skorzystałem. Nigdy nie przestanę mu za to dziękować. Więcej podobnych błędów już nie popełnię – zarzekał się dwa lata po zajściach.

Drugiemu z dzisiejszych bohaterów podobne występki nawet nie przeszłyby przez myśl. Z Bałkanami łączy go niewiele poza nazwiskiem. Charakter bowiem ma typowo północny. Niezwykle zrównoważony, grzeczny. Właśnie taki jest Stevan Jovetić. Słodziutki aż do porzygu. Nie tak dawno, podczas jednego z wywiadów dziennikarka zapytała się go co robi, kiedy nie trenuje. – Bardzo rzadko wychodzę z domu. Dyskoteki? To nie dla mnie – odpowiedział, czerwieniąc się. Kiedy był mały, rodzice próbowali zarazić go czymś innym niż futbol. Kupowali mu góry różnych zabawek. Jego ulubioną, odkąd pamięta, zawsze pozostawała zwykła piłka. Jest bardzo sentymentalny. Nigdy nie rozstaje się z łańcuszkiem, który w dniu chrztu otrzymał od swojego ojca chrzestnego. Całuje go przed każdym wyjściem na boisko.

Vucinić, jako dzieciak, zdobył tytuł mistrza świata do lat 16. i tytuł najlepszego zawodnika tego turnieju. To jednak nie on, a jego młodszy kolega został okrzyknięty cudownym dzieckiem, zanim jeszcze kopnął piłkę w poważnej lidze. Jako dzieciak grał i kumplował się z synem świetnego niegdyś zawodnika, Dejana Savicevicia. On, były gracz Milanu, polecił Joveticia do Crvenej Zvezdy, gdzie uznano go jednak za jednego z wielu. Niewyróżniającego się niczym nadzwyczajnym. W ten sposób trafił za miedzę, w szeregi ich największego rywala – Partizana Belgrad. Na swoją koszulkę wybrał numer osiem, który później zabrał ze sobą do reprezentacji, a potem do Florencji. To nie przypadek. Trykoty z tą samą cyfrą ubierali jego idole – wspomniany Savicević i Sinisa Mihajlović. Jako wzór do naśladowania zawsze traktował jednak Andrija Szewczenkę.

Potem nastąpiła prawdziwa eksplozja talentu. Zainteresowało się nim pół kontynentu, z Realem Madryt i innymi największymi klubami na czele. Partizan podyktował jednak absurdalną kwotę odstępnego, której nie kwapili wydawać się nawet tacy mocarze. Na zamieszaniu skorzystała Viola i niedługo potem odkupiła go za 8 milionów euro. Kto stał za transferem? Pantaleo Corvino. Dokładnie ten sam, który osiem lat wcześniej dopinał transakcję Vucinicia. – Fiorentina była moim przeznaczeniem. Pamiętam, że za czasów mojej gry w Belgradzie zbierałem na komórce bramki Gabriela Batistuty – mówił zaraz po przenosinach do Florencji.

Jovetić ma teraz status piłkarza klasy światowej. Po odejściu najjaśniejszej z gwiazd Serie A, Zlatana Ibrahimovicia, jego blask zdecydowanie przybrał na sile. Latem starały się o niego tabuny menedżerów. Od Anglii, poprzez Hiszpanię, na Włochach kończąc. Podjął zaskakującą decyzję o pozostaniu. Zdecydował, że zaufa nowemu trenerowi, Vincenzo Montelli. Że zaufa Fiorentinie. Klubowi, który w najtrudniejszych chwilach wyciągnął do niego pomocną dłoń i go nie skreślił. W pewnym sensie czuł się ich dłużnikiem.

Pobudka o 9:30. Pół godziny później rozpoczynała się praca na siłowni i trwała aż do 18:00. Sześć dni w tygodniu. Tak wyglądał plan Joveticia podczas rehabilitacji w Niemczech. Po miesiącu, kiedy praca zaczęła przynosić oczekiwane rezultaty, został odesłany do domu, gdzie i tak minimum trzy godziny dziennie musiał poświęcić na ćwiczenie rozklekotanego kolana. Upór, wewnętrzna siła i determinacja sprawiły, że po blisko dziesięciu miesiącach przerwy wrócił do gry. Z pomocą swojej rodziny, po dwóch skomplikowanych operacjach pokonał zerwane więzadła krzyżowe.

Zadaniem obydwu Czarnogórców jest strzelanie goli, chociaż pod bramką zachowują się zupełnie inaczej. Jovetić jest pedantyczny. Pragnie wymuskać piłkę, wypieścić ją. Analizuje wszystkie możliwe rozwiązania i najczęściej wybiera to najefektywniejsze. Vucinić z kolei bywa roztrzepany i nonszalancki. Potrafi zdobyć piękną bramkę po koronkowej akcji, potrafi uderzyć z dystansu. Czasem zdarza mu się jednak nie zachować zimnej krwi i chybić na pustą bramkę. Albo minąć trzech przeciwników, przebiec z piłką kilkadziesiąt metrów i stracić ją w najgłupszy z możliwych sposobów. Jego boiskowe nieudolności doczekały się nawet specjalnej kompilacji.

Czasem, kiedy już uda mu się trafić do bramki, robi dziwne rzeczy. Na przykład podczas rozegranego w Podgoricy spotkania Czarnogóry ze Szwajcarią. Jego epicka cieszynka z tamtego meczu na stałe zapisała się w historii.

Czego życzyć panom w biało-czerwonych trykotach? Może żeby Jovetić uciął sobie popołudniową drzemkę i zapomniał poprosić mamę, aby go obudziła? A żeby Vucinić zabalował, co potrafi jak mało kto i o meczu z Polską zwyczajnie zapomniał? Nie no, bez przesady. Niech przyjdzie. Jeśli reprezentacja PZPN utrzymała formę sprzed kilku tygodni, to mógłby strzelać im bramki nawet po pijaku. Byleby tylko nie ściągał gaci.

%d blogerów lubi to: