Archiwa blogu

La Cassanata – 18 grudnia 1999

Antonio Cassano to absolutny unikat. Przez wielu włoska piłka nożna jest utożsamiana właśnie z nim. Boiskowe ekscesy stały się jego domeną i na ich określenie narodził się neologizm (la cassanata, pochodna od włoskiego la cazzata, znacząca tyle co „idiotyzm”). Cofnijmy się jednak o kilkanaście lat wstecz.

Cassano wychowywał się w bardzo trudnych warunkach. Za kształtowanie jego charakteru odpowiadała samotna matka, która musiała pracować na utrzymanie rodziny i nie poświęcała synowi zbyt wiele uwagi. Antonio wychowywał się więc na ulicy, pośród walących się kamienic w biednej dzielnicy położonego na południu Włoch miasta Bari. W tamtych okolicach jedyną religią był futbol i bezgraniczne oddanie ukochanemu klubowi. Pierwszych piłkarskich szlifów nie nabierał w renomowanych szkółkach czy akademiach piłkarskich. Kopał piłkę z kompanami, na kilku metrach kwadratowych betonu bądź w zamkniętych pomieszczeniach. Koledzy nazywali go „białym koniem”, z uwagi na pociągłą twarz i niesamowitą szybkość. Na podwórku wszyscy chcieli mieć go w swojej drużynie, od zawsze miał naturę zwycięscy. Nawet kiedy przychodziło mu mierzyć się z przeciwnikami starszymi o kilka lat, wynik zawsze rozstrzygał na swoja korzyść. Obracał się w nieciekawym towarzystwie i jak sam podkreśla – był dzieckiem ulicy.

Byłem biedny, ale chcę podkreślić, że nigdy w życiu nie pracowałem, bo też nie umiem nic robić. Ludzie opowiadają różne rzeczy, ale to wszystko sterta bzdur. Na przykład nigdy nie byłem kelnerem. Rzeczywiście, chodziłem do pizzerii mojego przyjaciela Mimmo, ale tylko dlatego, że był dla mnie jak brat. Widząc, że nie pachnę groszem zawsze dawał mi coś do jedzenia. (…) Stare miasto w Bari było centrum mojego świata. Prezes Mattarese dał mnie i mojej matce apartament w eleganckiej dzielnicy, ale nie robiłem tam nic poza spaniem i myciem twarzy. Czułem się jak na odludziu albo wygnaniu.

Futbolowy talent był jego jedyną szansą na wybicie się ponad przestępczy światek i wydostanie się z szarej, pozbawionej perspektyw rzeczywistości. W sektorach młodzieżowych Bari było bardzo wielu młodych chłopaków i wszyscy marzyli o tym, aby stać się profesjonalnymi piłkarzami. Cassano zdecydowanie wystawał ponad poziom. Oznaczony gęstym trądzikiem na twarzy chłopak strzelał gola za golem, imponując niezwykłą skutecznością i boiskową dojrzałością. Jego dobrą postawę docenił ówczesny trener Gallettich, Eugenio Fascetti, dając mu szansę treningów z pierwszym zespołem. Cassano wspomina go po latach jako jedynego trenera z którym nie popadł w żaden konflikt. 11 grudnia 1999 roku zadebiutował w Serie A i to nie w byle jakim meczu, bo były to derby Apulii i spotkanie z US Lecce. Prawdziwa eksplozja talentu nastąpiła jednak kolejnej niedzieli, w następnej kolejce.

Pewien grudniowy dzień 1999 roku, który bez wątpienia diametralnie odmienił jego życie. Tak od strony sportowej jak i tej osobistej. Wówczas na Stadio San Nicola przyjechała naszpikowana gwiazdami ekipa Interu Mediolan. Perruzzi, Blanc, Zanetti, Zamorano, Vieri… to tylko niektóre nazwiska spośród graczy ówczesnej wyjściowej jedenastki La Beneamata. Młoda ekipa Bari podeszła do spotkania bez kompleksów. Bardzo szybko, bo już po siedmiu minutach gry na prowadzenie, za sprawą kapitalnego uderzenia młodziutkiego Enyinnaya’y (którego historia też jest niezwykle ciekawa) na prowadzenie wysunęli się gospodarze. Kilka minut później wyrównał Cristian Vieri, lecz Inter tego meczu nie wygrał. Ba, nawet nie zremisował, bo w 87. minucie stało się coś, co przewróciło świat młodego Antonio do góry nogami. Wówczas nikomu nieznany młodzian otrzymał kilkudziesięciometrowe podanie  i po doskonałym przyjęciu piłki, jak tyczki minął fundamenty mediolańskiej defensywy, Cristiana Panucciego i Laurenta Blanca, po czym pokonał strzegącego bramki Nerazzurrich, Fabrizio Ferrona. Kibice zgromadzeni na Stadio San Nicola oszaleli z radości i Bari dowiozło pomyślny rezultat do końcowego gwizdka arbitra.

Po tym meczu ludzie czcili mnie jak Boga. Przynosili do domu masę jedzenia. Wcześniej nie miałem co włożyć do garnka, a począwszy od tamtego wieczoru mogłem zostać grubasem. (…) Antonio Cassano w pewnym sensie narodził się dwa razy. 12 Lipca 1982, kiedy mama Giovanna urodziła tego szaleńca i 19 grudnia 1999, kiedy usłyszał o nim cały świat. (…) Od tamtej pory stałem się sławny i bogaty. Inaczej patrzyły też na mnie kobiety. Czułem się prawie jak Brad Pitt, a wszystko dzięki jednemu zagraniu piętą. Piłka nożna na prawdę czyni cuda.

W swojej biografii pisze, że po zdobyciu tej pamiętnej bramki z nadmiaru emocji urwał mu się film. To, że otrzymał żółtą kartkę – pierwszą w karierze – przypomniał sobie dopiero po obejrzeniu powtórek w telewizji. Potem przyszedł czas na wywiady telewizyjne, zdjęcia w gazetach i rozdawanie autografów – świat Cassano zmienił się diametralnie. Ten mecz, ta bramka zepchnęły go z usłanej niebezpieczeństwami drogi, którą wybrałby z zamkniętymi oczami. Brutalne dzieciństwo ukształtowało jego charakter i paradoksalnie gdyby nie ono, dziś prawdopodobnie o Cassano nie słyszałby nikt, poza matką i garstką kolegów z dzielnicy Bari Vecchia…

%d bloggers like this: