Archiwa blogu

Podbeskidzie już nie idzie

Dzielny, młodociany partyzant zatrzymany przez świetnie uzbrojonego żołnierza armii oponenta. Podbeskidzie wtopiło awans do finału Pucharu Polski na własne życzenie. Niech ich odpadnięcie będzie swoistą ofiarą.

Mecz włączyłem na dwadzieścia minut przed końcem. Wynik lekko mnie zdziwił, ale nie oszołomił. Chciałem na własne zobaczyć klęskę mistrza Polski z drugoligowym (nie trawię tego nowego, durnego nazewnictwa) kopciuchem. Okazało się jednak, że wystarczył jeden, wyprowadzony trochę od niechcenia rajd Kriwca i dostawienie głowy przez Rudnevsa. Takie to było trudne? Jedna indywidualna, dobrze pomyślana akcja i Podbeskidzie padło na glebę.

Chyba każdy lubi w futbolu sytuacje, kiedy pozornie słabsi ucierają nosa tym większym. Pomińmy fakt aktualnej formy Lecha. Mimo wszystko mają oni przyspawaną łatkę mistrzów Polski, a to z góry ich do czegoś zobowiązuje. Wygrali ten mecz, bo potrafili wyprowadzić szybką piłkę i celnie uderzyć na bramkę. Prostymi środkami zwalczyli gigantyczne ambicje przeciwników. Właśnie, ambicje. Powiedzmy sobie szczerze. Piłkarze Podbeskidzia do wybitnych nie należą. Można śmiało założyć nawet, że są przeciętni. Wszystkie luki nadrabiali niesamowitą ambicją. Pojęciem, które dla polskiego ligowca jest jakieś niedzisiejsze i kosmiczne. Jak gdyby żywcem wyjęte z głupiego filmu science fiction. Jeśli po awansie do Ekstraklasy nie zabraknie im właśnie ambicji i odpowiednio się wzmocnią, to gwarantuję, że bliżej będzie im do strefy pucharowej, niż tej spadkowej. Boję się jednak, że jak wejdą między wrony, to zaczną krakać jak i one. Zacznie się większa kasa, kłótnie o premie i kolejny team napisze scenariusz do jeszcze jednej telenoweli.

Wracając jeszcze do samego meczu. Podbeskidzie zmarnowało ogromną szansę na finał. Przy prowadzeniu 2:0 powinni zakotwiczyć się na własnej połowie i odpierać ataki, niekiedy licząc na kontry. Nie wiedzieć dlaczego, nieustannie grali oni bardzo otwartą piłkę i pozostawiali rywalom zbyt dużo miejsca. Nadziali się. Szkoda, może ktoś pomyśleć. A jakby przez przypadek zdobyli puchar? Byłby niezły cyrk z Ligą Europy, licencjami, o poziomie nie wspominając. To brutalne, ale dobrze się stało, jak się stało. Podbeskidzie poległo dla dobra polskiej piłki.

Hals- und Beinbruch Peschko!

Na temat Peszki i tej całej farsy związanej z jego ucieczką z Poznania miałem pisać już dwa dni temu. Całe szczęście utrzymałem emocje na wodzy i kolejne informacje podziałały na mnie nieco kojąco.

Wyobrażając sobie zadłużony po uszy i zajmujący przygnębiająco niskie miejsce w tabeli klub, myślałem, że Peszko nie zarobi w Niemczech kokosów. Denerwowało mnie to tym bardziej, że inkasując w Kolonii tylko nieco więcej nie miałby kompletnie żadnego sensownego motywu do odejścia już zimą. Tymczasem okazało się, że biedne Koeln, które fundusze na transfer Polaka wyżebrało od prywatnego inwestora, oferuje mu pieniądze nieproporcjonalnie większe od jego dotychczasowej gaży. Jak widać, nie tacy oni jednak szmaciani, jak ich malują.

Były już skrzydłowy Lecha za najbliższe pół roku gry ma zarobić w Kolonii prawie tyle, ile największy krezus polskiej ligi, Manuel Arboleda bierze za cały sezon. Kiedy uwzględnimy przy tym premie (kolejne 10 tys. za każdy zdobyty w lidze punkt) bardzo możliwe, że reprezentant Polski prześcignie swojego byłego kolegę. Jestem z tego zadowolony, bo mam świadomość, że chociaż w pieniądzach zostanie mu zrefundowane to, co może go w Poznaniu ominąć.

Ostawiając jednak rzeczy materialne na bok, zapominając o bajecznych cyferkach. Jakim cudem czołowy piłkarz mistrza Polski decyduje się na transfer do niszowego klubu Bundesligi? Na dodatek dzieje się to w przerwie zimowej, niedługo przed arcyważnymi nie tylko dla Lecha, ale i całej polskiej piłki pojedynkami z Bragą. Możemy psioczyć na władze Kolejarza, za uwzględnienie tej idiotycznej klauzuli w podpisanej nie tak dawno umowie. To jednak sam Peszko, kiedy tylko poczuł słodki zapach zachodu, chciał odejść, żeby nie powiedzieć uciec czy wyrwać się. Cały transfer był dopinany w kuluarach, bez żadnego udziału przedstawicieli Lecha, co świadczy tylko o braku szacunku. Władze poznańskiego klubu namawiały go do pozostania, lecz zamiast walki o nadal możliwe mistrzostwo Polski i perspektywę zaprezentowania się na arenie europejskiej woli stoczyć batalię o utrzymanie w Bundeslidze. Postawił wszystko na jedną kartę. Jeśli FC Koeln pozostanie w elicie, a patrząc na pozostałe wzmocnienia jest to możliwe, Polak będzie miał szansę zostać gwiazdą i zainkasuje już naprawdę niebanalne pieniądze. Tylko czy nie mógł tego odłożyć na lato? Władze Lecha nie szukają piłkarza na jego miejsce, w następcy upatrując młodego Jacka Kiełba. Talentu nikt mu nie ujmie, ale czy będzie w stanie udźwignąć ciężar jaki spoczywał na Peszce? Rodzi się zbyt wiele pytań i niedomówień. A Braga już czeka.

Lech wkracza na „international level”?

Po kompromitujących występach ze słabiutkimi Interem Baku i Spartą Praga lechici z wielkimi problemami i przy dużej dozie szczęścia wyeliminowali ukraińskie Dnipro. Swoją drogą już przed meczem z Czechami pisano, że będzie to wymagający przeciwnik i przeprawa nie będzie prosta. Wyrzucenie mającego znacznie większy budżet ukraińskiego klubu kilka miesięcy temu było sporym sukcesem, a dziś praktycznie nikt już o tym nie pamięta. Czy oznacza to, że Lech sukcesywnie osiąga poziom międzynarodowy i dobre wyniki Kolejorza nieco nam spowszedniały?

Pierwszy remis z Juventusem odbił się w Polsce (i nie tylko) szerokim echem. Polski klub pokazał niedowiarkom figę, udowadniając, że może nawiązać walkę z najlepszymi. Jeszcze wtedy traktowałem to jednak jako swoisty wybryk, teatr jednego aktora – Artjomsa Rudnevsa. Zwycięstwo z Salzburgiem też nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Drużyna mająca silnego sponsora, dobrego szkoleniowca ale w gruncie rzeczy znacząca niewiele. W lidze wiodło im się podobnie jak Lechowi, czyli bezpłciowo, z tym, że oni w spotkaniach Ligi Europy wyglądali tak samo jak na krajowym podwórku. Kolejne spotkanie i porażka z Manchesterem City. Mimo przegranej byłem dumny, że poznaniaków stać było na choćby cząstkowe i nieco złudne nawiązanie walki z nieporównywalnie lepszym zespołem. Z niewiele znaczącej bramki Joëla Tshibamby cieszyliśmy się jak dzieci.

No i potem przyszedł mecz z The Citizens w Poznaniu – szok i niedowierzanie. Lech Poznań poza boiskiem to przy angielskim gigancie co najwyżej ołowiany żołnierzyk. Polacy zagrali przede wszystkim bardzo mądrze, mając na uwadze swoją niższość i braki wobec przeciwników. Nikt nie powie mi przecież, że piłkarze Lecha są lepsi od tych z City, bo to byłby absurd. Zdarza się natomiast, że wypracowany kolektyw i dyscyplina biją na głowę wszystkie indywidualności. Przed rewanżowym meczem z Juventusem wielu pokusiło się o typowanie poznaniaków na faworytów. Niepoprawni optymiści? Być może… cofnijmy się jednak o kilka miesięcy do tyłu.

Nie czarujmy się – nikt, absolutnie nikt nie wierzył w to, że lechitom uda się wyjść z tej grupy. Co poniektórzy cieszyli się najwyżej z tego, że do Poznania zawitają gwiazdy światowego formatu. Minęło kilka miesięcy  i co? Śmiem twierdzić, że remis z Juventusem jest tak samo elektryzujący co niedawno zdobyta bramka Tshibamby w przegranym spotkaniu na City of Manchester Stadium. Świadczy to tylko i wyłącznie o fakcie, że Polacy błyskawicznie przyzwyczajają się do zwycięstw Lecha. Czymże jest dziś drużyna Udinese, która dwa lata temu okazała się zaporą nie do przejścia? Wówczas Friulanich uważaliśmy za zespół o wiele lepszy, chociaż niemiłosiernie zawodzili w lidze, a dziś? Gdybyśmy w 1/16 znów na nich trafili (co jest niemożliwe, bo w poprzednim sezonie otarli się o Serie B), to byłoby dla nas niezmiernie szczęśliwe losowanie. Nie można powiedzieć, że polska liga rośnie w siłę. Lech i ekstraklasa to dwa bieguny, intensywnie się odciągające. Kogo byłoby stać na podobne wyniki w Europie, gdyby zajął miejsce Lecha? Legię? Wisłę? Nie sądzę… Miejmy nadzieję, że w przyszłym sezonie (wszyscy powtarzamy to od lat).

Prawda jest taka, że w tej chwili nie straszny nam żaden przeciwnik i bardzo dobrze. Roma? Auxerre? A może Napoli? Dziś, w naszych nastawionych na zwycięstwa głowach każdy rywal wydaje się być do przejścia.

Ku chwale polskiej piłki

Środową rywalizację Lecha i Juventusu z całą odpowiedzialnością mianuję najważniejszym meczem sezonu dla polskiej piłki. Podczas gdy reprezentacja gra o pietruszkę, to właśnie pojedynek z Włochami będzie miał największe znaczenie dla naszego futbolu. Poznaniakom do tego aby znaleźć się w blasku chwały i na ustach całej piłkarskiej Europy wystarczy remis.

Patrząc na wcześniejsze wyniki Kolejorza w rozgrywkach Ligi Europy, poprzeczka nie wydaje się być zawieszona zbyt wysoko. Analogicznie – skoro udało się odprawić z kwitkiem mocarny Manchester City, to wygrana ze Starą Damą będzie łatwiejszym zadaniem. Podobne porównania mają jednak nikłe zastosowanie w praktyce. Juventus nie jest już tą samą rozsypanką, którą przypominał podczas meczu z Lechem w Turynie. Trener Luigi Del Neri sukcesywnie wpaja swoim podopiecznym autorską filozofię futbolu i od jakiegoś czasu obserwujemy tego naoczne efekty.

Biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki, w których biorą udział, Bianconeri kontynuują imponującą serię dwunastu spotkań bez przegranej! Ostatnimi pogromcami turyńczyków byli piłkarze Palermo, a miało to miejsce pod koniec września. Kibiców Kolejorza z pewnością uspokoi fakt, że Włosi z tuzina meczów bez porażki wygrali zaledwie cztery, a jedynym znaczącym rywalem, któremu ukradli komplet punktów jest AC Milan. Nie licząc Rossonerich piłkarze Juventusu złoili przeciętne Cagliari i beniaminkowe lichoty, Lecce i Cesenę, których ligowy dorobek punktowy oscyluje w granicach błędu statystycznego.

Zostawiając jednak wyniki gdzieś na boku i przyglądając się wyłącznie piłkarzom w strojach ozdobionymi biało-czarnymi pasami. Praktycznie nie przypominają oni drużyny, która we wrześniu sensacyjnie dała sobie strzelić poznaniakom pamiętnego hat-tricka. Przede wszystkim znacznie lepiej prezentuje się defensywa, która jakby nie było jest rdzeniem każdej włoskiej ekipy. W bramce cuda czyni wiecznie niedoceniany Marco Storari. Tuż przed nim biegają stoperzy, Bonucci i Chiellini, których współpraca zaczyna wyglądać coraz lepiej. Boki obrony w osobach mającego już najlepsze lata za sobą Fabio Grosso i nieco ślamazarnego Marco Motty prezentują się już znacznie gorzej. Na prawej stronie formacji defensywnej być może jednak będzie nam dane oglądać zaledwie 18-letniego, świetnie zapowiadającego się Frederika Sorensena. W drugiej linii trener Del Neri ma chyba największe pole do popisu. Na środku bardzo dobrze radzą sobie Alberto Aquilani i Felipe Melo, w których były szkoleniowiec Sampdorii tchnął nowego ducha. Nawet słabsza dyspozycja Mohameda Sissoko nie psuje humoru kibicom Bianconerich.

Największe dobro Juventusu i jednocześnie powód zmartwień Lecha znajduje się na prawym skrzydle. To Milos Krasić – śmiem twierdzić, że jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy transfer Starej Damy od czasów pamiętnej afery Calciopoli. Praktycznie z miejsca odnalazł się w nowym klubie i dziś to najgroźniejsza karta w talii Del Neriego. Niesamowita szybkość, efektowny drybling, świetny balans ciałem i dobre dośrodkowanie. To tak jakby wziąć Sławomira Peszkę i pomnożyć go razy dwa. Arcytrudne zadanie będzie miał odpowiedzialny za ograniczanie Serba, Luis Henriquez. Przypuszczam, że nieco ociężały Panamczyk w pojedynku z turyńską blond-błyskawicą może nie dać sobie rady. Obym się mylił.

Im bliżej bramki przeciwnika, tym potencjał graczy Juventusu gwałtownie spada. Atak na dzień dzisiejszy jest piętą achillesową ich formacji. Sprowadzony latem Fabio Quagliarella nie do końca spełnia pokładane w nim nadzieje. Podobnie jest z Iaquintą czy kontuzjowanym Amaurim – strzelają jak na lekarstwo. Różnicę może zrobić niezniszczalny Alessandro Del Piero, który pomimo tego, że nie tak dawno świętował swoje 36. urodziny, nadal jest dla tej drużyny bezcenny.

Kto jest faworytem jutrzejszego spotkania? Nie ma wątpliwości, że Juventus. Jeśli lechici, podobnie jak z Manchesterem City, wzbiją się na wyżyny, ponad swoje umiejętności, to rzecz jasna mogą sprawić niespodziankę – takie prawdopodobieństwo istnieje zawsze. Obawiam się jednak chwili, kiedy Lech w Lidze Europy zagra tak jak w Ekstraklasie i w konsekwencji dostanie srogie lanie. Wygrana nie będzie prosta sprawą, ale myślę, że remis jest na wyciągnięcie ręki. Uczyńcie to ku chwale polskiej piłki…

%d blogerów lubi to: