Piłkarze wychodzą z cienia swoich kibiców. Salernitana jak feniks z popiołu

Śmierć klubu? Cholernie przykra sprawa. Dla kibica to jak utrata najbliższej mu osoby. Bezsilność, uczucie pustki. Człowiek przeżywa, rozpacza. Nieraz, choćby nie wiem jakim był twardzielem, zalewa się łzami. Życie traci kolory, a okoliczne sklepy monopolowe odnotowują dynamiczny wzrost obrotów. Klub, jak feniks, potrafi się jednak odrodzić. Wygramolić z popiołów i przy odrobinie szczęścia zaświecić raz jeszcze. Jest taki jeden, do którego fortuna nie obróciła się plecami. Ba, wyrżnięcie mordą o grunt, jak na razie, wychodzi mu na dobre. Nazywa się niezbyt medialnie, a jego stadionowe gabloty świecą pustkami. W niektórych kręgach budzi jednak ogromny respekt. Gdzieniegdzie traktowany jest na równi z największymi. Nazywa się Salernitana.

Przez prawie sto lat, od momentu powstania, w tabeli włoskiej Serie A jej nazwa widniała tylko dwukrotnie. Za każdym razem w czerwonej obwódce oznaczającej bilet powrotny na zaplecze. W obydwu przypadkach do utrzymania brakowało jednego, malutkiego punkciku. Pierwszy raz, w czasach jeszcze trącących wojną, pod koniec lat czterdziestych. Na następny rok pośród włoskich tuz, kibice z Salerno musieli przeczekać ich aż pięćdziesiąt. Grający tam wówczas zawodnicy – Gennaro Gattuso, Marco Di Vaio czy David Di Michele – noszą nazwiska, które mieszkańcom tego malowniczo położonego, portowego miasta na południu Italii zawsze kojarzyć się będą z największymi sukcesami. Szczególnym, fanatycznym sentymentem bezustannie, mimo upływu lat, darzy się tam trenera Delio Rossiego, który właśnie w Salerno nabył swój przydomek „Il Profeta”, czyli prorok.

Pierwsza liga odleciała, najlepsi piłkarze wyjechali. Minęło trzynaście lat, a Salerno nie zniknęło z futbolowej mapy Europy. Klub błądzi po niższych klasach rozgrywkowych, a mały, umiejscowiony tuż pod Neapolem punkcik, ciągle tli się jasnym światełkiem. Czym sobie na to zasłużył? Właśnie wtedy, w czasie sezonu 1998-99, Salernitana, mimo błyskawicznego spadku, pozostawiła po sobie ślad, który nie zniknął aż do dziś. Zaprezentowała światu swoich ultrasów. Choreografie, które, chociaż wypływały z niewielkiego miasta, spod dłuta kibiców malutkiego klubu, wprawiały w kompleksy największe europejskie tuzy.

Od tamtego czasu klub balansował pomiędzy drugą, a trzecią ligą. Przez kilkanaście lat dwukrotnie bankrutował i czterokrotnie zmieniał swojego właściciela. Pierwszy z nich, Antonio Lombardi, obiecywał kibicom gruszki na wierzbie. Trzyletni plan był szczytny i zakładał awans do Serie A. Skończyło się na głośnym spadku do trzeciej ligi, nie wypłacaniu pensji i nienawiści kibiców, która trwa zresztą do dziś.

Image and video hosting by TinyPic

Kibice Salernitany musieli oglądać, jak ich klub leją wszyscy możliwi przeciwnicy z Serie B. Na domiar złego, w wyniku zawału serca, w tym samym czasie odszedł od nich jeden z prekursorów ruchu kibicowskiego w Salerno. „Il Capo degli Ultras” – Carmine Rinaldi, znany jako „Il Siberiano”. Fakt ten, chociaż na chwilę, nawiązał do pięknych, starych czasów. Kilka tysięcy ludzi zebrało się na podupadającym, nieczynnym już Stadio Vestuti, aby oddać mu ostatni hołd. Było to miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Historia zatoczyła koło. Od niedawna imię „Il Siberiano” nosi trybuna curva sud, zajmowana przez ultrasów na Stadio Arechi.

Image and video hosting by TinyPic

Kolejnym, bodaj najbarwniejszym prezesem Salernitany w historii, był Amerykanin, Joseph Cala. W mieście powitano go jak wybawiciela. Urzekł wszystkich. Po części za sprawą szarmanckiego, angielskiego akcentu i niepowetowanemu urokowi osobistemu, po części dzięki swoim bajkowym obietnicom. W ich skład wchodziły między innymi plany budowy jednego z najnowocześniejszych w Europie centrów szkolenia młodzieży, czy błyskawiczne wejście na amerykańską giełdę. Ponadto, co naturalne, uregulowane miały zostać należności wobec piłkarzy i członków sztabu szkoleniowego. Ostatecznie jego dolary powąchało tylko kilku zawodników. Cala zorientował się, że przedsięwzięcie przerasta go finansowo i po dwóch tygodniach najzwyczajniej uciekł. Oficjalnym powodem takiej decyzji było rzekome nękanie go przez Camorrę, którą miał nasłać jeden z zawodników. Na początku lipca tego roku wykupił pakiet większościowy piątoligowego Calcio Lecco. Cel? Oczywiście Serie A.

Image and video hosting by TinyPic

Potem, chcąc nie chcąc, na stołek prezesa znowu wczołgał się linczowany Lombardi, ale wraz z końcem sezonu spadł z niego definitywnie. Salernitana doszła nawet do finału Play-off o awans do Serie B, ale tam musiała uznać wyższość piłkarzy Hellasu Werona. Pogrążony w niebotycznych, sięgających piętnastu milionów długach klub, skazany był na likwidację i karne zesłanie pośród amatorów. Wtedy do akcji wkroczył duet, którego w Salerno tak naprawdę nikt nie oczekiwał. Budowę nowego tworu na zgliszczach zlecono panom Claudio Lotito i Marco Mezzaromie. Ludziom, którzy pokrętne realia włoskiej piłki znają jak własną łazienkę. Pierwszego bardziej zorientowani kibice powinni kojarzyć jako ekscentrycznego i nieokiełznanego prezesa Lazio. Stanowisko to utrzymuje zresztą do dziś. Kuzyn drugiego jest natomiast aktualnym właścicielem pierwszoligowej Sieny.

W ten sposób powstał projekt o mdłej nazwie Salerno Calcio, który na dziesięć miesięcy podzielił salernitańskich kibiców. Część postrzegała go jako nowotwór, godzący w bijące od dziewięćdziesięciu trzech lat serce Salernitany. Ci bardziej cierpliwi widzieli w nim tylko chwilowe przepoczwarzenie ukochanego klubu. Wszystkich łączyło jednak jedno, patetyczne hasło. „Senza passato non c’e futuro”. Bez przeszłości nie ma przyszłości. Symbol – konik morski. Podobnie bordowy kolor koszulek i historyczna nazwa. Wszystko, co dla kibiców najświętsze, plątało się pośród tysięcy sądowych teczek. Salernitana, jako firma, była zahibernowana. Poddawano ją mozolnemu procesowi upadłości. I tak koszulki Salerno Calcio pokolorowano a’la Barcelona, a w herbie, zamiast klasycznego morskiego żyjątka, swoim piórkiem wywijał patron miasta, Św. Mateusz.

Serie D, w której wylądowali, mogła wydawać się spacerkiem. Było zupełnie inaczej. Gra przeciwko jedenastu drwalom nie byłaby lekka i przyjemna nawet dla Leo Messiego. Do Salerno sprowadzono jednak piłkarzy z drugo i trzecioligową przeszłością, którzy nie mieli prawa zawieść. W grę wchodził wyłącznie awans. Udało się. Piłkarze stanęli na wysokości zadania, ale tradycyjnie przyćmili ich kibice. Byli podzieleni, ale co z tego? Na każde spotkanie przychodziło ich przynajmniej kilka tysięcy. Gdyby skonstruować tabele na podstawie frekwencji, Stadio Arechi znalazłoby się w połowie stawki Serie B, czyli trzy ligi wyżej. Spotkanie przesądzające o awansie rozegrali przeciwko zdezorientowanym i odurzonymi hukiem oraz kibicowskim rozmachem amatorom z Monterotondo. Mecz ten oglądało ponad 12 tys. widzów. To absolutny rekord Serie D.

Swoje odcierpiał też Claudio Lotito, który ścigany przez jednego z piłkarzy, po długim, sprinterskim biegu, złapał zająca na środku boiska.

Pomimo awansu i powrotu do grona profesjonalistów, uśmiech kibiców był raczej kwaśny i niejednoznaczny. W głowach wszystkich ciągle dudniło to samo hasło. „Rivogliamo la Salernitana”. Chcemy znów Salernitany – krzyczeli przez dziesięć miesięcy. Na stadionach, w barach, na mieście… Wszędzie gdzie tylko się da. Żeby nie zapomnieć o tym, co jest prawdziwym symbolem klubu, w 93. rocznicę jego powstania zorganizowano akcję „Granata Day” i przystrojono miasto konikami morskimi i bordowymi chorągiewkami. Wszystkiego tego, z narastającą, fanatyczną wręcz niecierpliwością oczekiwano na koszulkach zawodników.

Zarząd zapowiadał, że chce przywrócić kibicom ich wieloletnie dziedzictwo. Problem tkwił w biurokracji, która we Włoszech jest prawdopodobnie jeszcze bardziej zawiła niż u nas. Na początku lipca w mediach pojawiały się informacje, jakoby prezes Lotito negocjował odkupienie klubowych dóbr z jego poprzednim właścicielem. Kilka dni później transakcja została dopięta na ostatni guzik. Miejsce nielubianego Salerno Calcio zajęła US Salernitana 1919. Klub zdecydowano nazwać dokładnie tak samo, jak u kolebki jego istnienia.

Teraz futbol w Salerno ma wiele atutów ku temu, aby nawiązać do swoich najlepszych czasów. Zapowiadany w ciągu kilku najbliższych lat powrót do Serie A nie jest słodkim pierdzeniem. Nie tym razem. Salernitana wychodzi z podziemi. Nareszcie już nie tylko na trybunach, ale również w tabelach i statystykach. Całkiem możliwe, że za trzy czy cztery sezony, także tych pierwszoligowych. Tak jak wtedy, ponad trzynaście lat wstecz.

Elegancki konkwistador znów podbił Europę. Kolejny sukces Vicente Del Bosque

Jako trener, na tym najwyższym poziomie, nie pracuje jakoś wyjątkowo długo. Ma jednak wrodzoną cechę zamieniania wszystkiego, co dotknie w szczerozłoty kruszec. Urodzony w koronie. Tam, gdzie nie udawało mu się na ławce trenerskiej, wygrywał poza nią. Zawsze z ogromną klasą. Taki jest Vicente Del Bosque. Człowiek, który sprawił, że futbol już nigdy nie będzie taki sam.

To fenomen. Gigant reprezentacyjnej piłki. Niszczący praktycznie wszystkich przeciwników. Jednak nie w sposób bezlitosny, a z wyraźną dozą subtelności i gracji. Konkwistador, ale inny od tych, o których uczyliśmy się na lekcjach historii. Del Bosque, choćby jego drużyna zwyciężyła i dziesięcioma bramkami, podszedłby do przeciwnika i z uśmiechem pogratulował mu wytrwałości. Wychodzi z dumnego i pełnego patosu założenia, że „wizerunek trenera jest wizerunkiem kraju”. Jego charakter i inteligencja nie dla wszystkich były jednak sprzyjające. Ktoś kiedyś poczuł się zagrożony, bo nagle, mimo posiadania wypchanego do granic możliwości konta bankowego, zrobił się przy nim śmieszny i malutki.

– Czasami, nawet pomimo zwycięstw, potrzebne są zmiany. Profil Del Bosque jest jednolity. Szukamy kogoś, kto położy większy nacisk na taktykę, strategię gry i przygotowanie fizyczne. Jeśli mam być szczery, to powiem, że przejawiał on już oznaki wyczerpania i nie wyglądał na trenera przyszłościowego. Wierzymy, że drużyna będzie mocniejsza pracując dla szkoleniowca o innym charakterze – zakończył konferencję prasową i uśmiechnął się do zgromadzonych dziennikarzy.

Pięć minut później zapewne, na znak swojego tryumfu, odpalał kubańskie cygaro, popijając zimną whisky. To był Florentino Perez. Ówczesny i teraźniejszy prezes Realu Madryt. Stwórca jednej z najlepszych drużyn w historii klubowej piłki – Los Galacticos. W skład gwiazdozbioru wchodzili Fernando Hierro, Roberto Carlos, Luis Figo, Zinedine Zidane, Raúl… Pereza bolało to, że na ławce trenerskiej siedzi zwykły szarak. Gość, który miał wpaść tylko na pięć minut. Dociągnąć sezon do końca i ustąpić miejsca o wiele bardziej uznanemu nazwisku. W wyobrażeniach prezesa miał to być Fabio Capello albo Jose Antonio Camacho. Del Bosque odniósł jednak nieoczekiwany sukces i z początku głupio było go wyrzucać. Przez cztery lata ugrał dwa mistrzostwa Hiszpanii, tyle samo Pucharów Europy, Superpuchary Hiszpanii i Europy oraz Puchar Interkontynentalny.

Image and video hosting by TinyPic

– Nasza dominacja na kontynencie jest niekwestionowana – mówił w tamtym czasie. I z krystalicznie czystym sumieniem mógł wypowiedzieć te słowa jako ostatni trener Realu Madryt. Chociaż od tamtego czasu minęło prawie dziesięć lat, żaden z kolejnych szkoleniowców nie miał prawa ich powtarzać. Nawet wielki Jose Mourinho.

W 2003 roku, po przerywniku zwanym Valencią, Real świętował odzyskanie tytułu mistrza Hiszpanii. W stadionowych kuluarach było wówczas jednak jeszcze goręcej niż na rozentuzjazmowanych trybunach Santiago Bernabeu. Skłócony z zarządem kapitan, Fernando Hierro, buntował drużynę przeciwko górze. W pewnym momencie piłkarze odmówili nawet tradycyjnego fetowania na madryckim rynku. Ostatecznie, po godzinnej debacie, udało się ich przekonać, ale wiadomym było, że krwawo stłumiony bunt pociągnie za sobą trupy.

Del Bosque zarzucano, że foruje gwiazdy i nie daje szans młodym zawodnikom. Był też skonfliktowany z Fernando Morientesem, który większość czasu przesiadywał na ławce rezerwowych. W pewnym momencie hiszpański gwiazdor nazwał swojego trenera skurwysynem. Wydawało się jednak, że dobre wyniki zatuszują wszystkie niesnaski i niedoskonałości.

Niecałe czterdzieści osiem godzin po zdobyciu mistrzostwa było wiadomo, że kontrakty Fernando Hierro i Vicente Del Bosque nie zostaną przedłużone. Na nic zdały się protesty kibiców. Obaj zostali potraktowani równie podle. Wyrzuceni na zbity pysk, pomimo tak rozlicznych zasług. Pierwszy – kapitan i legenda zespołu. Drugi – fantastyczny szkoleniowiec, pod którego batutą Real wygrał 104 ze 186 rozegranych spotkań. Wcześniej ubierał jeszcze białą koszulkę jako piłkarz, by potem przez wiele lat pracować w madryckiej fabryce talentów. – Informowanie mnie o utracie pracy w pustym korytarzu o godzinie 23., to chyba nie najlepszy sposób – rzucił na odchodne.

Perez wychodził z założenia, że jego klub jest na tyle galaktyczny, że pozostałby niezwyciężony nawet, gdyby na ławce trenerskiej zasiadała jego sprzątaczka. Przeliczył się i to bardzo. Odchodząc, Del Bosque, niepostrzeżenie ukrył w swojej kieszeni patent na wygrywanie. Gabloty Realu, na kilka lat, ogarnęła susza.

W Besiktasie, który był jego następnym i jak dotychczas ostatnim prowadzonym klubem, najzwyczajniej zawiódł. Odpadł z Pucharu UEFA, dał się wyeliminować z Pucharu Turcji i w konsekwencji został wyrzucony. Czego nie wywalczył na boisku, odbił sobie jednak gdzie indziej. Wszystko za sprawą gigantycznego, sięgającego prawie pięciu milionów euro, odszkodowania, spowodowanego przedwczesnym zerwaniem kontraktu.

Za sterami reprezentacji Hiszpanii zasiadł w 2008 roku, chociaż miał taką sposobność już cztery lata wcześniej. Po fatalnym dla jego rodaków Euro 2004 złożono mu propozycję zastąpienia Inakiego Saeza, którą zdecydował się jednak odrzucić. Dwa lata później „Nie, dziękuję” powiedział też federacji meksykańskiej. Czuł się gotowy na wykorzystanie swojej szansy podczas pracy z La Roja. – Pragnę zachować styl, który doprowadził do największego w historii rozkwitu hiszpańskiej piłki. To pokolenie jest grupą zwycięzców – mówił na swojej pierwszej konferencji prasowej w roli selekcjonera.

Dotrzymał słowa. Dalszą, tę bajkową, część tej historii wszyscy doskonale znamy… Splendor, tytuły… Nigdy, przenigdy jednak nie zaatakował żadnego z tych, którzy kiedyś postawili na nim krzyżyk, a było ich wielu. Były chwile, kiedy wyjście na balkon swojego madryckiego domu, z którego widać centrum treningowe Realu, ściskało za gardło i sprawiało mu ból. Kiedy pojawiłby się tam dziś lub jutro, jego myśli zagłuszyłyby napływające z dołu na jego cześć oklaski i wiwaty. W stronę Santiago Bernabeu może, w swoim stylu, co najwyżej posłać tylko wystarczająco wymowny, serdeczny uśmiech.

Gianluigi Buffon. Mistrz zrodzony z rozpaczy

Płacz. Wszystko zaczęło się od niemożliwego do powstrzymania bólu i płaczu. Równo dwadzieścia dwa lat temu – co do jednego dnia – z rozgrywanego we Włoszech mundialu odpadła reprezentacja Kamerunu. Trzymali się co prawda całkiem dzielnie, ale ostateczny cios, już w doliczonym czasie gry zadał Anglik, Gary Lineker. Italia grała dalej, ale pewnego 12-letniego Włocha, o dziwo, bardziej od Azzurrich interesował los Nieposkromionych Lwów. Kiedy zostali wyeliminowani, nie mógł powstrzymać łez. Był to Gianluigi Buffon.

Podziwiał Kameruńczyków. Za to, że w fazie grupowej pokonali wielką Argentynę. Za to, że później wyrzucili za burtę Kolumbijczyków. Urzekła go ich gra, determinacja i wola walki, jaką emanowali. Młodemu Buffonowi szczególnie w pamięć zapadł golkiper, Thomas N’Kono. Piłkarz, który zupełnie nieświadomie, podczas czynienia standardowych bramkarskich powinności, zmienił bieg historii. To jego świetna gra dała później Włochom i całemu światu przyjemność oglądania jednego z najlepszych bramkarzy na świecie. – Rzeczywiście, całym sercem kibicowałem Kamerunowi. N’Kono był ich najlepszym, totemicznym zawodnikiem. Po oglądaniu jego popisów jakby trafił we mnie piorun. W jednej chwili postanowiłem stanąć w bramce. Najpierw grałem z przyjaciółmi i wychodziło mi to całkiem nieźle. Kilka miesięcy później, już jako golkipera, sprowadziła mnie Parma – wspomina swoją młodość.

Image and video hosting by TinyPic

Nigdy wcześniej nie myślał o tym, aby być bramkarzem. Jak każdy młody chłopak pragnął zdobywać bramki. Czarować zwodami, być gwiazdą nie schodzącą z ust kibiców. I, co ciekawe, miał ku temu pewne predyspozycje. Jako pomocnik imponował warunkami fizycznymi. Miał solidne uderzenie z dystansu, strzelał sporo goli. Dotąd niepotwierdzona przez nikogo obiegowa legenda głosi nawet, że młodziutkim Buffonem-trequartistą, w pewnym momencie zainteresowali się wysłannicy Interu. Oferta Nerazzurrich miała zostać jednak odrzucona przez jego rodziców. Oni również byli sportowcami i to nie byle jakimi.

Matka – trzykrotna mistrzyni Włoch w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem. Wujek – pierwszoligowy gracz w koszykówkę. Siostry z kolei, na poziomie międzynarodowym, uprawiały siatkówkę. Kuzyn jego dziadka – Lorenzo Buffon – przetarł ścieżkę Gigiemu jako bramkarz. W latach 50. i 60. zdobywał mistrzostwa Włoch z Milanem i Interem, grał też w reprezentacji. – Czy byłem lepszy niż Gigi? Jest świetny, wygrał mundial, ale ja też miałem piękną karierę. Cztery Scudetta, powołanie do kadry reszty świata… Poznałem też Lwa Jaszyna, najlepszego z najlepszych – opowiadał kilka lat temu leciwy, daleki krewny golkipera Juventusu.

Image and video hosting by TinyPic

Przy tak sprzyjającym, wybuchowym koktajlu sportowych genów, nie sposób było nie zostać wielkim mistrzem. Był taki okres, kiedy Buffon jako jedyny w rodzinie nie odnosił znaczących sukcesów. Odkuł się jednak w trybie błyskawicznym. W Serie A zadebiutował mając zaledwie siedemnaście lat. Rok później wznosił już Puchar UEFA, a dwa lata później zaliczył swój pierwszy mecz w reprezentacji Włoch. Z Parmą zdobył wszystko, co było w zasięgu jego wyjątkowo długich ramion. Mistrzostwo Włoch i Liga Mistrzów – te trofea wymagały przejścia na wyższy poziom. Był młody, żądny sukcesów. Przenosząc się do Juventusu stał się najdroższym bramkarzem na świecie i pozostaje nim do dziś. Buffon kosztował ponad sto miliardów lirów. Kosmiczna kwota. To prawie 55 milionów euro.

Image and video hosting by TinyPic

Przez te wszystkie lata przeżywał wzloty i upadki. To ratował kolegom skórę fenomenalnymi interwencjami, to przez pół roku leczył kontuzję. Cały czas trzymał jednak fason. Jeśli tylko grał, wyłączając pojedyncze wpadki, nigdy nie schodził poniżej swojego, światowego poziomu. Apogeum i życiowa forma przyszła wtedy, kiedy zapragnął jej najbardziej. Gdyby nie jego fenomenalne parady, Włosi oglądaliby finał mistrzostw Świata siedząc w fotelach. Jedną, tą w Berlinie przeciwko Francji, sam uznał za najważniejszą w swoim życiu. Rodacy postrzegają ją jako najistotniejszą w historii swojej piłki. Po wygranym finale, kiedy tylko wszedł do szatni, stracił przytomność, dając ujście nagromadzonemu stresowi i emocjom. Lekarze, aby postawić go na nogi, musieli zaaplikować mu dwie kroplówki z witaminami.

– Piłkarze odchodzą, zostają tylko mężczyźni – mówił Pavel Nedved po karnej degradacji Juventusu do drugiej ligi. Decyzja Buffona o pozostaniu z całą pewnością była najtrudniejszą w jego karierze. Pod czaszką kołatało mu zapewne tysiące zupełnie sprzecznych myśli. Był przecież najlepszy na świecie. Gra przeciwko ekipom pokroju Arezzo czy Triestiny mijała się z jego ambicjami. I to o lata świetlne. W międzyczasie kusiły go największe europejskie kluby. Oferowały bajeczne kontrakty. Górę wzięły jednak uczucia wyższe, nieporównywalne z żadną, dającą się policzyć walutą. Tego kibice Starej Damy nie zapomną mu już nigdy. – Wszystko ma swoją wartość. Decydując się na pozostanie w Turynie, byłem już mistrzem świata. Mogłem zostawić trochę miejsca swoim sympatiom i sentymentom – tłumaczył zapytany o tę kwestię w ostatnim czasie.

Po zejściu z boiska ekscentryczny bramkarz staje się nudnym tatuśkiem. Jego żoną jest czeska fotomodelka, Alena Seredova. Pierwszy z ich potomków – Louis Thomas – swoje drugie imię nosi po wszechobecnym w życiu Buffona, Thomasie N’Kono.

Image and video hosting by TinyPic

Jak sam mówi, piłka pochłania znaczną część jego życia. Jak każdy inteligentny zawodnik, ma jednak swoje, inne niż futbol, zainteresowania. W wolnych chwilach zarządza swoimi firmami, skutecznie pomnażając majątek. Jest na bieżąco z cenami akcji na Wall Street. Ponadto sporo inwestuje w sektor nieruchomości.

Jako młody chłopak, jeszcze przed przenosinami do Parmy, był wiernym kibicem Carrarese. Drużyny ze swojego miasta, której dopingował z ultrasowskiej trybuny Curva Sud. Sentyment najwyraźniej przetrwał. Dwa lata temu, wraz z innym piłkarzem Cristiano Lucarellim i filmowcem Maurizio Mianem, wykupili jego pakiet większościowy. Udało się nawet wprowadzić go do trzeciej ligi, jednak dziewiąte miejsce, zajęte w ostatnim sezonie, było już znacznie poniżej oczekiwań wymagającego prezydium. Przewiduje się, że jeszcze tego lata Buffon powie „pas” i pozbędzie się swoich 20% akcji.

Image and video hosting by TinyPic

– Ciągle jestem na światowym topie. Ludzie pytają, czy nie czuję się już trochę stary… Zawsze odpowiadam im, że dopóki będę grał w reprezentacji, dopóty będzie to znak, że nadal prezentuję najwyższy poziom – mówił podczas jednej z rozmów. Po zakończeniu kariery Buffon chciałby zostać selekcjonerem reprezentacji Włoch lub USA. Z tym drugim krajem, jak sam opowiada, łączy go szczególnie zażyła więź.

Na realizowanie emerytalnych pragnień przyjdzie jeszcze czas. Dziś, jako dojrzały człowiek i piłkarz, spróbuje zdobyć trofeum, którego miejsce w osobistej gablocie ciągle pozostaje puste. To prawdopodobnie jego ostatnia szansa, aby wznieść ośmiokilowy, srebrny Puchar Henriego Delaunaya.

Niechciany w trzeciej lidze, może zagrać w finale Euro – Emanuele Giaccherini

Rok 2008, upalne lato. Młody, ale już nie młodziutki chłopak kupuje sobie nowy samochód. Nie jest to Ferrari ani nawet Porsche, które do piłkarza pasowałyby przecież zdecydowanie bardziej. To Ford Fiesta, przebieg trzysta tysięcy, którego zakup i tak kosztował go wiele wyrzeczeń. Siada za kierownicą, zapina pasy, wkłada ciemne okulary. Nie jest mu jednak zbytnio do śmiechu. Jego kariera, a raczej przygoda z piłką nożną, wisi bowiem na cienkim włosku.

Włącza radio i wsłuchuje się w transmisję któregoś z meczów Euro 2008. Jeszcze nie wie, że równo za cztery lata założy niebieski trykot reprezentacji Włoch. Że na kolejnych mistrzostwach zadebiutuje w meczu przeciwko mistrzom Europy i Świata – Hiszpanom. Ten chłopak to Emanuele Giaccherini. Reprezentant Italii i zdobywca tegorocznego Scudetto. Największy zwycięzca polsko-ukraińskiego czempionatu.

Kiedy sześć lat temu Azzurri sięgali po tytuł mistrzów globu, był mniej więcej w wieku Mario Balotellego. W odróżnieniu od niego nie brylował na boiskach Premier League, a rozbijał się po klepiskach włoskiej czwartej ligi, do tego z bardzo rożnym skutkiem. W Cesenie – klubie, który miał prawa do jego karty zawodniczej – przez lata nie dostrzegano w nim żadnego potencjału i wypożyczano. Na odczepne, właściwie gdzie popadnie. Pamiętnego 2008 roku klub w którym grał o mało nie zleciał do piątej ligi. Pavię uratowała jednak jego bramka, zdobyta w barażach, których stawką było utrzymanie.

Kiedy po sezonie wrócił do swojego macierzystego klubu, pokazano mu drzwi po raz kolejny. Koniki Morskie z Ceseny miały aspiracje sięgające powrotu do Serie B. Niepotrzebny był im balast, za jakiego większość uważała Giaccheriniego. Dostał wolną rękę i szukał sobie miejsca w innym trzecioligowym klubie. Razem ze swoim menedżerem objeździli chyba pół Włoch. Nigdzie nie znalazł jednak uznania. Z podkulonym ogonem wrócił więc do Ceseny, która nie miała wyjścia. – Słuchaj, przygotowania do sezonu odbędziesz z nami. Może coś z ciebie będzie – usłyszał od jednego z menedżerów.

Kiedy wysiadł ze swojej Fiesty pod siedzibą klubu, spotkał się z niewybrednymi spojrzeniami. Tych z typu „Co ty tu kurwa robisz?”. Wszyscy patrzyli na niego z góry. Nie tylko za sprawą niezbyt wyrafinowanych i chyba nie do końca futbolowych warunków fizycznych (167cm, 60kg), które dokuczały mu odkąd tylko zaczął uprawiać sport. – Nie zliczę ile razy bagatelizowano i odrzucano mnie przez mój wzrost i posturę. Nie mam o to do nikogo żalu. Cieszę się tym, co zdołałem osiągnąć. Wygrałem mistrzostwo Włoch i zagram w Lidze Mistrzów, a to nie udaje się każdemu – mówił niedawno.

– Teraz albo nigdy. Jeśli nie zechcą mnie w Cesenie, rzucam piłkę i idę pracować do fabryki – miał powiedzieć rozzłoszczony. Ewentualność tę brał zupełnie na poważnie. Wtedy, na szczęście dla jego kariery, życie skojarzyło go z Pierpaolo Bisolim. Nowo zatrudnionym szkoleniowcem, któremu powierzono zadanie powrotu do drugiej ligi. On, chyba jako jeden z pierwszych, zobaczył w nim materiał na dobrego zawodnika. – Zostawcie mi tego malucha. Mamy go za darmo? Doskonale. Może okazać się przydatny – poprosił zarząd klubu i umieścił go w podstawowej jedenastce. Giaccherini swój egzamin zdał na pięć z plusem. Rozegrał większość spotkań i zdobył pięć bramek, a Cesena awansowała do Serie B, a następnie do Serie A.

W najwyższej klasie rozgrywkowej zadebiutował w wieku 25 lat. – Gram przeciw potworom, ale nie boję się – mówił po swojej pierwszej, strzelonej Milanowi bramce.

Wtedy też kolejny trener Ceseny, Massimo Ficcadenti, wypowiedział słowa, które wówczas skwitowano uśmiechem politowania i wymownym pukaniem się w czoło. Te okazały się jednak prorocze. – Emanuele jest doskonałą perspektywą dla włoskiej piłki. Będzie miał jeszcze mnóstwo okazji, aby zaprezentować swoje walory. Prandelli powinien mu się baczniej przyjrzeć – mówił.

– Miewałem chwile zwątpienia. Widziałem, że wszystko, co robię, nie przynosi kompletnie żadnych rezultatów. Potem zakotwiczyłem w Cesenie, eksplodowałem i… oto jestem – mówił w wywiadzie udzielonym przed rokiem, na niedługo po podpisaniu kontraktu z Juventusem.

Image and video hosting by TinyPic

Na mistrzostwach Europy zagrał tylko dwa pierwsze mecze. Później wypadł z obiegu, ale tylko dlatego, że Cesare Prandelli zdecydował się na zmianę ustawienia. Za obydwa występy Giaccherini zebrał bardzo pozytywne noty i absolutnie nie zawiódł.

Image and video hosting by TinyPic

Na wyżyny, jak sam ciągle powtarza, wyniosła go niezwykła ambicja i upór. Czy niedzielny finał zakończy się dla Włochów pomyślnie, czy też nie – on już jest zwycięzcą. Wygrał coś więcej, niż Andrea Pirlo czy Mario Balotelli. Wygrał swoje marzenia.

%d bloggers like this: