Archiwa blogu

„Non c’e problema” – życiowe perypetie Antonio Cassano

Wypierdalaj! Możesz mi possać, zasrany dziadu! – te słowa Antonio Cassano kilka miesięcy temu wykrzyczał w stronę prezesa Sampdorii, Riccardo Garrone, trzaskając jednocześnie drzwiami jego gabinetu. Krnąbrny charakter Fantantonio wypalił ponownie w momencie, gdy wszyscy uwierzyli w jego świętość. Nabrali się, że w końcu poszedł po rozum do głowy i nareszcie, w wieku 29 lat, wydoroślał. A tu figa.

Od pamiętnego incydentu minął już prawie rok. Paradoksalnie, zgnojenie człowieka, który kiedyś wyciągnął do niego pomocną dłoń i traktował jak własnego syna, wyszło mu na dobre. Teraz reprezentuje barwy klubu, który jest bezapelacyjnie najlepszy we Włoszech i powoli odbudowuje swoją pozycję w Europie. Stał się również czołową postacią reprezentacji, która w przeszłości przysporzyła mu więcej rozczarowań, niż radości. Jego celem numer jeden jest godny występ na naszym Euro 2012. Jak na razie wszystko ma się ku dobremu, bo Włosi zdążyli już przecież zapewnić sobie awans, a Cassano, z czterema bramkami na koncie, jest najlepszym strzelcem Squadra Azzurra.

W niedawnym spotkaniu towarzyskim z Hiszpanami na jego ramieniu pojawiła się opaska kapitana. Mecz rozgrywany był na San Nicola w Bari. Tam, gdzie Cassano wychował się i zaistniał w Serie A. Tam, gdzie jako nastolatek, swoją niesamowitą grą, zapracował sobie na transfer do Romy. Pośrednio był to uprzejmy ukłon w stronę apulijskich kibiców, którzy bezgranicznie go uwielbiają, ale też wyraz zaufania do samego piłkarza. Uświadomienie mu, że jest ważnym, o ile nie najważniejszym ogniwem reprezentacji.

Przez kilka tygodni wakacji Cassano niesamowicie się zapuścił. Na nadwyżkę jego masy tłuszczowej narzekali i Massimiliano Allegri, i selekcjoner włoskiej kadry, po czym jednak z pieśnią na ustach wystawiali go w pierwszych jedenastkach swoich ekip. W tym sezonie także miał być tylko uzupełnieniem składu Rossonerich, co wyraźnie mu się nie podobało. Wiedział, że aby grać w reprezentacji, musi regularnie strzelać w klubie. Wszelkie spekulacje uciął jednak Adriano Galliani. – Cassano ma ważny kontrakt i zostanie w Milanie dopóty, dopóki będzie chciał być częścią naszego projektu. Dla nas to istotny piłkarz – mówił przed samym zamknięciem okna transferowego.

Za kształtowanie jego niepokornego charakteru odpowiadała ulica i w mniejszym stopniu samotnie wychowująca go matka. W rzeczywistości Cassano dorastał w szemranym towarzystwie, pomiędzy obskurnymi kamienicami najstarszej i najbiedniejszej dzielnicy Bari. Pierwszych piłkarskich szlifów nie nabierał na luksusowej sztucznej trawce, jaką dziś mają do dyspozycji choćby młodzi Polacy. Futbolówkę kopał w wąskich uliczkach lub opuszczonych halach, dosłownie na kilku metrach kwadratowych. Z uwagi na pociągłą twarz i niespotykaną szybkość znajomi nazywali go „białym koniem”.

Naturę zwycięzcy wyssał z mlekiem matki. O kilka lat starsi przeciwnicy? „Non c’è problema”. Nazwisko Cassano było synonimem wygrywania. Każdy chciał go w swojej drużynie. Na zwycięstwo jego zespołu koledzy stawiali wszystkie swoje oszczędności.

„Byłem biedny, ale chcę podkreślić, że nigdy w życiu nie pracowałem. Dlaczego? Bo do niczego się nie nadaję. Ludzie opowiadają różne rzeczy, ale to wszystko sterta bzdur. Na przykład nigdy nie byłem kelnerem. Rzeczywiście, chodziłem do pizzerii mojego przyjaciela Mimmo, ale tylko dlatego, że był dla mnie jak brat. Widząc, że nie pachnę groszem zawsze dawał mi coś do jedzenia czy zabierał na przejażdżki swoim samochodem (…) Stare miasto w Bari było jak centrum mojego świata. Prezes Mattarese (właściciel AS Bari – red.) dał mnie i mojej matce apartament w eleganckiej dzielnicy, ale nie robiłem tam nic poza spaniem i poranną toaletą. Czułem się jak na odludziu albo wygnaniu” – wspomina w swojej autobiografii.

Jedyne, co miał, to talent do kopania piłki. Wyłącznie z jego pomocą miał szansę wybić się ponad wszechobecną szarość i przeciętność. W zespołach młodzieżowych Bari imponował skutecznością i dojrzałością – rzecz jasna tą boiskową. Wyróżniającego się chłopaka wyhaczył ówczesny trener Gallettich, Eugenio Fascetti, którego po latach Cassano wspomina jako jedynego szkoleniowca, z którym nie popadł w żaden konflikt.

O młodym Antonio świat usłyszał w grudniu 1998 roku. Był to dzień starcia Bari z naszpikowanym gwiazdami Interem. W 87. minucie nikomu nieznany, nieopierzony chłopak z prowincji, zdobywając zwycięską bramkę, uszczęśliwił całe miasto. Jak tyczki minął klasowych Cristiana Panucciego i Laurenta Blanca, po czym pokonał strzegącego bramki Nerazzurrich, Fabrizio Ferrona. W tej jednej chwili zmienił się cały jego świat. Nadeszły lepsze dni.

„Po tym meczu ludzie czcili mnie jak Boga. Ludzie przynosili do domu masę jedzenia. Wcześniej nie miałem co włożyć do garnka, a począwszy od tamtego wieczoru mogłem jeść do woli. (…) Antonio Cassano w pewnym sensie narodził się dwukrotnie. 12 Lipca 1982, kiedy mama Giovanna wydała tego popieprzeńca na świat i 19 grudnia 1999, kiedy znalazł się na ustach wszystkich. (…) Od tamtej pory stałem się sławny i bogaty. Inaczej patrzyły też na mnie kobiety. Czułem się prawie jak Brad Pitt, a wszystko dzięki jednemu zagraniu piętą. Piłka nożna naprawdę czyni cuda” – przywołuje we wspomnieniach tamten wieczór.

Był tak oszołomiony, że praktycznie utracił świadomość. O żółtej kartce, która była pierwszą w jego karierze, przypomniał sobie dopiero po prześledzeniu powtórek. Jeden moment, jedno zagranie, zepchnęło go ze ścieżki, która nieuchronnie prowadziła do trującej otchłani. Miałby wówczas szansę na zyskanie statusu gwiazdy, ale co najwyżej więziennego dziedzińca.

„Jeśli nie strzeliłbym tego gola, nie zagrał w tym meczu, to prawie pewne, że zostałbym przestępcą. Jeśli nie miałeś chęci do pracy, a mnie nic się nie chciało, to nie było zbyt wielu alternatyw. Jedynymi rzeczami, które umiałem było bieganie i dryblowanie. Do dzisiaj nie zmieniło się nic, bo nadal potrafię tylko to.”

Dziś synonim boiskowego chuligaństwa. Wówczas był to spokojny, młody człowiek. Zapewne pokorniejszy od wielu kolegów ze swojej dzielnicy Bari Vecchia, gdzie drobne kradzieże czy rozboje były na porządku dziennym. Wybryki Cassano włosi nazwali neologizmem – le cassanate (słowo pochodzi od le cazzate, czyli idiotyzmy). Jego pierwsze pojedynki z arbitrami miały miejsce jeszcze za czasów gry w Romie. Po transferze do Realu Madryt jakby nieco ucichł. Jedyną hiszpańską cassanatą była pamiętna parodia zachowania przy linii bocznej ówczesnego trenera Królewskich, Fabio Capello.

„Otrzymałem wtedy dwie propozycje, z Interu i Realu Madryt. Czułem się jednak związany z Romą i nie chciałem wzmacniać jej bezpośredniej konkurencji. Byłem praktycznie zdecydowany na wyjazd do Hiszpanii. Zapytałem jeszcze moją kobietę: jedziemy? W porządku, pakuj się. Dwa wielkie błędy: ona i Madryt. Lepiej wyszedłbym na wyborze Interu. W Realu poznałem jednak wielkich piłkarzy. Zidane, Beckham, Raul, Guti, Roberto Carlos. Moim ulubionym był Ronaldo. Numer 99 w Sampdorii wybrałem właśnie po to, aby go uhonorować. Szkoda, że przez kontuzje pokazał może 60-70 procent swojej prawdziwej wartości. On też, podobnie jak ja, nie lubił trenować” – wspomina czas spędzony w stolicy Hiszpanii.

Najzabawniej jednak było podczas jego występów w Sampdorii. Potrafił rozpłakać się na boisku jak małe dziecko, po otrzymaniu żółtego kartonika, który uniemożliwiał mu grę przeciwko byłemu klubowi – Romie. Innym razem cisnął koszulką w arbitra po tym, jak wyrzucił go z boiska. Chwilę wcześniej rzucił się na niego z pięściami i gdyby nie piłkarze Regginy, to prawdopodobnie doszłoby do mordobicia. Jeszcze schodząc do szatni krzyczał w kierunku sędziego „ti aspetto fuori”, zapraszając go na męską rozmowę już po ostatnim gwizdku.


To była ostatnia cassanata, aż do momentu, kiedy padły słowa zacytowane na początku tekstu. Powód ich wypowiedzenia był pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Prezes Sampdorii poprosił Cassano, aby ten pojawił się na gali wręczenia nagrody dla najlepszego piłkarza La Samp ubiegłego sezonu. Wtedy Cassano zaczął ciskać w niego niewyrafinowanymi obelgami. Obraził go przy kręcących się w pobliżu kibicach oraz innych członkach zespołu. Po jakimś czasie przeprosił i zadeklarował chęć pozostania. Prezes Sampy pokazał jednak, że ma jaja i bez większego żalu wytransferował go do Milanu. Drugi z podstawowych napastników, Giampaolo Pazzini, czuł się osamotniony i powędrował do Interu. W konsekwencji Sampdoria wylądowała w Serie B.

Teraz historia poniekąd się powtarza. Cassano ustatkował się po raz kolejny. Stał się ważnym elementem wielkiej drużyny. Znowu wszystkim wydaje się, że znormalniał. W tym miejscu wypada zacytować dewizę życia innego piłkarza Rossonerich, Gennaro Gattuso. Kto urodził się kwadratowy, nigdy nie umiera okrągły. Jednego odmówić mu jednak nie sposób. Z piłką przy nodze wygląda jak prawdziwy profesor.

WESZLO.COM

Reklamy

Sampdorii równia pochyła

Ubiegły sezon należał do nich. Były łzy szczęścia, festa kibiców do samego rana i morze peanów pod adresem trenera Delneriego. Sampdoria zajęła czwarte miejsce i rzutem na taśmę zapewniła sobie udział w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Kosztem Palermo, które bardziej na to zasługiwało. Dziś po Dorii sprzed niespełna roku pozostały wypalone zgliszcza. Obraz nędzy i rozpaczy.

Zaczęło się od odejścia ojca sukcesu, Luigiego Del Neriego. Sędziwy już szkoleniowiec otrzymał propozycję z tych nie do odrzucenia. Bez drgnięcia dłonią parafował umowę z Juventusem, przyjmując jednocześnie na swoje barki niewyobrażalny ciężar zbudowania drużyny, która musi włączyć się do walki o tytuł mistrzowski i zatrze fatalne wrażenie po ubiegłym sezonie. Na ławce Sampdorii wylądował natomiast Domenico Di Carlo. Trener młody, nie grzeszący spektakularnymi osiągnięciami oraz wielkim doświadczeniem. W oko pana prezydenta Garrone wpadł dzięki konsekwencji i uporowi, które to pozwoliły mu zająć z przeciętnym Chievo przyzwoitą pozycję w lidze. Pamiętam, że w przedsezonowej ankiecie dziennikarze La Gazzetta dello Sport wybrali go pierwszym, który według nich w nowym sezonie pożegna się z posadą. Pomylili się, ale w rzeczywistości jego pozycja w klubie od samego początku nie jest niepodważalna.

Podczas letniego okna transferowego działacze La Samp zachłysnęli się wodą sodową uważając, że kolejnych piłkarzy nie potrzebują i zmiany natury kosmetycznej wystarczą w zupełności. Sukcesem miało być zatrzymanie największych gwiazd. I rzeczywiście, udało się. Jedynym ważnym zawodnikiem, który wówczas opuścił Sampdorię był doświadczony golkiper Luca Castellazzi, który na zakończenie kariery powziął odhaczyć w swoim piłkarskim CV słynne FC Internazionale. Najwięcej zapytań ze strony klubów wszelakiego pochodzenia otrzymali w sprawie niezwykle skutecznego duetu snajperów – Antonio Cassano, Giampaolo Pazzini. Wszystkie skrupulatnie odrzucano, nawet te, które nadeszły od szalonych szejków z Manchesteru City.

Piłkarze ze Stadio Marassi pod wodzą Luigiego Delneriego grali topornie, ale przy tym konsekwentnie taktycznie i z niebywałą determinacją. Za kadencji Di Carlo nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest za to spotykana co raz częściej na włoskich arenach męcząca kibica nuda i niemoc w budowaniu akcji ofensywnych. Mimo to Pazzini i Cassano jakoś te bramki zdobywali i trener, nie wiedzieć dlaczego, jakoś utrzymał się na stołku. Jego podopieczni najpierw w kuriozalnych okolicznościach odpadli z batalii o fazę grupową Ligi Mistrzów, a następnie skompromitowali się w Lidze Europejskiej. Dokładając do tego popadnięcie w bezproduktywność na ligowym podwórku, mamy przed oczami obraz, którego oglądanie jest raczej koniecznością niż przyjemnością.

Stadio Luigi Ferraris w minionym sezonie było warownią, otoczoną kilkunastoma fosami, której nie udało się zdobyć żadnej z drużyn Serie A. Na tarczy do swoich miast po bitwie w Genui wracała cała wielka trójka – Inter, Juventus i Milan. Dziś z fortecy pozostały już tylko jej płonące pozostałości, które w każdej chwili mogą z hukiem się zawalić. W minionej kolejce stadion Sampdorii zdobyło Cagliari, którego nazwę kojarzy może co czwarty przeciętny zjadacz chleba. Wnioski powinny nasuwać się samoistnie.

Odejście Cassano po części było posunięciem wymuszonym, chociaż on sam wielokrotnie przepraszał za swoje zachowanie i chciał pozostać w Sampdorii. Pan prezydent Garrone mógł mu wybaczyć, ale wcale nie musiał. Stanął przed trudnym wyborem: honor lub dobro klubu. Wybrał to pierwsze i nikt nie powinien mieć mu tego za złe. W końcu w szeregach Blucerchiatich pozostał jeszcze Giampaolo Pazzini. W pojedynkę, bo pozostali napastnicy to marność, ale jakoś dawał sobie radę. Wydawać się mogło, że sprowadzeni zimą Macheda i Maccarone mają być jedynie uzupełnieniem napadu, którego liderem niezmiennie pozostanie Il Pazzo. Tymczasem nieoczekiwanie, w ostatnich dniach mercato, przeszedł do Interu. Sprzedaż najlepszego napastnika, kiedy na horyzoncie nie widać godnych zastępców, to jak seria z kałasznikowa wymierzona we własne kolano. Analogicznie. Lech sprzedaje Rudnevsa, a w jego miejsce sprowadza Grzegorza Podstawka z Polonii Bytom. Maccarone to po prostu solidny, niczym nie wyróżniający się ligowiec. W Palermo totalnie zawiódł i wyżej ceniony był nawet sprowadzony z drugoligowego Grosseto Chilijczyk Mauricio Pinilla. Macheda z kolei to gracz perspektywiczny i obdarzony nieprzeciętnym talentem, ale nadal młody i nie ograny na ligowych boiskach. Nawet sprowadzony z Interu Biabiany jakoś mnie nie przekonuje i uważam, że nie uleczy kulawego napadu Sampdorii.

Jak będzie wyglądała teraźniejszość i przyszłość klubu z północy Włoch? Równia pochyła. Oby tylko nie okazali się za słabi nie tylko na górną część tabeli, ale i na całą ligową stawkę.

Genovesi na polowaniu

Niemal połowa okna transferowego za nami. Obie genueńskie ekipy poczyniły pewne kroki w kierunku wzmocnienia składów. Która z nich wypada jak dotychczas korzystniej?

Zaczniemy od Sampy, z tej racji, że już niedługo będą toczyć boje o Ligę Mistrzów i ich transferowe poczynania bardziej elektryzują obserwatorów calcio. Nie ma żadnych rewelacji – brak spektakularnych sprzedaży, ale niestety również i ciekawych wzmocnień. Najwięcej zmian zaszło, paradoksalnie, na pozycji, z której obsadzeniem Sampdoria nie miała w ostatnich latach wielkich problemów – mowa o bramce. W poprzednim sezonie świetnie spisywał się Castellazzi, a później sprowadzony awaryjnie Storari. Obaj opuścili jednak Sampę, a na miejsce pierwszego golkipera sprowadzony został Gianluca Curci – jeden z najjaśniejszych punktów w zdegradowanej ekipie Sieny. Sam nie wiem czy to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Moim zdaniem bardziej doświadczony bramkarz byłby lepszym rozwiązaniem, ale niestety nie nazywam się ani Garrone, ani Di Carlo. W sumie na tym jak dotychczas skończyły się transferowe rewelacje Sampy. Z wypożyczeń powrócili jeszcze młodzi Koman i Dessena, jednak nie sądzę, aby któryś z nich z miejsca wskoczył do wyjściowej jedenastki. Po krótkiej przygodzie z Sevillą do Włoch ponownie zawitał też przydatny w defensywie Stankevičius.

Największym sukcesem Sampy jest utrzymanie przy sobie ataku Pazzini – Cassano, który może w Europie namieszać. Inne formacje prezentują się niestety średnio i potrzebne są wzmocnienia – przede wszystkim defensywy i pomocy. Przydałby się jeszcze jeden wartościowy zmiennik dla napastników, w razie czego jakby – nie daj Boże – któryś z podstawowych złapał kontuzję.

W porządku, przechodzimy do rywala zza miedzy. Genoa zupełnie na odwrót – uskutecznia jedno z najbardziej, jeśli nie najbardziej – spektakularne mercato w historii. Atak wzmocnił Luca Toni, piłkarz którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Osobiście nie jestem jego wielkim zwolennikiem, ale to typowy łowca bramek i jeśli tylko będzie w formie i co najważniejsze, będzie miał mu kto dogrywać, jest w stanie strzelić nawet kilkanaście goli. Ekipę Rossoblu wzmocniło też dwóch reprezentantów Portugalii – bramkarz Eduardo i rozgrywający Miguel Veloso. Nabytki na prawdę udane, ale jak na razie tylko na papierze i w głowach kibiców. Zobaczymy jak zaaklimatyzują się w nowym otoczeniu i czy wkomponują się w styl Gaspariniego. Na koniec powiew świeżości Made in Italy – Ranocchia. Za rok będzie ubierał koszulkę Interu, ale w zbliżającym się sezonie z pewnością podniesie poziom defensywy Genoi. Kolejni – Gianmarco Zigoni i Mattia Destro – to przedstawiciele najmłodszej generacji tamtejszych napastników. Obaj niezwykle utalentowani i głodni gdy – świetne uzupełnienie podstawowego składu.

Jedynym, godnym uwagi piłkarzem, który opuścił Genoę jest stoper Sokratis Papastathopoulos, sprzedany do Milanu. Taki sam kierunek obrał też bramkarz Marco Amelia, ale on od dłuższego czasu nie znajduje się w najwyższej dyspozycji i Eduardo będzie lepszym rozwiązaniem.

I jeszcze kilka słów podsumowania. Jak na razie wygląda to tak jakby Genoa, a nie Sampa miała za chwilę toczyć boje o fazę grupową Champions League. Preziosi w sposób wyraźny wzmacnia swój zespół, natomiast Garrone postanowił się zdrzemnąć. Oby tylko nie obudził się z ręką w nocniku, podczas gdy Sampa będzie zmuszona grać w Lidze Europy.

%d blogerów lubi to: