Archiwa blogu

Ebi Smolarek jakiego znamy

Ebi, Ebi… Czy Smolarek kiedykolwiek był piłkarzem do prawdy klasowym? Niektórzy twierdzą, że podczas gry w Dortmundzie, gdzie na chwilę stał się graczem pierwszego zespołu i zdobywał sporo bramek. Momentem jego chwały z pewnością możemy nazwać pamiętny występy dające nam możliwość blamażu na Euro 2008, lecz z perspektywy czasu wygląda to na jednorazowy wyskok. Cóż, polemiki na temat jego rzeczywistych umiejętności trwają i pewnie trwać będą. Faktem jednak jest, że po marności, którą prezentował kolejno w ligach hiszpańskiej, angielskiej i greckiej w dużo słabszej polskiej też wcale nie wygląda to o wiele lepiej.

Na temat transferu Smolarka pisałem w pierwszym wpisie na tymże blogu, w połowie wakacji. Przychodził jako główna diwa gwiazdozbioru Józefa Wojciechowskiego. Niesamowity szum medialny, ogromne oczekiwania, a potem wypatrywanie debiutu. Ebi na początku swojej przygody z Polonią obronił się doskonale, pakując całkiem ładną bramkę w derbowym meczu z Legią. Wówczas Czarne Koszule, ich prezes oraz trener były na ustach wszystkich. Śmiało mówiło się o zakusach na mistrzostwo Polski, a potem Ligę Mistrzów, a jakże. Są wielkie pieniądze, a wyniki to tylko kwestia czasu. Dziś Polonia to ligowy przeciętniak, pan Wojciechowski po raz enty dostaje białej gorączki, Bakero trenuje Lecha, a Smolarek popadł w znajomą przeciętność. Całe szczęście, że strzelił ostatnio swoją trzecią w tym sezonie bramkę. Inaczej moglibyśmy zupełnie zapomnieć o jego istnieniu.

Od początku rozgrywek Ebi swoją obecnością uświetnił w pełnym wymiarze czasowym tylko dwa mecze i tak jak wcześniej wspomniałem, zdobył trzy bramki. Zastanawiam się co myślał sobie Wojciechowski oferując mu kosmiczne, jak na nasze skromne warunki pieniądze. Wierzył w to, że on jest taki mocny, czy, że polska ekstraklasa tak przeciętna? Być może miał nadzieję, że kiedy na placu gry pojawi się słynny Ebi „1,6 mln zł za sezon” Smolarek w szeregach rywali zapanuje chaos i zapomną jak się gra w piłkę. Do końca sezonu jeszcze długi kawałek, ale śmiem twierdzić, że seryjnie zdobywane przez niego bramki pozostaną wyłącznie w sferze marzeń pana Wojciechowskiego, który mówił przecież, że płaci mu wprost proporcjonalnie do tego, czego od niego wymaga.

Co będzie jeśli Smolarek utrzyma swoją boiskową nijakość? Znając życie popadnie w konflikt z właścicielem Czarnych Koszul i wyląduje w Młodej Ekstraklasie. Następnie rozwiąże swój kontrakt i rozpocznie poszukiwania nowego pracodawcy, o którego wcale nie będzie już tak łatwo, skoro nie potrafi odnaleźć się nawet w Polsce. A to, że Smuda mimo wszystko widzi w nim kadrowicza, zasługuje na kolejny tekst.

Win or die

Wszystko było jasne niczym najjaśniejsza gwiazda tuż po końcowym gwizdku arbitra spotkania Polonia-Korona. Do tej pory mam przed oczami zasmuconą twarz hiszpańskiego szkoleniowca w trakcie zejścia do klubowej szatni. Zwolnienie Bakero podzieliło kibiców. Jedni twierdzą, że Polonia straciła młodego i perspektywistycznego fachowca, inni, że pozbyła się trenerskiego ciecia o wyglądzie menela. Wszystkich tych łączy jednak jedna myśl – chórem recytują, że pan Wojciechowski to roztrzepany człowiek i futbolowy laik.

I prawda jest taka, że z powyższym stwierdzeniem raczej nie da się nie zgodzić, co bez zastanowienia potwierdzi też większość kibiców stołecznego klubu. Robi wokół siebie dużo szumu, kupuje, zwalnia, cuda świata. Żeby jeszcze tylko wszystko na spokojnie analizował i regularnie używał mózgu, nie podejmując pochopnych decyzji. Zatrudnił człowieka, który trenerem nie był w rzeczywistości żadnym i oczekiwał od niego cudów. Jedyne co miał i ma nadal, to słynne ponoć nazwisko – Bakero i przeszłość piłkarską w Barcelonie. Ktoś powie, że bardzo podobnie wygląda sylwetka Guardioli, barcelońskiego maestro. Owszem, boiskowa na pewno, ale nie zapominajmy, że prowadził on wcześniej Barcelonę B i zarząd Blaugrany na pewno nie postawiłby na niego w ciemno. Bask przyszedł zatem do Polonii jako trenerski kopciuszek. Żeby było śmieszniej, otrzymał największą pensję w naszym kraju (120 tys zł tygodniowo). Śmieszą mnie jednak głosy, że Bakero przyjechał do Polski na zarobek. Po udanej karierze piłkarskiej z pewnością nie klepie biedy i marne 30 tys euro tygodniówki nie mogło zawrócić mu w głowie. Podobne pieniądze z pewnością dostałby w trzeciej lidze hiszpańskiej, nie mówiąc już o Arabii czy innym Katarze, gdzie uwielbiają znane mordki.

Przyznajmy jednak szczerze – Bakero wybitnym trenerem nie jest. Fakt – Wojciechowski nakupował mu bardzo dobrych, polskich piłkarzy, ale hurtem i bezmyślnie. Nikt nie zastanawiał się nad tym czy ci gracze do siebie pasują. Ważne było to, że są obiecujący (Sobiech) bądź już sławni (Smolarek). Właściciel Polonii powierzył początkującemu trenerowi budowanie zespołu niemal od podstaw. I co najlepsze, całkiem nieźle mu to wychodziło. Wystarczył jednak jeden bezbarwny remis i brzydka porażka, żeby Józek stracił cierpliwość i wywalił Hiszpana na zbity pysk, nawet nie chcąc z nim porozmawiać.

Kolejny temat – Paweł Janas. To było pewne, że prędzej czy później siądzie na ławce trenerskiej „Czarnych Koszul”. Według mnie „Janosik” też długo miejsca w Polonii nie zagrzeje i nie tylko dla tego, że nie jestem jego zwolennikiem. Pamiętajmy, że Bakero i Wojciechowski na początku swojej znajomości też darzyli się ogromną sympatią. Teraz przed Janasem mission prawie impassible. Cel jest jeden – mistrzostwo Polski. Wygraj lub zgiń panie super-były selekcjonerze.

Patrząc z drugiej strony, Bakero nie ma prawa być niezadowolony z pobytu w naszej ojczyźnie. Przyjechał do Polski, trochę sobie dorobił, skołował fuchę bratu i jeszcze otrzymał sowitą odprawę za przedwczesne rozwiązanie kontraktu – żyć nie umierać! Teraz głośno mówi się o tym, że ma szansę objąć reprezentację Bułgarii, przy pomocy swojego kumpla Christo Stoiczkowa. Właśnie tak się robi interesy panie prezesie Wojciechowski!

Transfer Smolarka – top czy flop?

Euzebiusz Smolarek

Kilka dni temu ta wiadomość zawładnęła piłkarską Polską. To co stało się niemożliwe i na co on sam kręcił nosem, stało się faktem – Ebi podpisał kontrakt z Polonią Warszawa. Czy aby na pewno jest się z czego cieszyć?

Ostatnie dokonania Smolarka, które utkwiły głęboko w mojej pamięci miały miejsce już jakiś czas temu. Jego bramek dających awans na Euro 2008 i gestu „zadanie wykonane” już chyba nie zapomnę, jak i wielu polskich kibiców. Ostatnie lata kariery Ebiego były jednak traumatyczne, żeby nie powiedzieć tragiczne.

Smolarek w całej swojej dotychczasowej przygodzie z futbolem na prawdę wysoki poziom prezentował tylko przez dwa lata – te spędzone w niemieckiej Bundeslidze.  Ani wcześniej, ani później nie grał tak jak wtedy. Do Racingu Santander przyszedł ze statusem gwiazdy, za niebagatelne pieniądze. Grał tam często, ale niesamowicie zawodził. Przypominam sobie jak wówczas wszyscy podniecali się, że Ebi trafia tam gdzie jego miejsce – do wymarzonej dla techników La Liga. Okazało się jednak, że między polską, a tamtejszą techniką jest lekka przepaść. O dalszych wojażach Smolarka nie ma co się rozpisywać. To, że nie sprawdził się w najlepszej na świecie Premier League przełykam bez problemu. Gorzej z epizodem w przeciętnej lidze Greckiej, gdzie, z pomocą szalonego trenera, nie zachwycił i skąd wypchnięto go siłą.

Co ciekawe, Ebi przez całą swoją dziesięcioletnią karierę, tylko przez trzy lata był piłkarzem pierwszej jedenastki (wliczając quasi pierwszą jedenastkę w Santanderze). Mimo to jest uznawany za najlepszego polskiego grajka ostatnich lat, ale to już świadczy tylko i wyłącznie o poziomie rodzimego futbolu.

Do Santanderu przychodził jako gwiazda – zawiódł. Do Kavali przychodził jako gwiazda – zawiódł. Coraz niżej, coraz niżej i witamy Ebiego na polskim podwórku – ze statusem gwiazdy wielkiego formatu i bajońską pensją, a jakże. Jeśli w polskiej lidze nie potwierdzi swojej wartości, to status diwy zachowa tylko w ligach azjatyckich.
%d bloggers like this: