Archiwa blogu

Cienka granica pomiędzy reprezentacją, a paranoją

Naturalizowani sportowcy to w dzisiejszych czasach chleb powszedni. Już niewielu kibiców dziwi, że Chinka reprezentuje polski tenis stołowy (Li Qian), albo, że jeszcze niedawno koszulkę z orłem na piersi ubierał, mający tyle wspólnego z Polską co ja z Brazylią, Roger Guerreiro. W najbliższych tygodniach na wycieczkę do Francji wybiera się Franciszek Smuda. Nie, nie po to by obserwować POLAKÓW. Jedzie przyjrzeć się Francuzowi, którego babcia jest polką i który dwa lata temu wyraził chęć gry dla naszej reprezentacji. Quo Vadis Polsko?

Większość z nas doskonale pamięta Emmanuela Olisadebe. Na początku nienawidzony i szykanowany za swoje pochodzenie i kolor skóry, później okrzyknięty bohaterem narodowym. Nigeryjczyk stał się ówczesną ikoną reprezentacji Polski. W gruncie rzeczy za wiele dla niej nie zrobił, poza bramkami dającymi wyjazd na Koreańsko-Japoński mundial, który i tak okazał się katastrofą. Następny był Roger Guerreiro. Człowiek, który na wyraźne życzenie Leo Beenhakkera został sztucznie wcielony do kadry na Euro 2008. Niby był jednym z najlepszych „Polaków” na tamtym turnieju, jako jedyny zdobył bramkę, tylko po to by niedługo później wypaść z obiegu. Czy opłacało się uprawniać Brazylijczyka do gry dla polskiej kadry, tylko dla tej jednej bramki i kilku dryblingów a’la „Canarinhos”?

Nasza reprezentacja powoli ale sukcesywnie zamienia się w kiepskiej jakości klub – taki który ewentualnie danego delikwenta wypromuje. W kadrze już gra Obraniak, który jest Polakiem „siódma woda po kisielu”. Co innego Boenisch. Urodził się na piastowskiej ziemi, ale jako dziecko wyemigrował do Niemiec. Jego wybór jest uzasadniony. Jednak w prasie aż huczy od ludzi, którzy mogliby wzmocnić reprezentację Polski. Zwracam uwagę na słowo „wzmocnić”, które jest żywcem wyciągnięte niczym z plotek transferowych. Przyciągani łatwą promocją własnej osoby przeciętniacy z Francji, Argentyny, Brazylii i innych silnych piłkarsko krajów przypominają sobie o tym, że kuzynka ciotki ich matki była polką. Zgłaszają się do prasy i w jakże wzruszający i wzniosły sposób deklarują oddanie serca polskim barwom, czasami nawet nie wiedząc kto jest selekcjonerem.

Dopuszczalnym przypadkiem dla mnie jest gra w biało-czerwonych barwach graczy pokroju Arboledy czy Hernaniego. Od lat mieszkają w Polsce, są z nią emocjonalnie związani i ich przyszłość jest ściśle powiązania z naszym krajem. Gdybym jednak był na ich miejscu i przypuszczalnie deklarował chęć reprezentowania nieswojego godła, czułbym się nie w porządku wobec kraju z którego pochodzę. To jednak ich osobista sprawa.

Śmiejemy się z Niemców, że niby ich kadra składa się prawie wyłącznie z obcokrajowców. Uwaga. Khedira urodził się w Stuttgarcie, Oezil w Gelsenkirchen, Gomez w Riedlingen. Pytam więc, jacy z nich obcokrajowcy skoro od urodzenia mieszkają w Niemczech? Klose i Podolski? Wyjechali z Polski jako dzieciaki. Dla mnie tylko Cacau jest w stu procentach naturalizowanym reprezentantem naszych zachodnich sąsiadów. Media wykreowały jednak obraz Niemcy = obcokrajowcy, mniejsza o to, że jako ludzie i piłkarze dorośli właśnie tam.

Reasumując, w porządku. Możemy oprzeć kadrę na obcokrajowcach, pseudo-polakach, tudzież pół polakach. Być może nawet będzie ona lepiej wyglądała na papierze, może nawet lepiej prezentowała się na boisku. Pomyślmy jednak co będzie w głowie biegających po murawie piłkarzy? Czy kosztem potencjalnie silniejszej reprezentacji chcemy oglądać ludzi którzy nigdy w stu procentach nie będą oddani narodowym barwom? Czy mamy aż tak beznadziejnych rodowitych piłkarzy, żeby prosić się przeciętniaków zza granicy? Ja nie chcę, żeby reprezentacja Polski była mniej polska niż bardziej.

Reklamy
%d blogerów lubi to: