Archiwa blogu

Człowiek, któremu trzeba zazdrościć

Już jako 17-letni chłopak spełniał swoje marzenia. Gwiazdy brazylijskiej piłki – Leandro, Bebeto, Renato Gaucho i przede wszystkim Zico, na którym gorliwie się wzorował, byli jego kumplami z boiska zanim jeszcze osiągnął pełnoletniość. Potem wspaniała, okraszona dziesiątkami pucharów, bujna kariera. Po jej zakończeniu, chyba trochę wbrew jego woli, wepchnięto go na ławkę trenerską. Teraz odnalazł swoje drugie powołanie.

Mocarni właściciele PSG wiedzieli komu powierzyć najważniejsze stanowisko. Leonardo ma tam władzę prawie absolutną. Pierwszy raz w Paryżu pojawił się jeszcze jako piłkarz, a było to piętnaście lat temu. W barwach PSG rozegrał tylko jeden sezon. Był to jednak epizod na tyle udany, że w dużym stopniu ustawił go do końca kariery.

– W Paris Saint-Germain spędziłem czternaście magicznych miesięcy. Pewnego dnia zostanę kierownikiem tego klubu. Ja bardziej niż na ławce trenerskiej widzę siebie za dyrektorskim biurkiem – powiedział ponad dwa lata temu, kiedy przymierzał się do objęcia posady w Milanie.

Na trenerskim koniu znalazł się za sprawą Carlo Ancelottiego. To on odchodząc z Milanu, po ośmiu wspaniałych latach, namaścił Brazylijczyka na swojego zastępcę, życząc, aby przez następne osiem sezonów dokonał jeszcze więcej cudów. Połechtał tym samym jego ogromną ambicję. Leonardo lekko się ociągał i niejednokrotnie mówił, że to nie dla niego, ale koniec końców podniósł rękawicę. Nie miał nawet licencji UEFA, ale przed wylotem uratował go fakt, że jako zawodnik zdobył mistrzostwo Świata. Po sezonie złożył rezygnację, chociaż do pozostania żarliwie namawiał go Adriano Galliani. On jednak zdał sobie sprawę, że do trenerki najzwyczajniej się nie nadaje. Trzecie miejsce w Serie A i dziewięć punktów straty do Interu potraktowano jako klęskę.

– Muszę powiedzieć, że nigdy nie wyobrażałem sobie siebie siedzącego na ławce trenerskiej i tak naprawdę nigdy się w tej roli nie odnalazłem. Nie wiem czy poprowadzę jeszcze jakiś zespół. Na pewno nie w ciągu najbliższych lat. Spróbowałem tego fachu, wzbogaciłem się personalnie. To wszystko – powiedział na konferencji prasowej kończącej jego przygodę z Rossonerimi.

Leonardo, znany ze swojej artystycznej i nie wyzbytej romantyzmu duszy, nie dotrzymał słowa. Był o krok od przejęcia reprezentacji Brazylii, którą miałby przygotowywać do mundialu w 2014 roku. Powtarzał ciągle, że nie rozgląda się za zwykłą pracą. Interesowało go wyłącznie spełnianie marzeń. Na ostatniej prostej, dosyć nieoczekiwanie, wyprzedził go jednak Mano Menenzes.

Kilka miesięcy później zrobił wszystkim gwiazdkowego psikusa. Jedna z największych ikon Rossonerich ostatniej dekady, wcieliła się w szeregi odwiecznego rywala. Został trenerem Interu. Do przyjęcia propozycji z trudem namówił go prezes Massimo Moratti. Radził sobie bardzo dzielnie i jedno trzeba mu przyznać. Tchnął dobrego ducha w przeeksploatowaną wcześniej przez Rafę Beniteza grupę piłkarzy. Zdobycie Coppa Italia i wicemistrzostwa kraju nie zadowoliły jednak nikogo, z nim samym włącznie.

Teraz siedzi za biurkiem jednego z najbardziej perspektywicznych futbolowych przedsiębiorstw na świecie. Wreszcie bezstresowo w stu procentach może realizować się zawodowo. I robić to, co robi od dziecka – spełniać swoje marzenia. Nie dostał tej roboty w prezencie. Ma idealne predyspozycje. Jest medialny, obdarzony doskonałą prezencją, elokwentny. Zna kilka języków obcych. To cechy, które podczas bycia trenerem przydawały mu się co najwyżej podczas konferencji prasowych. Przez ostatnie dwa lata, podczas każdego kolejnego meczu, wydawało się, że tylko czeka na końcowy gwizdek. Dopiero podczas spotkania z dziennikarzami czuł się jak ryba w wodzie. Dziś ze swoich największych atutów może czerpać na co dzień.

Każdy z nas jako dziecko chciał kiedyś wejść do sklepu zabawkowego z kieszeniami wypełnionymi pieniędzmi. Tak właśnie pracuje Leonardo, który ostatnio wrócił do Włoch – tym razem na zakupy.  Momo Sissoko? Nie ma problemu. Jeremy Menez? Żaden wysiłek. Udało mu się namówić nawet Salvatore Sirigu, który wyrobił sobie pozycję jednego z najsolidniejszych włoskich golkiperów. To, że Palermo puściło go za marne 3,5 miliona euro to już odrębna historia. Przejażdżka po składach włoskich klubów zakończyła się na wydatku blisko 20 milionów euro. Wcześniejsze nabytki z ligi francuskiej, Blaise Matuidi, Kelvin Gameiro i Milan Bisevac to kolejne 25 baniek. Nie zapominajmy, że w ciągu najbliższych godzin, za bagatela 43 miliony euro, do Paryża trafi także Javier Pastore. A okno transferowe zamyka się dopiero za miesiąc.

– Nowi właściciele mają ambicje, aby stworzyć długoterminowy projekt. Nie mamy zamiaru sprowadzić dziesięciu Messich, tylko ulepszyć drużynę, którą już dysponujemy. Zbudować fundamenty na przyszłość. Jest tutaj do zrobienia wiele rzeczy. Natychmiast biorę się do roboty – powiedział w dzień podpisania kontraktu z PSG.

Co teraz robi Leonardo? Bawi się? Bez opamiętania wydaje pieniądze? Nie. On po prostu spełnia swoje marzenia.

%d blogerów lubi to: