Archiwa blogu

Andrea Pirlo. Zapomniany wirtuoz, który wrócił za fortepian

Janne Ahonen piłki nożnej. Człowiek maska. Gdyby nie jego nieprzeciętne umiejętności piłkarskie, prawdopodobnie zostałby latarnikiem. Albo jeszcze lepiej – kosmonautą, który wyleciałby na księżyc i najchętniej już nigdy z niego nie wrócił. Andrea Pirlo. Jeden z najnudniejszych piłkarzy świata. Wiecznie człapiący i jednocześnie tak bardzo szybki. Niedościgniony. Dziennikarze, mówiąc delikatnie, za nim nie przepadają. I nie dziwne, skoro na wszystkie pytania odpowiada, jakby jego suflerem był starej generacji, zaprogramowany na kompletną sztampę robot. Ma nudną twarz, nudne włosy, nudne ciało… Tylko te jego podania… Geniusz.

Żona, dzieci… Ostatni raz na dyskotece był chyba podczas balu mikołajkowego, jakoś na początku podstawówki. Pewnie podpierał ścianę. Jego nazwiska nie ma w notesach pracowników koncernów reklamowych, czy agencji PR-owych. Dlaczego? Bo jest niereformowalny. Wśród wymodelowanych, metroseksualnych koleżków po fachu, wygląda jak nie pasujący element. Czarna owca. Dinozaur, który jakimś cholernym fartem wykluł się ze skamieniałego jaja.

Przez dwadzieścia ostatnich lat przybyło mu kilka zmarszczek i stał się uboższy o parę włosów. Poza tym ciągle to samo zaczesanie, ten sam grobowy wyraz twarzy, która nieprzypadkowo najbardziej roześmiała się jednak dopiero w koszulce Juventusu. Prawdopodobnie sięgając przy tym granic swoich mimicznych możliwości.

Image and video hosting by TinyPic

W Milanie, przed rokiem, do jego sprawy podeszli z rygorystycznym, kunsztownym wręcz profesjonalizmem. Zajrzeli w metrykę i okazało się, że termin jego piłkarskiej przydatności właśnie dobiegł końca. I chociaż wcale nie wyglądał jeszcze najgorzej, powiedzieli mu, że jest za stary i nie pasuje do koncepcji trenera. Fakt. Massimiliano Allegri planował stawiać na Marka van Bommela i Massimo Ambrosiniego. Czy popełnił błąd? Może i tak, ale gdyby spojrzeć na to z drugiej strony… Być może jest zupełnie odwrotnie? Może tym, że go odstrzelił, przyczynił się do jego sukcesów i wyników reprezentacji? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na twarz, pewnie trochę z łaski, rzucono mu roczny kontrakt. Potraktował to jak policzek. Uniósł się honorem i odszedł. – Czy w Milanie żałują swojej decyzji? Nie wiem, ale podczas sezonu otrzymywałem sporo sms-ów od piłkarzy Rossonerich, że czuć tam moją nieobecność. Ja jestem jednak szczęśliwy. Wygrałem – mówił zaraz po zakończeniu zwieńczonego mistrzostwem sezonu.

Pod batutą młodego oraz niesamowicie energicznego i zarażającego pozytywną energią Antonio Conte, powrócił stary, dobry Pirlo. Ostatnie sezony w jego wykonaniu nie wyglądały tak dobrze. Był jak zapomniany, trochę przykurzony i wypalony muzyk, siedzący za barem i samotnie sączący kolejną lampkę wina. W Juventusie znów w niego uwierzono. Posadzono go tam, gdzie jego miejsce – za klawiaturą futbolowego fortepianu – na którym potrafi grać przecież tak pięknie. Jak nikt inny. On poczuł, że lokuje się w nim pewne nadzieje. Że nie jest piłkarskim odpadem, za jakiego uważano go – olaboga – w Milanie. Tym samym Milanie który w swoim czasie, przecież jeszcze wcale nie tak dawno, uchodził powszechnie za piłkarski dom spokojnej starości.

I odwdzięczył się Pirlo Juventusowi jak tylko potrafił najpiękniej. Liderował młodej, efektywnej i do tego jeszcze widowiskowo grającej ekipie, zaliczając najwięcej występów w karierze (37), notując 14 asyst i zdobywając trzy bramki.

* * *

– Ej, ty, młody. Podejdź tu na momencik. Jak się nazywasz?
– Andrea Pirlo, proszę pana.
– Ile masz lat?
– Za kilka dni skończę sześć, proszę pana.
– Naprawdę? A od kiedy grasz w piłkę?
– Od zawsze, proszę pana.

Był rok 1985. Wiosna. Jakiś dziecinny turniej piątek. On przykuł uwagę Roberto Clericiego, łowcy talentów Brescii, w sposób wyjątkowy. Mały, wątły, ważący trzydzieści kilogramów blondas ubrany w nieco potarganą i sfatygowaną koszulkę wpuszczoną w szorty. – Dokładnie wiedział, gdzie posłać tę piłkę. Zauważył, że angielski bramkarz skacze po linii jak popaprany. Dał sobie ułamek sekundy na decyzję i, kiedy tamten się rzucił, posłał piłkę na środek. To jest właśnie domeną mistrzów. Sprawiać, że rzeczy trudne stają się dziecinnie proste – skomentował Clerici sławetny już rzut karny swojego wychowanka, wykonany w serii jedenastek przeciwko Anglii.

Wówczas Pirlo pokazał swoją boiskową arogancję, ale przy tym kompletny perfekcjonizm. W jednym z barów, niedaleko swojego domu, śledził go i sam Panenka. – Razem ze mną było może trzydzieści osób. Kiedy Pirlo zdobył bramkę, wszyscy krzyknęli: „karny Panenki!”. Byłem szczęśliwy i bardzo, bardzo dumny. Mój pomysł nie umarł. Co prawda uderzył piłkę trochę niżej niż zrobiłbym to ja, ale sens pozostał ten sam. Strzelałem w ten sposób trzydzieści razy. Pomyliłem się tylko jednokrotnie – wspomina słynny Czech na łamach „La Gazzetta dello Sport”.

Co ciekawe, kiedyś swoją próbę spalił i Pirlo. Wówczas w ten sposób nie dał się pokonać rezerwowy bramkarz Barcelony, Pinto, który wytrzymał napięcie, ustał i złapał piłkę, jakby była kolorowym balonem. Miało to miejsce dwa lata temu, podczas meczu towarzyskiego Blaugrany z Milanem.

We Włoszech na taką podcinkę, mówi się „il cucchiaio”, czyli po prostu łyżeczka, co przy tej specjalnej okazji dało początek dziesiątkom żartów i grafik. Poniżej na przykład mamy Pirlo wciskającego Hartowi jedzenie. „No, dalej, jeszcze jedną łyżeczkę!”

Image and video hosting by TinyPic

Spotkanie Włochów z Anglikami gazety zapowiadały jako pojedynek Pirlo i Stevena Gerrarda, który notabene wyglądał na będącego w równie świetnej formie. Teraz wiemy, że słowo „pojedynek” było zupełnie nieadekwatne do zaistniałej sytuacji. To była miazga, nie żaden tam pojedynek. Tego dnia Włoch zmiótłby go nawet sygnalizowanym prztyczkiem w ucho. Z resztą… zobaczcie sami.

Image and video hosting by TinyPic

Już podczas fazy grupowej prezentował się dobrze albo bardzo dobrze. Mecz z Anglikami okazał się jednak jego najlepszym. Wzbudził nim podziw u największych, co dało się odczuć przeglądając Twittera.

Image and video hosting by TinyPic

We Włoszech przebąkuje się nawet, że na naszych oczach, w trybie błyskawicznym, rośnie jeden z kandydatów do zdobycia Złotej Piłki. Co prawda nie gra ani w Realu, ani w Barcelonie. Żyje mało wystawnie. Tak, jak tylko najskromniej może żyć człowiek, który zarabia pięć milionów euro rocznie.

Może i jest nudny. Wyglądający tak, jakby w ciągu swojego życia przespał ledwie trzy pełne noce. Ma w sobie jednak pewien tajemniczy, kosmiczny pierwiastek. Cząstkę, której w równym stopniu pozazdrościć mogą mu tak Leo Messi, jak i Cristiano Ronaldo. Dziś ma ona dać zwycięstwo Italii nad Niemcami.

„Non c’e problema” – życiowe perypetie Antonio Cassano

Wypierdalaj! Możesz mi possać, zasrany dziadu! – te słowa Antonio Cassano kilka miesięcy temu wykrzyczał w stronę prezesa Sampdorii, Riccardo Garrone, trzaskając jednocześnie drzwiami jego gabinetu. Krnąbrny charakter Fantantonio wypalił ponownie w momencie, gdy wszyscy uwierzyli w jego świętość. Nabrali się, że w końcu poszedł po rozum do głowy i nareszcie, w wieku 29 lat, wydoroślał. A tu figa.

Od pamiętnego incydentu minął już prawie rok. Paradoksalnie, zgnojenie człowieka, który kiedyś wyciągnął do niego pomocną dłoń i traktował jak własnego syna, wyszło mu na dobre. Teraz reprezentuje barwy klubu, który jest bezapelacyjnie najlepszy we Włoszech i powoli odbudowuje swoją pozycję w Europie. Stał się również czołową postacią reprezentacji, która w przeszłości przysporzyła mu więcej rozczarowań, niż radości. Jego celem numer jeden jest godny występ na naszym Euro 2012. Jak na razie wszystko ma się ku dobremu, bo Włosi zdążyli już przecież zapewnić sobie awans, a Cassano, z czterema bramkami na koncie, jest najlepszym strzelcem Squadra Azzurra.

W niedawnym spotkaniu towarzyskim z Hiszpanami na jego ramieniu pojawiła się opaska kapitana. Mecz rozgrywany był na San Nicola w Bari. Tam, gdzie Cassano wychował się i zaistniał w Serie A. Tam, gdzie jako nastolatek, swoją niesamowitą grą, zapracował sobie na transfer do Romy. Pośrednio był to uprzejmy ukłon w stronę apulijskich kibiców, którzy bezgranicznie go uwielbiają, ale też wyraz zaufania do samego piłkarza. Uświadomienie mu, że jest ważnym, o ile nie najważniejszym ogniwem reprezentacji.

Przez kilka tygodni wakacji Cassano niesamowicie się zapuścił. Na nadwyżkę jego masy tłuszczowej narzekali i Massimiliano Allegri, i selekcjoner włoskiej kadry, po czym jednak z pieśnią na ustach wystawiali go w pierwszych jedenastkach swoich ekip. W tym sezonie także miał być tylko uzupełnieniem składu Rossonerich, co wyraźnie mu się nie podobało. Wiedział, że aby grać w reprezentacji, musi regularnie strzelać w klubie. Wszelkie spekulacje uciął jednak Adriano Galliani. – Cassano ma ważny kontrakt i zostanie w Milanie dopóty, dopóki będzie chciał być częścią naszego projektu. Dla nas to istotny piłkarz – mówił przed samym zamknięciem okna transferowego.

Za kształtowanie jego niepokornego charakteru odpowiadała ulica i w mniejszym stopniu samotnie wychowująca go matka. W rzeczywistości Cassano dorastał w szemranym towarzystwie, pomiędzy obskurnymi kamienicami najstarszej i najbiedniejszej dzielnicy Bari. Pierwszych piłkarskich szlifów nie nabierał na luksusowej sztucznej trawce, jaką dziś mają do dyspozycji choćby młodzi Polacy. Futbolówkę kopał w wąskich uliczkach lub opuszczonych halach, dosłownie na kilku metrach kwadratowych. Z uwagi na pociągłą twarz i niespotykaną szybkość znajomi nazywali go „białym koniem”.

Naturę zwycięzcy wyssał z mlekiem matki. O kilka lat starsi przeciwnicy? „Non c’è problema”. Nazwisko Cassano było synonimem wygrywania. Każdy chciał go w swojej drużynie. Na zwycięstwo jego zespołu koledzy stawiali wszystkie swoje oszczędności.

„Byłem biedny, ale chcę podkreślić, że nigdy w życiu nie pracowałem. Dlaczego? Bo do niczego się nie nadaję. Ludzie opowiadają różne rzeczy, ale to wszystko sterta bzdur. Na przykład nigdy nie byłem kelnerem. Rzeczywiście, chodziłem do pizzerii mojego przyjaciela Mimmo, ale tylko dlatego, że był dla mnie jak brat. Widząc, że nie pachnę groszem zawsze dawał mi coś do jedzenia czy zabierał na przejażdżki swoim samochodem (…) Stare miasto w Bari było jak centrum mojego świata. Prezes Mattarese (właściciel AS Bari – red.) dał mnie i mojej matce apartament w eleganckiej dzielnicy, ale nie robiłem tam nic poza spaniem i poranną toaletą. Czułem się jak na odludziu albo wygnaniu” – wspomina w swojej autobiografii.

Jedyne, co miał, to talent do kopania piłki. Wyłącznie z jego pomocą miał szansę wybić się ponad wszechobecną szarość i przeciętność. W zespołach młodzieżowych Bari imponował skutecznością i dojrzałością – rzecz jasna tą boiskową. Wyróżniającego się chłopaka wyhaczył ówczesny trener Gallettich, Eugenio Fascetti, którego po latach Cassano wspomina jako jedynego szkoleniowca, z którym nie popadł w żaden konflikt.

O młodym Antonio świat usłyszał w grudniu 1998 roku. Był to dzień starcia Bari z naszpikowanym gwiazdami Interem. W 87. minucie nikomu nieznany, nieopierzony chłopak z prowincji, zdobywając zwycięską bramkę, uszczęśliwił całe miasto. Jak tyczki minął klasowych Cristiana Panucciego i Laurenta Blanca, po czym pokonał strzegącego bramki Nerazzurrich, Fabrizio Ferrona. W tej jednej chwili zmienił się cały jego świat. Nadeszły lepsze dni.

„Po tym meczu ludzie czcili mnie jak Boga. Ludzie przynosili do domu masę jedzenia. Wcześniej nie miałem co włożyć do garnka, a począwszy od tamtego wieczoru mogłem jeść do woli. (…) Antonio Cassano w pewnym sensie narodził się dwukrotnie. 12 Lipca 1982, kiedy mama Giovanna wydała tego popieprzeńca na świat i 19 grudnia 1999, kiedy znalazł się na ustach wszystkich. (…) Od tamtej pory stałem się sławny i bogaty. Inaczej patrzyły też na mnie kobiety. Czułem się prawie jak Brad Pitt, a wszystko dzięki jednemu zagraniu piętą. Piłka nożna naprawdę czyni cuda” – przywołuje we wspomnieniach tamten wieczór.

Był tak oszołomiony, że praktycznie utracił świadomość. O żółtej kartce, która była pierwszą w jego karierze, przypomniał sobie dopiero po prześledzeniu powtórek. Jeden moment, jedno zagranie, zepchnęło go ze ścieżki, która nieuchronnie prowadziła do trującej otchłani. Miałby wówczas szansę na zyskanie statusu gwiazdy, ale co najwyżej więziennego dziedzińca.

„Jeśli nie strzeliłbym tego gola, nie zagrał w tym meczu, to prawie pewne, że zostałbym przestępcą. Jeśli nie miałeś chęci do pracy, a mnie nic się nie chciało, to nie było zbyt wielu alternatyw. Jedynymi rzeczami, które umiałem było bieganie i dryblowanie. Do dzisiaj nie zmieniło się nic, bo nadal potrafię tylko to.”

Dziś synonim boiskowego chuligaństwa. Wówczas był to spokojny, młody człowiek. Zapewne pokorniejszy od wielu kolegów ze swojej dzielnicy Bari Vecchia, gdzie drobne kradzieże czy rozboje były na porządku dziennym. Wybryki Cassano włosi nazwali neologizmem – le cassanate (słowo pochodzi od le cazzate, czyli idiotyzmy). Jego pierwsze pojedynki z arbitrami miały miejsce jeszcze za czasów gry w Romie. Po transferze do Realu Madryt jakby nieco ucichł. Jedyną hiszpańską cassanatą była pamiętna parodia zachowania przy linii bocznej ówczesnego trenera Królewskich, Fabio Capello.

„Otrzymałem wtedy dwie propozycje, z Interu i Realu Madryt. Czułem się jednak związany z Romą i nie chciałem wzmacniać jej bezpośredniej konkurencji. Byłem praktycznie zdecydowany na wyjazd do Hiszpanii. Zapytałem jeszcze moją kobietę: jedziemy? W porządku, pakuj się. Dwa wielkie błędy: ona i Madryt. Lepiej wyszedłbym na wyborze Interu. W Realu poznałem jednak wielkich piłkarzy. Zidane, Beckham, Raul, Guti, Roberto Carlos. Moim ulubionym był Ronaldo. Numer 99 w Sampdorii wybrałem właśnie po to, aby go uhonorować. Szkoda, że przez kontuzje pokazał może 60-70 procent swojej prawdziwej wartości. On też, podobnie jak ja, nie lubił trenować” – wspomina czas spędzony w stolicy Hiszpanii.

Najzabawniej jednak było podczas jego występów w Sampdorii. Potrafił rozpłakać się na boisku jak małe dziecko, po otrzymaniu żółtego kartonika, który uniemożliwiał mu grę przeciwko byłemu klubowi – Romie. Innym razem cisnął koszulką w arbitra po tym, jak wyrzucił go z boiska. Chwilę wcześniej rzucił się na niego z pięściami i gdyby nie piłkarze Regginy, to prawdopodobnie doszłoby do mordobicia. Jeszcze schodząc do szatni krzyczał w kierunku sędziego „ti aspetto fuori”, zapraszając go na męską rozmowę już po ostatnim gwizdku.


To była ostatnia cassanata, aż do momentu, kiedy padły słowa zacytowane na początku tekstu. Powód ich wypowiedzenia był pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Prezes Sampdorii poprosił Cassano, aby ten pojawił się na gali wręczenia nagrody dla najlepszego piłkarza La Samp ubiegłego sezonu. Wtedy Cassano zaczął ciskać w niego niewyrafinowanymi obelgami. Obraził go przy kręcących się w pobliżu kibicach oraz innych członkach zespołu. Po jakimś czasie przeprosił i zadeklarował chęć pozostania. Prezes Sampy pokazał jednak, że ma jaja i bez większego żalu wytransferował go do Milanu. Drugi z podstawowych napastników, Giampaolo Pazzini, czuł się osamotniony i powędrował do Interu. W konsekwencji Sampdoria wylądowała w Serie B.

Teraz historia poniekąd się powtarza. Cassano ustatkował się po raz kolejny. Stał się ważnym elementem wielkiej drużyny. Znowu wszystkim wydaje się, że znormalniał. W tym miejscu wypada zacytować dewizę życia innego piłkarza Rossonerich, Gennaro Gattuso. Kto urodził się kwadratowy, nigdy nie umiera okrągły. Jednego odmówić mu jednak nie sposób. Z piłką przy nodze wygląda jak prawdziwy profesor.

WESZLO.COM

Polacy, bierzcie przykład z Milanu!

Czy aby zdobyć mistrzostwo Włoch potrzeba było wiele? I tak, i nie. Kluczem okazały się zainwestowane w odpowiedni sposób pieniądze. Proste, nieprawdaż? Kiedy popatrzymy na naszą ligę, możemy jednak dojść do wniosku, że niektórym logiczne myślenie przychodzi z umiarkowaną lekkością.

Przecież wystarczy tylko stosować się do kilku banalnych, na pierwszy rzut oka zasad. Nie można sprowadzać graczy, których nie chcą nigdzie indziej. Szansa, że taki jeden z drugim okaże się wzmocnieniem jest iluzoryczna. Przez kasy polskich klubów przewijają się pokaźne kwoty. Czy w to wierzycie, czy też nie – na grę w naszej lidze decydują się piłkarze coraz wyższej jakości. Infrastruktury może pozazdrościć nam niejeden kraj, z którym piłkarsko mierzyć nie będziemy się mogli prawdopodobnie nigdy. Za rok odbędzie się u nas Euro. Mało? Nijak nie potrafimy spożytkować swoich atutów.

Nie do końca przemyślane transfery z łapanki. Absolutnie eksperymentalne, loteryjne. Taką politykę transferową mogą obrać kluby biedniejsze. Fakt. Pięknie oglądać trafiony zakup za kilkadziesiąt tysięcy euro, mijającego jak tyczki tych wartych miliony. Takie bajki rzadko jednak znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Ktoś, kto ma pieniądze, powinien inwestować je z głową. Tak jak robi, lub robił to w ostatnich latach poznański Lech. Jak już kiedyś pisałem, podobną drogą podąża Wisła. Spore pieniądze wydane na piłkarzy, którzy znani są nie tylko w swoich plemiennych wioskach. Perspektywiczny, ambitny szkoleniowiec na ławce, a za biurkiem mający łeb na karku dyrektor sportowy i mistrzostwo zostało wywalczone dosyć gładko, pomimo wyraźnych wpadek. Po rundzie jesiennej chyba niewielu by na to postawiło. Ktoś powie – bo nie było konkurencji, bo Jaga odpuściła. No właśnie. Jaga odpuściła, a Wisła nie i dlatego będzie mistrzem.

W Milanie nie zadowalano się ochłapami, tak jak zrobili to przykładowo w Juventusie. Była to jednak operacja skazana na sukces. Robinho, Ibrahimović, Cassano… mało? Na deser młody, niezwykle ambitny Boateng. Jedyny problem mógł pojawić się w szatni, gdzie niepokorne gwiazdy siadają niebezpiecznie blisko siebie. Na szczęście z okiełznaniem charakternych podopiecznych poradził sobie niepozorny Massimiliano Allegri. I pomyśleć, że jeszcze trzy sezony temu trenował trzecioligowe Sassuolo.

Apel do panów prezesów polskich klubów. Mniej gwiazdorów youtube, więcej uznanych nazwisk. Często znacznie lepszy jest reprezentant Litwy czy Armenii, niż Brazylijczyk czy Portugalczyk czwartego przesiewu z wolnego transferu. Narodowość ładnie wygląda w metryce, ale tutaj chodzi przecież o umiejętności. Warto podpatrzeć Milan i, oczywiście z zachowaniem niezbędnych proporcji, podchwycić ich styl robienia zakupów. Sukces gwarantowany.

Zagubiony chłopiec

Trener bez spektakularnej przyszłości, ale z zadatkami na świetlaną przyszłość – tak jednym zdaniem można scharakteryzować człowieka odpowiedzialnego za grę AC Milanu, Massimiliano Allegriego. Czy nasz główny bohater to solidny materiał na szkoleniowca tak wielkiegu klubu, który po serii spektakularnych transferów, niczym z AK-47, teoretycznie ma prawo walczyć o najwyższe cele?

Allegri jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, co nie znaczy, że jest zupełnie anonimowy. W sezonie 2007-08 nieoczekiwanie wprowadził zaściankowe Sassuolo do Serie B i w nagrodę otrzymał angaż w Cagliari. Tam zrobił coś z niczego. Jego owocna praca została ukoronowana nagrodą Panchina d’oro (Złota ławka) dla najlepszego trenera Serie A w sezonie 2008-09. W ubiegłym roku już nie było tak kolorowo i czar miłości Allegriego i Cagliari brutalnie prysł. Pochodzący z Livorno trener został nieoczekiwanie zwolniony, żeby nie rzec dobitniej – wypieprzony.

Kiedy obejmował Milan, chyba nie zdawał sobie sprawy z tego jak ogromna czeka go odpowiedzialność, bowiem wówczas transfery last-minute gdzieś głęboko w swojej łysej głowie mógł mieć ukryte co najwyżej Galliani.

Teoretycznie Rossoneri powinni dziurawić bramki wszystkich golkiperów i odnosić łatwe zwycięstwa. Na boisku ta drużyna wygląda jednak zupełnie inaczej niż na papierze. W ogóle nie widać niesamowitego potencjału jaki kryje się w ataku Milanu. Gra jest totalnie niepoukładana, a piłkarze zdają się mylić boisko z pastwiskiem, biegając bez celu. Z takimi napastnikami teoretycznie nawet bez żadnej specjalnej taktyki powinni miażdżyć przeciwników pokroju Catanii, o Cesenie nie wspominając. Trener Allegri z pewnością ma papiery na dobrego fachowca, ale zdecydowanie brakuje mu doświadczenia. Do ogarnięcia tak specyficznej grupy indywidualistów potrzeba mocnej ręki i niesamowitego autorytetu. Mam nieodparte wrażenie, że nieco wystraszył się ciążącej na nim presji wyniku. Kiedy Rozbił beznadziejne Lecce wydawało mu się, że jego drużyna zwycięży każdego. Niestety, przyszła ekipa dużo słabsza personalnie, ale o niebo lepiej poukładana taktycznie (Cesena) i wszystkie mankamenty wyszły na jaw.

Pierwszy, tak na prawdę poważny sprawdzian czeka podopiecznych Allegriego jutro. Wyjazd do Rzymu na pojedynek z Lazio będzie dla Milanu arcytrudną przeprawą i sprawdzianem swoich wartości. Czy mediolańskie diwy eksplodują właśnie na Stadio Olimpico?

%d blogerów lubi to: