Archiwa blogu

Najlepszy pośród najgorszych – historia Andy’ego Selvy

Nazwanie go wybitnym reprezentantem nie jest żadnym faux pas, chociaż będąc napastnikiem strzela bramkę średnio raz na dwa lata. Gra we włoskiej Serie D i ma sporo ponad trzydzieści lat, ale w futbolu dokonał więcej, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Nazywa się Andy Selva i jest najlepszym napastnikiem w historii najgorszej reprezentacji świata.

W San Marino był tylko jeden, który może pochwalić się okazalszą karierą – Massimo Bonini. Ten, wraz z naszym Zibim Bońkiem czy Michelem Platinim, w latach 80-tych grał dla Juventusu. On od początku chciał jednak występować dla reprezentacji Włoch. Był nawet powoływany do tamtejszej młodzieżówki. Wówczas jeszcze miał na to szansę, gdyż federacja sanmaryńska była tworem wyłącznie nieoficjalnym. W konsekwencji wszyscy grający w piłkę obywatele tego maleńkiego państewka, byli traktowani jak Włosi. Później, kiedy San Marino zostało wpisane na listę UEFA, Bonini zmuszony był do brutalnej weryfikacji planów i podjął się reprezentowania swojej ojczyzny. Jest to jak dotąd jedyny piłkarz z trzydziestotysięcznej republiki, który kiedykolwiek regularnie pojawiał się na boiskach Serie A.

Boniniego i Selvy nie różni jednak wyłącznie poziom piłkarski. O ile o tym pierwszym możemy napisać, że jest rodowitym Sanmaryńczykiem, o tyle ten drugi to… najzwyczajniejszy w świecie rzymianin. Od dziecka kibicuje stołecznej Romie. Z państwem, które reprezentuje ma przykładowo wspólnego tyle, co nasz Damien Perquis z Polską. – Na reprezentowanie San Marino zdecydowałem się po to, aby móc mierzyć się z największymi piłkarzami. Obywatelstwo otrzymałem w spadku po dziadku – tłumaczy w rozmowie z Weszło.

Jako młody chłopak mógł spełnić swoje marzenie. Testowały go bowiem oba rzymskie kluby – Roma i Lazio. Sam przyznaje, że bliżej było mu do Giallorossich, jednak ostatecznie się nie powiodło. Decyzja sztabu szkoleniowego była ponoć niezależna od czynników sportowych. Klasycznie, rozchodziło się o pieniądze. Zaoferowali mu kontrakt próbny, ale pod jednym warunkiem, na którego spełnienie nie mógł sobie pozwolić. Miał grać za darmo. Wybitny piłkarz Romy, a wówczas koordynator grup młodzieżowych, Bruno Conti, odprawił go w końcu z kwitkiem. Powiedział, że woli kogoś słabszego, komu nie będzie trzeba płacić. Szkoda, bo wtedy jego przygoda mogłaby potoczyć się zupełnie innym, lepszym torem. – Jestem bardzo rozczarowany, że nigdy nie udało mi się zadebiutować w Serie A. Szczęście jest dla piłkarza wszystkim. Sama determinacja często nie wystarcza. We Włoszech rzadko stawia się na młodzież. Wszędzie liczą się kontakty. Mnie fortuna nie dopisała i może dlatego nie zrobiłem większej kariery – żali się Selva.

Do najwyższej włoskiej klasy rozgrywkowej zabrakło mu w zasadzie już tylko kroku. Co prawda ogromnego, ale rzeczywiście tylko jednego. Jeden sezon spędził bowiem na jej zapleczu, w Serie B. W Sassuolo, które wcześniej, w głównej mierze dzięki jego jedenastu bramkom, wywalczyło historyczny awans do drugiej ligi. Za sterami klubu z północy Włoch siedział wówczas nieopierzony, ale nad wyraz pewny siebie i ambitny szkoleniowiec. Dziś znany chyba wszystkim, Massimiliano Allegri. – To świetny trener. Sprowadzając go do Milanu zrobili dobry interes. Pamiętam, że na początku zwycięskiego sezonu przegraliśmy u siebie trzy mecze z rzędu. Całą tą sytuacją byliśmy bardzo podłamani. Wtedy Allegri wyszedł do dziennikarzy i na konferencji prasowej oznajmił wszystkim, że to my zdobędziemy mistrzostwo, chociaż nigdy wcześniej nawet o tym nie wspomniał. Tak też się stało. Wygraliśmy ligę i wywalczyliśmy pierwszy w historii klubu awans – wspomina.

Praktycznie od samego początku swojej kariery dostępuje zaszczytu zdzierania kolan dla najsłabszej futbolowej reprezentacji na świecie. Jej statystyki są niewyobrażalne. Passa porażek liczy sobie 35 kolejnych spotkań. Przez 20 lat bramkarze reprezentacji San Marino wyciągali piłkę prawie pół tysiąca razy. Od dwóch lat nie zdobyli nawet jednej bramki. Na 103 oficjalne spotkania, przegrali 99. Jedyną drużyną, która kiedykolwiek dała im się pokonać, była znacząca niewiele więcej reprezentacja Liechtensteinu. Miało to miejsce ponad siedem lat temu, a legendarną zwycięską bramkę zdobył nie kto inny, jak Andy Selva.

W tym miejscu niektórzy pewnie zadają sobie w pełni uzasadnione pytanie. Jak wychodzić na boisko z myślą, że prawdopodobieństwo zwycięstwa jest bliskie trafieniu piątki w totolotka? Gdzie, przy tak wątpliwych umiejętnościach piłarskich, szukać motywacji do kolejnych porażek potyczek? Recepta jest dziecinnie prosta. – Uprawiając sport człowiek nie może się poddawać. Dla mnie najważniejszą rzeczą nie jest zwycięstwo. Jestem zadowolony wówczas, kiedy dam z siebie absolutnie wszystko, co jestem w stanie wykrzesać. Nawet jeśli przegram, to z boiska schodzę z podniesioną głową. My, jako drużyna, zawsze dajemy z siebie maksimum – przedstawia swoją receptę.

Selva otworzył sobie furtkę, do której dostęp mają tylko absolutni wybrańcy. Będąc bardzo przeciętnym zawodnikiem, przez całą swoją karierę, odkąd tylko skończył 18 lat, stykał się z największymi sławami europejskiej piłki. W stronę jego i całej reprezentacji niekiedy spadały też zdania nieprzychylne, a czasem nawet ociekające jadem. W takim właśnie mało przyjemnym tonie, głos na temat kadry San Marino zabrał kiedyś ówczesny selekcjoner reprezentacji Hiszpanii, Luis Aragones. Leciwy fachowiec publicznie zaatakował piłkarzy z małego państewka mówiąc, że są za słabi na branie udziału w eliminacjach do wielkich imprez. – Zapowiedział totalny pogrom, a skończyło się tylko na porażce 0:5. Z boiska schodziliśmy przy wrzawie, którą zrobiła na naszą cześć hiszpańska publiczność. To była piękna chwila – wspomina.

W przyszłym roku Selva skończy 36 lat. Chociaż przed zawieszeniem butów na kołku broni się wszystkimi siłami, to ten moment nieuchronnie się zbliża. Dla swojej reprezentacji zdobył osiem goli. Tylko i aż osiem. Na koncie miałby o jednego więcej, gdyby rzutu karnego w spotkaniu z Polską, nie obronił Łukasz Fabiański. Prawda jednak jest taka, że napisał on piękną historię, której nikt już nigdy nie powtórzy. W narodowej kadrze zostawi wakat, którego obsadzenie graniczy z cudem. Bez niego, chociaż raczej trudno sobie to wyobrazić, San Marino będzie jeszcze słabsze.

%d bloggers like this: