Archiwa blogu

Elegancki konkwistador znów podbił Europę. Kolejny sukces Vicente Del Bosque

Jako trener, na tym najwyższym poziomie, nie pracuje jakoś wyjątkowo długo. Ma jednak wrodzoną cechę zamieniania wszystkiego, co dotknie w szczerozłoty kruszec. Urodzony w koronie. Tam, gdzie nie udawało mu się na ławce trenerskiej, wygrywał poza nią. Zawsze z ogromną klasą. Taki jest Vicente Del Bosque. Człowiek, który sprawił, że futbol już nigdy nie będzie taki sam.

To fenomen. Gigant reprezentacyjnej piłki. Niszczący praktycznie wszystkich przeciwników. Jednak nie w sposób bezlitosny, a z wyraźną dozą subtelności i gracji. Konkwistador, ale inny od tych, o których uczyliśmy się na lekcjach historii. Del Bosque, choćby jego drużyna zwyciężyła i dziesięcioma bramkami, podszedłby do przeciwnika i z uśmiechem pogratulował mu wytrwałości. Wychodzi z dumnego i pełnego patosu założenia, że „wizerunek trenera jest wizerunkiem kraju”. Jego charakter i inteligencja nie dla wszystkich były jednak sprzyjające. Ktoś kiedyś poczuł się zagrożony, bo nagle, mimo posiadania wypchanego do granic możliwości konta bankowego, zrobił się przy nim śmieszny i malutki.

– Czasami, nawet pomimo zwycięstw, potrzebne są zmiany. Profil Del Bosque jest jednolity. Szukamy kogoś, kto położy większy nacisk na taktykę, strategię gry i przygotowanie fizyczne. Jeśli mam być szczery, to powiem, że przejawiał on już oznaki wyczerpania i nie wyglądał na trenera przyszłościowego. Wierzymy, że drużyna będzie mocniejsza pracując dla szkoleniowca o innym charakterze – zakończył konferencję prasową i uśmiechnął się do zgromadzonych dziennikarzy.

Pięć minut później zapewne, na znak swojego tryumfu, odpalał kubańskie cygaro, popijając zimną whisky. To był Florentino Perez. Ówczesny i teraźniejszy prezes Realu Madryt. Stwórca jednej z najlepszych drużyn w historii klubowej piłki – Los Galacticos. W skład gwiazdozbioru wchodzili Fernando Hierro, Roberto Carlos, Luis Figo, Zinedine Zidane, Raúl… Pereza bolało to, że na ławce trenerskiej siedzi zwykły szarak. Gość, który miał wpaść tylko na pięć minut. Dociągnąć sezon do końca i ustąpić miejsca o wiele bardziej uznanemu nazwisku. W wyobrażeniach prezesa miał to być Fabio Capello albo Jose Antonio Camacho. Del Bosque odniósł jednak nieoczekiwany sukces i z początku głupio było go wyrzucać. Przez cztery lata ugrał dwa mistrzostwa Hiszpanii, tyle samo Pucharów Europy, Superpuchary Hiszpanii i Europy oraz Puchar Interkontynentalny.

Image and video hosting by TinyPic

– Nasza dominacja na kontynencie jest niekwestionowana – mówił w tamtym czasie. I z krystalicznie czystym sumieniem mógł wypowiedzieć te słowa jako ostatni trener Realu Madryt. Chociaż od tamtego czasu minęło prawie dziesięć lat, żaden z kolejnych szkoleniowców nie miał prawa ich powtarzać. Nawet wielki Jose Mourinho.

W 2003 roku, po przerywniku zwanym Valencią, Real świętował odzyskanie tytułu mistrza Hiszpanii. W stadionowych kuluarach było wówczas jednak jeszcze goręcej niż na rozentuzjazmowanych trybunach Santiago Bernabeu. Skłócony z zarządem kapitan, Fernando Hierro, buntował drużynę przeciwko górze. W pewnym momencie piłkarze odmówili nawet tradycyjnego fetowania na madryckim rynku. Ostatecznie, po godzinnej debacie, udało się ich przekonać, ale wiadomym było, że krwawo stłumiony bunt pociągnie za sobą trupy.

Del Bosque zarzucano, że foruje gwiazdy i nie daje szans młodym zawodnikom. Był też skonfliktowany z Fernando Morientesem, który większość czasu przesiadywał na ławce rezerwowych. W pewnym momencie hiszpański gwiazdor nazwał swojego trenera skurwysynem. Wydawało się jednak, że dobre wyniki zatuszują wszystkie niesnaski i niedoskonałości.

Niecałe czterdzieści osiem godzin po zdobyciu mistrzostwa było wiadomo, że kontrakty Fernando Hierro i Vicente Del Bosque nie zostaną przedłużone. Na nic zdały się protesty kibiców. Obaj zostali potraktowani równie podle. Wyrzuceni na zbity pysk, pomimo tak rozlicznych zasług. Pierwszy – kapitan i legenda zespołu. Drugi – fantastyczny szkoleniowiec, pod którego batutą Real wygrał 104 ze 186 rozegranych spotkań. Wcześniej ubierał jeszcze białą koszulkę jako piłkarz, by potem przez wiele lat pracować w madryckiej fabryce talentów. – Informowanie mnie o utracie pracy w pustym korytarzu o godzinie 23., to chyba nie najlepszy sposób – rzucił na odchodne.

Perez wychodził z założenia, że jego klub jest na tyle galaktyczny, że pozostałby niezwyciężony nawet, gdyby na ławce trenerskiej zasiadała jego sprzątaczka. Przeliczył się i to bardzo. Odchodząc, Del Bosque, niepostrzeżenie ukrył w swojej kieszeni patent na wygrywanie. Gabloty Realu, na kilka lat, ogarnęła susza.

W Besiktasie, który był jego następnym i jak dotychczas ostatnim prowadzonym klubem, najzwyczajniej zawiódł. Odpadł z Pucharu UEFA, dał się wyeliminować z Pucharu Turcji i w konsekwencji został wyrzucony. Czego nie wywalczył na boisku, odbił sobie jednak gdzie indziej. Wszystko za sprawą gigantycznego, sięgającego prawie pięciu milionów euro, odszkodowania, spowodowanego przedwczesnym zerwaniem kontraktu.

Za sterami reprezentacji Hiszpanii zasiadł w 2008 roku, chociaż miał taką sposobność już cztery lata wcześniej. Po fatalnym dla jego rodaków Euro 2004 złożono mu propozycję zastąpienia Inakiego Saeza, którą zdecydował się jednak odrzucić. Dwa lata później „Nie, dziękuję” powiedział też federacji meksykańskiej. Czuł się gotowy na wykorzystanie swojej szansy podczas pracy z La Roja. – Pragnę zachować styl, który doprowadził do największego w historii rozkwitu hiszpańskiej piłki. To pokolenie jest grupą zwycięzców – mówił na swojej pierwszej konferencji prasowej w roli selekcjonera.

Dotrzymał słowa. Dalszą, tę bajkową, część tej historii wszyscy doskonale znamy… Splendor, tytuły… Nigdy, przenigdy jednak nie zaatakował żadnego z tych, którzy kiedyś postawili na nim krzyżyk, a było ich wielu. Były chwile, kiedy wyjście na balkon swojego madryckiego domu, z którego widać centrum treningowe Realu, ściskało za gardło i sprawiało mu ból. Kiedy pojawiłby się tam dziś lub jutro, jego myśli zagłuszyłyby napływające z dołu na jego cześć oklaski i wiwaty. W stronę Santiago Bernabeu może, w swoim stylu, co najwyżej posłać tylko wystarczająco wymowny, serdeczny uśmiech.

Reklamy

Gianluigi Buffon. Mistrz zrodzony z rozpaczy

Płacz. Wszystko zaczęło się od niemożliwego do powstrzymania bólu i płaczu. Równo dwadzieścia dwa lat temu – co do jednego dnia – z rozgrywanego we Włoszech mundialu odpadła reprezentacja Kamerunu. Trzymali się co prawda całkiem dzielnie, ale ostateczny cios, już w doliczonym czasie gry zadał Anglik, Gary Lineker. Italia grała dalej, ale pewnego 12-letniego Włocha, o dziwo, bardziej od Azzurrich interesował los Nieposkromionych Lwów. Kiedy zostali wyeliminowani, nie mógł powstrzymać łez. Był to Gianluigi Buffon.

Podziwiał Kameruńczyków. Za to, że w fazie grupowej pokonali wielką Argentynę. Za to, że później wyrzucili za burtę Kolumbijczyków. Urzekła go ich gra, determinacja i wola walki, jaką emanowali. Młodemu Buffonowi szczególnie w pamięć zapadł golkiper, Thomas N’Kono. Piłkarz, który zupełnie nieświadomie, podczas czynienia standardowych bramkarskich powinności, zmienił bieg historii. To jego świetna gra dała później Włochom i całemu światu przyjemność oglądania jednego z najlepszych bramkarzy na świecie. – Rzeczywiście, całym sercem kibicowałem Kamerunowi. N’Kono był ich najlepszym, totemicznym zawodnikiem. Po oglądaniu jego popisów jakby trafił we mnie piorun. W jednej chwili postanowiłem stanąć w bramce. Najpierw grałem z przyjaciółmi i wychodziło mi to całkiem nieźle. Kilka miesięcy później, już jako golkipera, sprowadziła mnie Parma – wspomina swoją młodość.

Image and video hosting by TinyPic

Nigdy wcześniej nie myślał o tym, aby być bramkarzem. Jak każdy młody chłopak pragnął zdobywać bramki. Czarować zwodami, być gwiazdą nie schodzącą z ust kibiców. I, co ciekawe, miał ku temu pewne predyspozycje. Jako pomocnik imponował warunkami fizycznymi. Miał solidne uderzenie z dystansu, strzelał sporo goli. Dotąd niepotwierdzona przez nikogo obiegowa legenda głosi nawet, że młodziutkim Buffonem-trequartistą, w pewnym momencie zainteresowali się wysłannicy Interu. Oferta Nerazzurrich miała zostać jednak odrzucona przez jego rodziców. Oni również byli sportowcami i to nie byle jakimi.

Matka – trzykrotna mistrzyni Włoch w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem. Wujek – pierwszoligowy gracz w koszykówkę. Siostry z kolei, na poziomie międzynarodowym, uprawiały siatkówkę. Kuzyn jego dziadka – Lorenzo Buffon – przetarł ścieżkę Gigiemu jako bramkarz. W latach 50. i 60. zdobywał mistrzostwa Włoch z Milanem i Interem, grał też w reprezentacji. – Czy byłem lepszy niż Gigi? Jest świetny, wygrał mundial, ale ja też miałem piękną karierę. Cztery Scudetta, powołanie do kadry reszty świata… Poznałem też Lwa Jaszyna, najlepszego z najlepszych – opowiadał kilka lat temu leciwy, daleki krewny golkipera Juventusu.

Image and video hosting by TinyPic

Przy tak sprzyjającym, wybuchowym koktajlu sportowych genów, nie sposób było nie zostać wielkim mistrzem. Był taki okres, kiedy Buffon jako jedyny w rodzinie nie odnosił znaczących sukcesów. Odkuł się jednak w trybie błyskawicznym. W Serie A zadebiutował mając zaledwie siedemnaście lat. Rok później wznosił już Puchar UEFA, a dwa lata później zaliczył swój pierwszy mecz w reprezentacji Włoch. Z Parmą zdobył wszystko, co było w zasięgu jego wyjątkowo długich ramion. Mistrzostwo Włoch i Liga Mistrzów – te trofea wymagały przejścia na wyższy poziom. Był młody, żądny sukcesów. Przenosząc się do Juventusu stał się najdroższym bramkarzem na świecie i pozostaje nim do dziś. Buffon kosztował ponad sto miliardów lirów. Kosmiczna kwota. To prawie 55 milionów euro.

Image and video hosting by TinyPic

Przez te wszystkie lata przeżywał wzloty i upadki. To ratował kolegom skórę fenomenalnymi interwencjami, to przez pół roku leczył kontuzję. Cały czas trzymał jednak fason. Jeśli tylko grał, wyłączając pojedyncze wpadki, nigdy nie schodził poniżej swojego, światowego poziomu. Apogeum i życiowa forma przyszła wtedy, kiedy zapragnął jej najbardziej. Gdyby nie jego fenomenalne parady, Włosi oglądaliby finał mistrzostw Świata siedząc w fotelach. Jedną, tą w Berlinie przeciwko Francji, sam uznał za najważniejszą w swoim życiu. Rodacy postrzegają ją jako najistotniejszą w historii swojej piłki. Po wygranym finale, kiedy tylko wszedł do szatni, stracił przytomność, dając ujście nagromadzonemu stresowi i emocjom. Lekarze, aby postawić go na nogi, musieli zaaplikować mu dwie kroplówki z witaminami.

– Piłkarze odchodzą, zostają tylko mężczyźni – mówił Pavel Nedved po karnej degradacji Juventusu do drugiej ligi. Decyzja Buffona o pozostaniu z całą pewnością była najtrudniejszą w jego karierze. Pod czaszką kołatało mu zapewne tysiące zupełnie sprzecznych myśli. Był przecież najlepszy na świecie. Gra przeciwko ekipom pokroju Arezzo czy Triestiny mijała się z jego ambicjami. I to o lata świetlne. W międzyczasie kusiły go największe europejskie kluby. Oferowały bajeczne kontrakty. Górę wzięły jednak uczucia wyższe, nieporównywalne z żadną, dającą się policzyć walutą. Tego kibice Starej Damy nie zapomną mu już nigdy. – Wszystko ma swoją wartość. Decydując się na pozostanie w Turynie, byłem już mistrzem świata. Mogłem zostawić trochę miejsca swoim sympatiom i sentymentom – tłumaczył zapytany o tę kwestię w ostatnim czasie.

Po zejściu z boiska ekscentryczny bramkarz staje się nudnym tatuśkiem. Jego żoną jest czeska fotomodelka, Alena Seredova. Pierwszy z ich potomków – Louis Thomas – swoje drugie imię nosi po wszechobecnym w życiu Buffona, Thomasie N’Kono.

Image and video hosting by TinyPic

Jak sam mówi, piłka pochłania znaczną część jego życia. Jak każdy inteligentny zawodnik, ma jednak swoje, inne niż futbol, zainteresowania. W wolnych chwilach zarządza swoimi firmami, skutecznie pomnażając majątek. Jest na bieżąco z cenami akcji na Wall Street. Ponadto sporo inwestuje w sektor nieruchomości.

Jako młody chłopak, jeszcze przed przenosinami do Parmy, był wiernym kibicem Carrarese. Drużyny ze swojego miasta, której dopingował z ultrasowskiej trybuny Curva Sud. Sentyment najwyraźniej przetrwał. Dwa lata temu, wraz z innym piłkarzem Cristiano Lucarellim i filmowcem Maurizio Mianem, wykupili jego pakiet większościowy. Udało się nawet wprowadzić go do trzeciej ligi, jednak dziewiąte miejsce, zajęte w ostatnim sezonie, było już znacznie poniżej oczekiwań wymagającego prezydium. Przewiduje się, że jeszcze tego lata Buffon powie „pas” i pozbędzie się swoich 20% akcji.

Image and video hosting by TinyPic

– Ciągle jestem na światowym topie. Ludzie pytają, czy nie czuję się już trochę stary… Zawsze odpowiadam im, że dopóki będę grał w reprezentacji, dopóty będzie to znak, że nadal prezentuję najwyższy poziom – mówił podczas jednej z rozmów. Po zakończeniu kariery Buffon chciałby zostać selekcjonerem reprezentacji Włoch lub USA. Z tym drugim krajem, jak sam opowiada, łączy go szczególnie zażyła więź.

Na realizowanie emerytalnych pragnień przyjdzie jeszcze czas. Dziś, jako dojrzały człowiek i piłkarz, spróbuje zdobyć trofeum, którego miejsce w osobistej gablocie ciągle pozostaje puste. To prawdopodobnie jego ostatnia szansa, aby wznieść ośmiokilowy, srebrny Puchar Henriego Delaunaya.

Niechciany w trzeciej lidze, może zagrać w finale Euro – Emanuele Giaccherini

Rok 2008, upalne lato. Młody, ale już nie młodziutki chłopak kupuje sobie nowy samochód. Nie jest to Ferrari ani nawet Porsche, które do piłkarza pasowałyby przecież zdecydowanie bardziej. To Ford Fiesta, przebieg trzysta tysięcy, którego zakup i tak kosztował go wiele wyrzeczeń. Siada za kierownicą, zapina pasy, wkłada ciemne okulary. Nie jest mu jednak zbytnio do śmiechu. Jego kariera, a raczej przygoda z piłką nożną, wisi bowiem na cienkim włosku.

Włącza radio i wsłuchuje się w transmisję któregoś z meczów Euro 2008. Jeszcze nie wie, że równo za cztery lata założy niebieski trykot reprezentacji Włoch. Że na kolejnych mistrzostwach zadebiutuje w meczu przeciwko mistrzom Europy i Świata – Hiszpanom. Ten chłopak to Emanuele Giaccherini. Reprezentant Italii i zdobywca tegorocznego Scudetto. Największy zwycięzca polsko-ukraińskiego czempionatu.

Kiedy sześć lat temu Azzurri sięgali po tytuł mistrzów globu, był mniej więcej w wieku Mario Balotellego. W odróżnieniu od niego nie brylował na boiskach Premier League, a rozbijał się po klepiskach włoskiej czwartej ligi, do tego z bardzo rożnym skutkiem. W Cesenie – klubie, który miał prawa do jego karty zawodniczej – przez lata nie dostrzegano w nim żadnego potencjału i wypożyczano. Na odczepne, właściwie gdzie popadnie. Pamiętnego 2008 roku klub w którym grał o mało nie zleciał do piątej ligi. Pavię uratowała jednak jego bramka, zdobyta w barażach, których stawką było utrzymanie.

Kiedy po sezonie wrócił do swojego macierzystego klubu, pokazano mu drzwi po raz kolejny. Koniki Morskie z Ceseny miały aspiracje sięgające powrotu do Serie B. Niepotrzebny był im balast, za jakiego większość uważała Giaccheriniego. Dostał wolną rękę i szukał sobie miejsca w innym trzecioligowym klubie. Razem ze swoim menedżerem objeździli chyba pół Włoch. Nigdzie nie znalazł jednak uznania. Z podkulonym ogonem wrócił więc do Ceseny, która nie miała wyjścia. – Słuchaj, przygotowania do sezonu odbędziesz z nami. Może coś z ciebie będzie – usłyszał od jednego z menedżerów.

Kiedy wysiadł ze swojej Fiesty pod siedzibą klubu, spotkał się z niewybrednymi spojrzeniami. Tych z typu „Co ty tu kurwa robisz?”. Wszyscy patrzyli na niego z góry. Nie tylko za sprawą niezbyt wyrafinowanych i chyba nie do końca futbolowych warunków fizycznych (167cm, 60kg), które dokuczały mu odkąd tylko zaczął uprawiać sport. – Nie zliczę ile razy bagatelizowano i odrzucano mnie przez mój wzrost i posturę. Nie mam o to do nikogo żalu. Cieszę się tym, co zdołałem osiągnąć. Wygrałem mistrzostwo Włoch i zagram w Lidze Mistrzów, a to nie udaje się każdemu – mówił niedawno.

– Teraz albo nigdy. Jeśli nie zechcą mnie w Cesenie, rzucam piłkę i idę pracować do fabryki – miał powiedzieć rozzłoszczony. Ewentualność tę brał zupełnie na poważnie. Wtedy, na szczęście dla jego kariery, życie skojarzyło go z Pierpaolo Bisolim. Nowo zatrudnionym szkoleniowcem, któremu powierzono zadanie powrotu do drugiej ligi. On, chyba jako jeden z pierwszych, zobaczył w nim materiał na dobrego zawodnika. – Zostawcie mi tego malucha. Mamy go za darmo? Doskonale. Może okazać się przydatny – poprosił zarząd klubu i umieścił go w podstawowej jedenastce. Giaccherini swój egzamin zdał na pięć z plusem. Rozegrał większość spotkań i zdobył pięć bramek, a Cesena awansowała do Serie B, a następnie do Serie A.

W najwyższej klasie rozgrywkowej zadebiutował w wieku 25 lat. – Gram przeciw potworom, ale nie boję się – mówił po swojej pierwszej, strzelonej Milanowi bramce.

Wtedy też kolejny trener Ceseny, Massimo Ficcadenti, wypowiedział słowa, które wówczas skwitowano uśmiechem politowania i wymownym pukaniem się w czoło. Te okazały się jednak prorocze. – Emanuele jest doskonałą perspektywą dla włoskiej piłki. Będzie miał jeszcze mnóstwo okazji, aby zaprezentować swoje walory. Prandelli powinien mu się baczniej przyjrzeć – mówił.

– Miewałem chwile zwątpienia. Widziałem, że wszystko, co robię, nie przynosi kompletnie żadnych rezultatów. Potem zakotwiczyłem w Cesenie, eksplodowałem i… oto jestem – mówił w wywiadzie udzielonym przed rokiem, na niedługo po podpisaniu kontraktu z Juventusem.

Image and video hosting by TinyPic

Na mistrzostwach Europy zagrał tylko dwa pierwsze mecze. Później wypadł z obiegu, ale tylko dlatego, że Cesare Prandelli zdecydował się na zmianę ustawienia. Za obydwa występy Giaccherini zebrał bardzo pozytywne noty i absolutnie nie zawiódł.

Image and video hosting by TinyPic

Na wyżyny, jak sam ciągle powtarza, wyniosła go niezwykła ambicja i upór. Czy niedzielny finał zakończy się dla Włochów pomyślnie, czy też nie – on już jest zwycięzcą. Wygrał coś więcej, niż Andrea Pirlo czy Mario Balotelli. Wygrał swoje marzenia.

Andrea Pirlo. Zapomniany wirtuoz, który wrócił za fortepian

Janne Ahonen piłki nożnej. Człowiek maska. Gdyby nie jego nieprzeciętne umiejętności piłkarskie, prawdopodobnie zostałby latarnikiem. Albo jeszcze lepiej – kosmonautą, który wyleciałby na księżyc i najchętniej już nigdy z niego nie wrócił. Andrea Pirlo. Jeden z najnudniejszych piłkarzy świata. Wiecznie człapiący i jednocześnie tak bardzo szybki. Niedościgniony. Dziennikarze, mówiąc delikatnie, za nim nie przepadają. I nie dziwne, skoro na wszystkie pytania odpowiada, jakby jego suflerem był starej generacji, zaprogramowany na kompletną sztampę robot. Ma nudną twarz, nudne włosy, nudne ciało… Tylko te jego podania… Geniusz.

Żona, dzieci… Ostatni raz na dyskotece był chyba podczas balu mikołajkowego, jakoś na początku podstawówki. Pewnie podpierał ścianę. Jego nazwiska nie ma w notesach pracowników koncernów reklamowych, czy agencji PR-owych. Dlaczego? Bo jest niereformowalny. Wśród wymodelowanych, metroseksualnych koleżków po fachu, wygląda jak nie pasujący element. Czarna owca. Dinozaur, który jakimś cholernym fartem wykluł się ze skamieniałego jaja.

Przez dwadzieścia ostatnich lat przybyło mu kilka zmarszczek i stał się uboższy o parę włosów. Poza tym ciągle to samo zaczesanie, ten sam grobowy wyraz twarzy, która nieprzypadkowo najbardziej roześmiała się jednak dopiero w koszulce Juventusu. Prawdopodobnie sięgając przy tym granic swoich mimicznych możliwości.

Image and video hosting by TinyPic

W Milanie, przed rokiem, do jego sprawy podeszli z rygorystycznym, kunsztownym wręcz profesjonalizmem. Zajrzeli w metrykę i okazało się, że termin jego piłkarskiej przydatności właśnie dobiegł końca. I chociaż wcale nie wyglądał jeszcze najgorzej, powiedzieli mu, że jest za stary i nie pasuje do koncepcji trenera. Fakt. Massimiliano Allegri planował stawiać na Marka van Bommela i Massimo Ambrosiniego. Czy popełnił błąd? Może i tak, ale gdyby spojrzeć na to z drugiej strony… Być może jest zupełnie odwrotnie? Może tym, że go odstrzelił, przyczynił się do jego sukcesów i wyników reprezentacji? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na twarz, pewnie trochę z łaski, rzucono mu roczny kontrakt. Potraktował to jak policzek. Uniósł się honorem i odszedł. – Czy w Milanie żałują swojej decyzji? Nie wiem, ale podczas sezonu otrzymywałem sporo sms-ów od piłkarzy Rossonerich, że czuć tam moją nieobecność. Ja jestem jednak szczęśliwy. Wygrałem – mówił zaraz po zakończeniu zwieńczonego mistrzostwem sezonu.

Pod batutą młodego oraz niesamowicie energicznego i zarażającego pozytywną energią Antonio Conte, powrócił stary, dobry Pirlo. Ostatnie sezony w jego wykonaniu nie wyglądały tak dobrze. Był jak zapomniany, trochę przykurzony i wypalony muzyk, siedzący za barem i samotnie sączący kolejną lampkę wina. W Juventusie znów w niego uwierzono. Posadzono go tam, gdzie jego miejsce – za klawiaturą futbolowego fortepianu – na którym potrafi grać przecież tak pięknie. Jak nikt inny. On poczuł, że lokuje się w nim pewne nadzieje. Że nie jest piłkarskim odpadem, za jakiego uważano go – olaboga – w Milanie. Tym samym Milanie który w swoim czasie, przecież jeszcze wcale nie tak dawno, uchodził powszechnie za piłkarski dom spokojnej starości.

I odwdzięczył się Pirlo Juventusowi jak tylko potrafił najpiękniej. Liderował młodej, efektywnej i do tego jeszcze widowiskowo grającej ekipie, zaliczając najwięcej występów w karierze (37), notując 14 asyst i zdobywając trzy bramki.

* * *

– Ej, ty, młody. Podejdź tu na momencik. Jak się nazywasz?
– Andrea Pirlo, proszę pana.
– Ile masz lat?
– Za kilka dni skończę sześć, proszę pana.
– Naprawdę? A od kiedy grasz w piłkę?
– Od zawsze, proszę pana.

Był rok 1985. Wiosna. Jakiś dziecinny turniej piątek. On przykuł uwagę Roberto Clericiego, łowcy talentów Brescii, w sposób wyjątkowy. Mały, wątły, ważący trzydzieści kilogramów blondas ubrany w nieco potarganą i sfatygowaną koszulkę wpuszczoną w szorty. – Dokładnie wiedział, gdzie posłać tę piłkę. Zauważył, że angielski bramkarz skacze po linii jak popaprany. Dał sobie ułamek sekundy na decyzję i, kiedy tamten się rzucił, posłał piłkę na środek. To jest właśnie domeną mistrzów. Sprawiać, że rzeczy trudne stają się dziecinnie proste – skomentował Clerici sławetny już rzut karny swojego wychowanka, wykonany w serii jedenastek przeciwko Anglii.

Wówczas Pirlo pokazał swoją boiskową arogancję, ale przy tym kompletny perfekcjonizm. W jednym z barów, niedaleko swojego domu, śledził go i sam Panenka. – Razem ze mną było może trzydzieści osób. Kiedy Pirlo zdobył bramkę, wszyscy krzyknęli: „karny Panenki!”. Byłem szczęśliwy i bardzo, bardzo dumny. Mój pomysł nie umarł. Co prawda uderzył piłkę trochę niżej niż zrobiłbym to ja, ale sens pozostał ten sam. Strzelałem w ten sposób trzydzieści razy. Pomyliłem się tylko jednokrotnie – wspomina słynny Czech na łamach „La Gazzetta dello Sport”.

Co ciekawe, kiedyś swoją próbę spalił i Pirlo. Wówczas w ten sposób nie dał się pokonać rezerwowy bramkarz Barcelony, Pinto, który wytrzymał napięcie, ustał i złapał piłkę, jakby była kolorowym balonem. Miało to miejsce dwa lata temu, podczas meczu towarzyskiego Blaugrany z Milanem.

We Włoszech na taką podcinkę, mówi się „il cucchiaio”, czyli po prostu łyżeczka, co przy tej specjalnej okazji dało początek dziesiątkom żartów i grafik. Poniżej na przykład mamy Pirlo wciskającego Hartowi jedzenie. „No, dalej, jeszcze jedną łyżeczkę!”

Image and video hosting by TinyPic

Spotkanie Włochów z Anglikami gazety zapowiadały jako pojedynek Pirlo i Stevena Gerrarda, który notabene wyglądał na będącego w równie świetnej formie. Teraz wiemy, że słowo „pojedynek” było zupełnie nieadekwatne do zaistniałej sytuacji. To była miazga, nie żaden tam pojedynek. Tego dnia Włoch zmiótłby go nawet sygnalizowanym prztyczkiem w ucho. Z resztą… zobaczcie sami.

Image and video hosting by TinyPic

Już podczas fazy grupowej prezentował się dobrze albo bardzo dobrze. Mecz z Anglikami okazał się jednak jego najlepszym. Wzbudził nim podziw u największych, co dało się odczuć przeglądając Twittera.

Image and video hosting by TinyPic

We Włoszech przebąkuje się nawet, że na naszych oczach, w trybie błyskawicznym, rośnie jeden z kandydatów do zdobycia Złotej Piłki. Co prawda nie gra ani w Realu, ani w Barcelonie. Żyje mało wystawnie. Tak, jak tylko najskromniej może żyć człowiek, który zarabia pięć milionów euro rocznie.

Może i jest nudny. Wyglądający tak, jakby w ciągu swojego życia przespał ledwie trzy pełne noce. Ma w sobie jednak pewien tajemniczy, kosmiczny pierwiastek. Cząstkę, której w równym stopniu pozazdrościć mogą mu tak Leo Messi, jak i Cristiano Ronaldo. Dziś ma ona dać zwycięstwo Italii nad Niemcami.

%d blogerów lubi to: